Himavanti

Rok 2012 - Zmiany klimatu, ocieplenie, a zagrożenia dla zdrowia i życia ludzi, przyrody i planety

Rok 2012 przyniósł naukowe potwierdzenia wielu zjawisk w przyrodzie oraz znanych metod z zakresu medycyny naturalnej. Ekologia, medycyna i zmiany klimatyczne są nieuchronnie ze sobą powiązane, chociaż politycy i wielki biznes kapitalistyczny to opłacane nieuki, które nie chcą prawdy naukowej przyjąć do wiadomości. 

Raport: większa pewność nauki, że człowiek odpowiada za zmiany klimatu

Na grudzień 2012 roku naukowcy są bardziej niż kiedykolwiek przekonani, że to człowiek jest odpowiedzialny za globalne ocieplenie klimatu i negatywne zjawiska, które się z tym wiążą - wynika z przecieków z raportu ekspertów ONZ, który ma być opublikowany w przyszłym roku. Zdaniem autorów, którzy są naukowcami z Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC), temperatura na Ziemi wzrośnie do roku 2100 o nawet 4,8 stopni C w porównaniu z epoką przedindustrialną. To zaś oznacza, że nie zostanie zrealizowany cel z 2010 roku, jaki wspólnota międzynarodowa postawiła sobie w walce ze zmianami klimatycznymi, a szczególnie z ociepleniem. Uchwalono wówczas ograniczenie ocieplenia atmosfery ziemskiej do 2 stopni. 

IPCC jest globalnym panelem naukowym, którego raporty są podstawą politycznych, wiążących decyzji podejmowanych na forum ONZ w ramach dorocznych konferencji klimatycznych. Projekt najnowszego raportu tego gremium głosi, że jest "wysoce prawdopodobne", iż to człowiek odpowiada za połowę ocieplenia klimatu zaobserwowanego od roku 1950. Sformułowanie "wysoce prawdopodobne" odpowiada pewności na poziomie 95 procent. Reuters zaznacza, że kolejny, najwyższy poziom pewności to 99 procent, określany przez naukowców jako "niemal pewne".

Autorzy są zdania, że koncentracja CO2 w atmosferze jest obecnie najwyższa od 800 tysięcy lat. Raport wylicza, że to człowiek doprowadził do coraz szybszego topnienia lodowców, co wywołuje z kolei podwyższenie poziomu mórz i oceanów i zagraża ogromnym obszarom zamieszkanym przez ludzi. Do końca XXI stulecia ten poziom ma się podnieść o 29 do 82 centymetrów. Wcześniej naukowcy prognozowali podwyższenie poziomu wód o 18-59 centymetrów. Teraz są zdania, że lody Antarktyki i Grenlandii będą topnieć w coraz szybszym tempie. 

Poprzedni raport IPCC z 2007 roku mówił o pewności, że to człowiek odpowiada za zmiany klimatu, na poziomie 90 procent. Reuters, który opisał raport, podał, że został on ujawniony na jednym z internetowych blogów prowadzonych przez autorów sceptycznych wobec tezy, że człowiek jest odpowiedzialny za globalne ocieplenie. Tezę tę, która legła u podstaw działań ONZ zmierzających do ograniczenia ocieplenia klimatu, kwestionuje również część naukowców, jednak brak im dowodów na obronę swojej tezy. IPCC zaprotestował przeciwko wyciekowi raportu, zaznaczając, że przedwczesne ujawnienie jego tez może prowadzić do nieporozumień. Ponadto IPCC zastrzega, że w toku dalszych prac raport może ulec niewielkiej zmianie. 

Zakończona w połowie grudnia 2012 roku konferencja klimatyczna ONZ w Dausze nie przyniosła postępu w światowych wysiłkach na rzecz ograniczenia zmian klimatycznych poprzez zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych, których ogromne ilości w sposób oczywisty niszczą atmosferę, a także środowisko życia ludzi, roślin i zwierząt. Trzy kraje będące znacznymi emitentami: Kanada, Rosja i Japonia opuściły system Protokołu z Kioto, którego zadaniem jest ograniczenie emisji. Wciąż poza systemem są najgorsi niszczyciele przyrody na świecie czyli USA i Chiny.  

Protokół z Kioto z 1997 roku, który obliguje 35 uprzemysłowionych gospodarek do stopniowego ograniczania emisji do atmosfery gazów cieplarnianych, miał wygasnąć z końcem 2012 roku. Delegacje około 200 państw uzgodniły w Dausze przedłużenie jego obowiązywania do 2020 roku, od kiedy to ma obowiązywać nowa, globalna umowa klimatyczna. Ma ona być zawarta do końca 2015 roku. Protokół wciąż jest jedynym wiążącym porozumieniem klimatycznym dotyczącym zmniejszenia emisji coraz bardziej szkodliwych gazów cieplarnianych, choć udział krajów przystępujących do drugiego okresu jego obowiązywania w światowej emisji wynosi 14 procent. Kolejna światowa konferencja klimatyczna odbędzie się w grudniu 2013 roku w Warszawie.

Niespotykane topnienie grenlandzkiej pokrywy lodowej 

Niespotykany proces topnienia pokrywy lodowej na Grenlandii zarejestrowały w ciągu kilku dni lipca 2012 roku satelity NASA. Lód na praktycznie całej wyspie w pewnym stopniu uległ topnieniu, czego nie odnotowano w ciągu 30 lat obserwacji satelitarnych – podała na swojej stronie amerykańska agencja kosmiczna. - Analizy pokazują, że tego typu zjawiska zdarzają się raz na 150 lat - mówiła glacjolog NASA Lora Koenig. Skomentowała ona fakt, iż nawet na wysokości ponad 3200 m n.p.m. w rejonie bazy polarnej Summit, znajdującej się w pobliżu najwyższego punktu wyspy, zarejestrowano topnienie. Fakt ocieplenia klimatu jest już praktycznie bezsporny. 

W lecie średnio około połowy powierzchni lądolodu topnieje w sposób naturalny. Na większych wysokościach powstała w ten sposób woda szybko zamarza z powrotem. Bliżej wybrzeża część wody spływa z lodowców i wpada do oceanu. Jednak tegoroczny poziom topnienia lodu drastycznie się zwiększył. Zgodnie z danymi satelitarnymi około 97 procent powierzchni pokrywy lodowej w połowie lipca uległo powierzchniowemu topnieniu. Badacze nie wiedzą jeszcze, czy to zjawisko wpłynie na końcową letnią utratę lodu i czy podniesie się w związku z tym poziom mórz. Zmiany zauważył Son Nghiem z laboratorium NASA w kalifornijskiej Pasadenie. - Było to tak niespotykane, że w pierwszej chwili wyglądało na błąd pomiaru – powiedział o procesie topnienia powierzchni lądolodu na Grenlandii, widocznym na zdjęciach z 12 lipca 2012. Skonsultował się ze specjalistami w innym centrum badawczym, którzy potwierdzili występowanie na wyspie wyjątkowo wysokich temperatur i rozległego procesu topnienia.

Zjawisko zaobserwowali także naukowcy z University of Georgia i City University of New York. Proces przebiegał bardzo szybko. 8 lipca topnieniu ulegało zaledwie 40 procent powierzchni pokrywy lodowej, a 12 lipca – już 97 procent. Nawet na wysokości ponad 3200 m n.p.m. w rejonie bazy polarnej Summit, znajdującej się w pobliżu najwyższego punktu wyspy, zarejestrowano topnienie, jakiego nie było tam od 1889 roku. - Analizy pokazują, że tego typu zjawiska zdarzają się raz na 150 lat. Jeśli ostatnie miało miejsce w 1889 roku, to wszystko się zgadza. Gdyby jednak wystąpiły niebawem kolejne, będzie to niepokojące – zauważyła glacjolog NASA Lora Koenig. Nietypowe topnienie pokrywy lodowej zbiegło się z pojawieniem się niezwykle potężnej masy ciepłego powietrza nad Grenlandią. Było to tylko jedno z tego typu zjawisk, które wpłynęły na pogodę na wyspie od końca maja. Ostatnie rozpoczęło się 8 lipca 2012 roku. Przed 16 lipca masa ciepłego powietrza zaczęła się rozpraszać.

Zmiany klimatyczne zwiększają zagrożenie bakteriologiczne Bałtyku 

Zmiany klimatyczne nie omijają również Bałtyku. Jak wynika z ostatnich badań ocieplenie wód Bałtyku sprzyja rozmnażaniu się groźnych bakterii. Już dziś odnotowuje się w krajach nadbałtyckich przypadki cholery. Globalne ocieplenie klimatu wpływa nie tylko na pogodę, lecz również na rozprzestrzenianie się bakterii chorobotwórczych w Bałtyku. - Już teraz, w czasie ciepłego lata, coraz więcej ludzi zapada na infekcje bakteryjne - podkreśla międzynarodowy zespół naukowców w fachowym czasopiśmie "Nature Climate Change". Obok przecinkowca klasycznego Vibrio cholerae, wywołującego cholerę, u wybrzeży, w ciepłej wodzie morskiej, żyje śmiertelnie niebezpieczna bakteria Vibrio vulnificus. Jest to przecinkowiec, który powoduje martwicze zapalenie powięzi, elastycznej błony otaczającej mięśnie i kości. U zdrowego człowieka może wywołać biegunkę, wymioty i bóle brzucha. Jeżeli dostanie się poprzez zadrapania lub rany na ciele do krwi, albo chory ma osłabiony system odpornościowy, ta bakteria może wywołać groźną dla życia gorączkę i zakażenie krwi. Jeżeli chory nie otrzyma natychmiastowej pomocy, może umrzeć w ciągu 12-24 godzin. Już w czasie ekstremalnie gorących miesięcy letnich w latach 1994, 2003 i 2006 na wybrzeżu Morza Bałtyckiego donoszono o licznych przypadkach zakażonych ran i zachorowań na cholerę. W samym tylko 2006 roku 67 osób zaraziło się zarazkami Vibrio podczas kąpieli albo uprawiania sportów wodnych. Odnotowano również przypadki śmiertelne.

Bałtyk ociepla się szybciej niż inne morza. - W przyszłości każdy stopień ocieplenia się wody Bałtyku oznacza niemal podwojenie się przypadków chorobowych. Wzrost ryzyka infekcji odnosić się będzie głównie do gęsto zaludnionych wybrzeży środkowego i południowego Bałtyku - ostrzegają uczeni. Obok Danii i południowej Szwecji dotyczyć to będzie również Niemiec i Polski. W przekonaniu Craiga Baker-Austina i jego kolegów z Centre for Environment, Fisheries and Agriculture Science w brytyjskim Weymouth "jest to jeden z pierwszych dowodów na to, że wskutek zmian klimatycznych bakterie Vibrio zaczynają atakować też w umiarkowanych regionach świata". Uczeni zanalizowali dotychczasowe przypadki infekcji bakteriami, żyjącymi w akwenie Morza Bałtyckiego. W oparciu o powszechne prognozy klimatyczne wyliczyli, w jaki sposób ryzyko infekcji będzie się rozwijać do 2050 roku. Vibrio, bakterie z grupy przecinkowców, preferują zwykle wodę o temperaturze co najmniej 15 stopni Celsjusza oraz niską zawartość soli w wodzie. Ponieważ Bałtyk był przez długi czas na dużych obszarach zbyt zimny, bakterie nie były w stanie przeżyć w takim środowisku.

Rośnie ryzyko dla 30 mln mieszkańców. Wskutek zmian klimatycznych to się jednak zmieniło. - W samych tylko latach 1982-2007 temperatura wody Bałtyku wzrosła o 1,35 stopnia Celsjusza. - Jest to siedmiokrotnie więcej niż średnia globalna - mówią uczeni. Tym samym Bałtyk jest ekosystemem morskim, który ociepla się najszybciej. - Jeżeli ocieplenie Bałtyku będzie nadal postępować, do 2050 roku należy się spodziewać znacznego wzrostu zakażeń bakteriami Vibrio - ostrzegają uczeni. Te groźne przecinkowce atakować będą nie tylko podczas ekstremalnie ciepłego lata, a obszar ryzyka przesunie się dalej na północ. Wtedy zagrożone będą gęsto zaludnione miasta jak Sztokholm i Sankt Petersburg. 

Naturalne środowisko Arktyki zagrożone 

Topnienie powłoki lodowej, rybackie trawlery, turyści oraz inwestycje koncernów naftowych w eksploatację złóż ropy z dna Morza Czukockiego grożą skażeniem środowiska Arktyki - ostrzega brytyjski tygodnik "The Observer". Złoża ropy i gazu w rejonie Arktyki oceniane są na 1/4 światowych rezerw. W najbliższym czasie Shell może uzyskać zgodę władz USA na eksploatację złóż na Morzu Czukockim na północ od cieśniny Beringa. Koncern zainwestował 4 mld dolarów w wiercenia próbne. - Usunięcie skutków ostatniego wycieku ropy naftowej w Zatoce Meksykańskiej wymagało dużych zabiegów, a na Morzu Czukockim nie ma ku temu środków. Skutki ewentualnego wycieku mogą być niszczycielskie i długotrwałe - uważa John Sauven z organizacji Greenpeace. 

Shell zapewnia, że wiercenie jest bezpieczne i że dysponuje sprzętem umożliwiającym mu reagowanie na awarie, w tym barki, helikoptery, wysięgnice. Plany wierceń mają także koncerny Statoil, Chevron, ExxonMobil oraz Roznieft. Według raportu towarzystwa reasekuracyjnego Lloyds, niebezpieczeństwo związane z wierceniem przez zmarzlinę jest duże, ponieważ zachodzi ryzyko, że się ociepli i dojdzie do destabilizacji fundamentu wiertniczego szybu, co potencjalnie grozi wybuchem. Dodatkowo Lloyds zauważa, że brak jest lodołamaczy i ruchomych platform wiertniczych zdolnych w razie potrzeby wywiercić awaryjną studnię. Jak zaznacza "Observer", eksploatacja bogatych złóż ropy to tylko jeden z powodów obaw o środowisko naturalne tej części świata. Lodowa powłoka dalekiej północy topnieje szybciej niż przewidywano. Średnia globalna temperatura od 1951 roku podniosła się o 0,7 stopnia Celsjusza, a w Grenlandii o 1,5 stopnia. Prof. Peter Wadhams z uniwersytetu w Cambridge ocenia, że powłoka lodowa Arktyki może całkowicie zaniknąć w miesiącach letnich w okresie najbliższych kilku lat, co przyspieszy globalne ocieplenie, ponieważ nie będzie lodu odbijającego promienie słońca.

Podniesie to temperaturę na dnie morskim uwalniając zamarznięty metan - silny gaz cieplarniany, który przeniknie do atmosfery. Innym efektem globalnego ocieplenia będzie podniesienie się poziomu wód wokół Grenlandii - twierdzi Wadhams. - Arktyka wolna od powłoki lodowej zostałaby ogołocona z bogatych łowisk rybnych w kilka lat. (...) Floty rybackie przetrzebiły północny Atlantyk z dorsza i innych gatunków ryb i kierują uwagę na Arktykę - obawia się z kolei prof. Callum Roberts z Nowego Jorku. Obecnie przed rabunkową eksploatacją łowisk, na mocy embarga rządu USA chroniony jest tylko obszar wokół Cieśniny Beringa. Innym wyrazem zmian jest otwarcie dwóch szlaków morskich: północno-zachodniego wzdłuż wybrzeża płn. Kanady i północnego wzdłuż Syberii. Z drugiego z nich w ub. r. skorzystały 34 statki płynąc ze wschodniej Azji do Europy Zachodniej i skracając podróż o 1/3 w porównaniu ze szlakiem prowadzącym przez Kanał Sueski. Kanadyjska firma Adventure Canada od 2008 r. organizuje wycieczki szlakiem odkrywcy Johna Franklina wzdłuż wysp płn. Kanady. Morska wycieczka między Grenlandią a Coppermine w Kanadzie kosztuje od 7-17 tysiąca dolarów od osoby. 

Eksperci ONZ alarmują: Ziemi grozi katastrofalne przeludnienie 

Już w tym wieku na Ziemi może dojść do katastrofy ekologicznej, a globalny ekosystem może runąć nagle, a nie stopniowo, jak sądzono do tej pory - ostrzegają eksperci ONZ, cytowani przez theblaze.com. Grupa 22 wybitnych uczonych: biologów, ekologów, geologów i paleontologów, z trzech kontynentów, przeprowadziła badanie, którego rezultaty opublikowano w prestiżowym czasopiśmie "Nature". Ze swoimi ostrzeżeniami wystąpili przed Konferencją ONZ ws. zrównoważonego rozwoju, która odbyła się 20-22 czerwca w Rio De Janeiro. Naukowcy przekonują, że równowadze na planecie zagrażają: globalne ocieplenie, zatrważający przyrost ludności i pogorszenie się stanu środowiska naturalnego. 

Ich zdaniem liczba ludzi na Ziemi zbliża się do punktu krytycznego. Eksperci ONZ obliczyli, że do 2050 na naszej planecie będzie żyć 9,3 mld ludzi, a klimat ociepli się o ponad 2 stopnie C. Naukowcy alarmują, że w związku z tym może nam grozić globalny głód. Stanie się tak, gdy połowa powierzchni Ziemi zostanie zurbanizowana. Obecnie ten wskaźnik wynosi już 43 procent. Biolog z Uniwersytetu Kalifornijskiego prof. Anthony  Barnosky, jeden z głównych autorów publikacji, uważa, że globalne zmiany są nieodwracalne, a ich konsekwencje będą katastrofalne. – Będziemy mieli do czynienia z zupełnie innym światem – podkreśla ekspert, przekonując, że globalny ekosystem może się załamać. Eksperci podkreślają, że świat nie radzi sobie z ochroną środowiska naturalnego, a ekologów walczących w obronie przyrody jest ciągle zbyt mało.  

Ponad 4 mln drzew co roku znika z amerykańskich miast 

Jak wykazał raport U.S Forest Service, opracowany na podstawie zdjęć satelitarnych, z amerykańskich miast co roku znika 4 mln drzew, czyli około 1 procent całego miejskiego drzewostanu. "Urban Forestry & Urban Greening" informuje, że najwięcej drzew znika w takich aglomeracjach jak Nowy Orlean, Houston oraz Albuquerque, przy czym w Nowym Orleans najwięcej zniszczeń spowodował w 2005 roku huragan Katrina. Liczba drzew zwiększyła się jedynie w Syracuse. Jest to jednak zasługa samodzielnego rozrastania się szakłaka pospolitego, pochodzącego z Europy. Michael Rains, dyr. Forest Service's Northern Research Station, twierdzi, że znikanie miejskiego drzewostanu jest niepokojące, gdyż drzewa pełnią w miastach ważna rolę w poprawie jakości powietrza i wody. Są też ważnym elementem miejskiego krajobrazu i wypoczynku mieszkańców. Latem zmniejszają skutki upałów. W Polsce szacunkowo znika z miast około 300-400 tysięcy drzew, a dokładnej statystyki nikt nawet nie próbuje prowadzić! 

Giną największe organizmy na Ziemi - wielkie, stare drzewa

W alarmującym tempie ubywa najstarszych drzew, mających od stu do trzystu lat - ostrzegają naukowcy w ostatnim wydaniu czasopisma "Science". Zjawisko to dotyczy krajobrazów leśnych, sawann, gospodarstw rolnych, a nawet miast na całym świecie. - To problem w skali świata. Wydaje się, że dotyka on drzew w lasach większości typów - zauważa główny autor pracy, prof. David Lindenmayer z ARC Centre of Excellence for Environmental Decisions i Australian National University.

O tym, że ze starymi drzewami jest niedobrze, prof. Lindenmayer zorientował się pierwszy raz analizując dane na temat lasów w Szwecji, sięgające lat 60-tych XIX wieku. Podejrzenia potwierdziły wyniki 30-letnich badań lasu eukaliptusowego w Mountain Ash w Australii. Naukowcy ustalili, że tamtejsze stare drzewa masowo giną w pożarach, a w latach, gdy nie ma pożarów, obumierają dziesięć razy częściej niż dotychczas, najprawdopodobniej wskutek suszy, wyższych temperatur, wycinki itp.

Eksperci zaczęli się przyglądać temu zjawisku na całym świecie. Podobnych trendów dopatrzyli się w rozmaitych strefach geograficznych, np. w kalifornijskim Parku Narodowym Yosemite, na afrykańskich sawannach, w lasach deszczowych Brazylii, w lasach strefy umiarkowanej Europy i lasach strefy borealnej na dalekiej północy. Straty wśród dużych drzew były też wyraźne na terenach rolniczych i w miastach, gdzie ludzie intensywnie starają się je chronić. - To bardzo niepokojący trend. Mówimy o stracie największych żywych organizmów na świecie, największych roślin okrytonasiennych na ziemi, organizmów, które grają kluczową rolę w regulowaniu i wzbogacaniu naszego świata - mówi prof. Bill Laurance z James Cook University.
Podkreśla, że duże, stare drzewa pełnią ważna rolę ekologiczną. Są ekosystemy, w których w konarach i dziuplach tych drzew żyje do jednej trzeciej wszystkich ptaków i zwierząt. Drzewa te wiążą ogromne ilości węgla, a także uczestniczą w krążeniu wody i składników odżywczych z gleby. Współtworzą pasma roślinności, stanowiące miejsce do życia innych organizmów. Wpływają na lokalny klimat. Starych drzew ubywa tak szybko m.in. z powodu ich bezpośredniej wycinki, jak też pozyskiwania ziemi na potrzeby rolnicze, ataków owadów czy gwałtownych zmian klimatycznych - ocenia prof. Jerry Franklin z Washington University w USA. Na problem globalnego zaniku starych drzew naukowcy patrzą w kontekście wymierania największych ssaków, np. słoni, nosorożców, tygrysów czy waleni. - Tak, jak w wielu częściach świata znikają te wielkie zwierzęta, tak też mamy coraz więcej dowodów pozwalających sądzić, że w podobny sposób mogą być zagrożone stare, duże drzewa - ostrzegają autorzy publikacji.

Poziom oceanów wzrasta o 60 procent szybciej niż przewidywano 

Poziom mórz i oceanów wzrasta o 60 proc. szybciej niż przewidywały prognozy ONZ a położone niżej tereny na całym świecie są coraz bardziej zagrożone - głosi opublikowany raport mieszczącego się w Poczdamie Instytutu Badań nad Klimatem. Raport Instytutu stwierdza też, że wzrost średniej temperatury na świecie następuje zgodnie z przewidywaniami i jest rezultatem ocieplania się klimatu. Badaniami przy użyciu pomiarów satelitarnych objęto okres od lat 90-tych XX wieku do roku 2011. Stwierdzono, że poziom wody w morzach i oceanach wzrastał średnio o 3,2 mm rocznie, tzn. o 60 procent szybciej niż prognozy ONZ, które przewidywały wzrost o około 2 mm. 

Zdaniem naukowców z Niemiec, Francji i USA, oznacza to, że prognozy ONZ na najbliższe lata mogą być również zaniżone. W tym samym okresie średnia temperatura podniosła się o 0,16 stopnia C. Lata 1998, 2005 i 2010 były najcieplejszymi od czasu rozpoczęcia w połowie XIX wieku regularnych obserwacji meteorologicznych. Według raportu Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatycznych ONZ z roku 2007, poziom wody w oceanach może wzrosnąć w tym stuleciu o 18 do 59 cm, nie licząc możliwych skutków stopienia się pokrywy lodowej na Grenlandii i na Antarktydzie. W całym ub. wieku poziom oceanów podniósł się o 17 cm.

Stefan Rahmsdorf, jeden z naukowców poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem, ocenia, że prognozy te mogą być zaniżone i w tym stuleciu poziom wody w oceanach może podnieść się nawet o metr, co wywołałoby ogólnoświatową katastrofę. Znikłoby wówczas m. in. wiele wysp na Pacyfiku, duża część terytorium Bangladeszu a takie metropolie jak Tokio i Nowy Jork stanęłyby przed bezpośrednią groźbą zalania. Gwałtowne i katastrofalne zjawiska pogodowe, takie jak powodzie, susze, fale upałów stałby się coraz częstsze. Należałoby się liczyć z pustynnieniem coraz większych obszarów naszej planety. Raport opublikowano w okresie obrad przedstawicieli ponad 200 krajów w stolicy Kataru Dausze, których tematem jest walka z globalnym ociepleniem i ograniczeniem emisji do atmosfery dwutlenku węgla i innych tzw. gazów cieplarnianych. 

22 miliony ptaków rocznie rozbija się o kanadyjskie okna 

Aż 22 miliony ptaków rocznie ginie w zderzeniu z oknami kanadyjskich domów - wynika z badań, o których informuje pismo "Wildlife Research". To jedna z przyczyn ginięcia wielu gatunków ptaków.  Badania nad tym zagadnieniem przeprowadziła biolog Erin Bayne z University of Alberta wraz ze swoimi studentami w Edmonton i okolicach. 1700 właścicieli domów poproszono, aby odpowiedzieli na sieciową ankietę, dotyczącą fatalnych w skutkach zderzeń ptaków z budynkami.

Bayne i jej zespół przeanalizowali uzyskane dane. Jak się okazało, w badanej okolicy jest około 300 tys. domów, a liczba ptaków, które giną w zderzeniu z nimi może sięgać 180 tysięcy rocznie. Na tej podstawie naukowcy obliczyli, że w całej Kanadzie w zderzeniu z oknami mogą ginąć 22 miliony ptaków rocznie. Główne czynniki wpływające na nasilenie tego zjawiska to drzewa, których obecność przywabia ptaki oraz to, czy mieszkańcy karmią ptaki, czy też nie. Jak wyjaśnia Bayne, wiele kolizji z oknami wynika z błędnej oceny sytuacji przez ptaki, na przykład przestraszone przez kota lub konkurujące z innymi ptakami przy karmniku. Przestraszony ptak nie zauważa szyby i nie postrzega okna, jako zagrożenia, lecz uznaje je za drogę ucieczki.

Najłatwiej o nieszczęście, gdy karmnik umieszczony jest 3-4 metry od okna - odlatujący ptak może wówczas rozwinąć prędkość niebezpieczną dla życia w przypadku zderzenia. Bezpieczniejsze są karmniki położone bliżej bądź dalej od okna. Szczególnie narażone na wypadek są szybko latające ptaki w rodzaju wróbli czy sikorek oraz gatunki agresywne - na przykład rudziki. 

Dziesiątki tysięcy gatunków zwierząt są zagrożone wyginięciem 

W ciągu ostatnich 150 lat tempo wymierania ptaków i ssaków zwiększyło się czterokrotnie. Na listę zagrożonych wpisano ponad 61 tysięcy gatunków zwierząt – alarmuje organizacja ekologiczna WWF w przeddzień obchodzonego 4 października 2012 roku Światowego Dnia Zwierząt. Z raportu WWF wynika, że wskaźnik zachowania gatunków ukazuje dramatyczny spadek od początku badań, czyli od 1970 roku. - Na podstawie badań nad 9 tysiącami populacji prawie 2700 gatunków ssaków, ptaków, gadów, płazów i ryb wiemy, że ich liczebność zmniejszyła się w skali globalnej o jedną trzecią – podkreślał Paweł Średziński z WWF Polska. -  Największy spadek odnotowano w strefie tropikalnej, gdzie populacja zwierząt lądowych zmniejszyła się o ponad 40 procent, a populacja zwierząt żyjących w morzu nawet o 60 procent – wyliczał ekolog. - W morzach dramatyczny spadek liczebności – o 74 procent w ciągu 50 lat - został odnotowany w przypadku dorsza atlantyckiego. Z kolei na lądzie liczebność tygrysów zmniejszyła się aż o 70 procent – dodał.

Według ekologów z WWF jednym z najważniejszych problemów w ochronie ginących gatunków jest dziś nielegalny handel zagrożonymi gatunkami zwierząt. Do Polski co roku trafiają dziesiątki tysięcy egzotycznych gatunków zwierząt nielegalnie odławianych w naturze. Najczęściej przemycane gatunki to egzotyczne papugi, węże, żółwie i jaszczurki. Większość z nich ginie w czasie transportu, a zwierzęta osłabione podróżą i hodowane w nieodpowiedni sposób często podzielają ich los. - Jednym ze skutecznych sposobów walki z tym procederem jest po prostu niekupowanie egzotycznych zwierząt – uważa Średziński.

Zagrożone gatunki zwierząt - jak napisano w komunikacie - trafiają do Polski także jako turystyczna pamiątka z podróży lub składnik preparatów tradycyjnej medycyny azjatyckiej. W samym 2011 roku na polskich przejściach granicznych celnicy znaleźli ponad 12 tysięcy nielegalnych okazów, a wśród nich aż 9594 produktów tradycyjnej medycyny azjatyckiej. - Unikając preparatów tradycyjnej medycyny azjatyckiej o nieznanym składzie możemy przyczynić się do ocalenia życia tygrysa, słonia lub nosorożca. Światowy Dzień Zwierząt obchodzimy po to, aby każdy z nas zrozumiał, że może chronić zagrożone gatunki na własną rękę. Bez dobrej woli i świadomości ludzi żadne rozwiązania prawne czy patrole policji nie uratują ginącej przyrody  – Średziński. Światowy Dzień Zwierząt ustanowiono 81 lat temu, a jego obchody odbywają się 4 października. 

Raport: sto mln ludzi może umrzeć do 2030 roku przez zmiany klimatu 

Ponad sto mln ludzi może umrzeć, a globalny PKB spaść o 3,2 procent do 2030 roku, jeśli świat nie zaradzi zmianom klimatycznym - wynika z opublikowanego w środę raportu przygotowanego na zlecenie rządów 20 państw rozwijających się. W raporcie opracowanym przez organizację humanitarną DARA zbadano wpływ zmian klimatu na ludzi i gospodarki 184 krajów w 2010 roku i sporządzono prognozę analogicznych skutków w 2030 roku. Badanie zostało zlecone przez Climate Vulnerable Forum, partnerstwo 20 krajów rozwijających się zagrożonych zmianami klimatycznymi. Według raportu co roku 5 mln ludzi umiera z powodu zanieczyszczenia powietrza, głodu i chorób będących konsekwencją zmian klimatycznych. 

Zdaniem DARA, jeśli gospodarki będą nadal w tak wysokim stopniu opierać się na paliwach kopalnych, liczba ofiar może wzrosnąć do 6 mln rocznie przed 2030 rokiem. Ponad 90 procent ofiar będzie pochodziło z krajów rozwijających się. Najbiedniejsze narody świata są również najbardziej narażone na straty materialne spowodowane zmianami klimatu z powodu wzrastającego ryzyka powodzi, niedoborów wody, nieurodzaju, biedy i chorób. Według raportu do 2030 roku mogą zanotować średni spadek PKB równy 11 procent. W raporcie czytamy również, że zmiany klimatyczne obniżyły dotąd światowe PKB o 1,6 procent, czyli około 1,2 bln dolarów rocznie. Jeśli temperatura będzie nadal rosnąć, spadek ten może wynieść 3,2 procent do 2030 roku i przekroczyć 10 procent przed 2100 rokiem.

Organizacja DARA ocenia koszt przejścia do gospodarki niskoemisyjnej (emitującej niewielkie ilości dwutlenku węgla) na ok. 0,5 procent światowego PKB w bieżącej dekadzie. W odpowiedzi na raport międzynarodowa organizacja Oxfam, walcząca z biedą na świecie, oceniła koszty braku politycznych działań jako "miażdżące". - Tylko w rolnictwie i rybołówstwie straty do 2030 roku mogą wynieść ponad 500 mld dolarów rocznie. Straty te poniosą głównie najbiedniejsze kraje, gdzie miliony ludzi zarabiają na życie w tych sektorach - powiedział dyrektor wykonawczy organizacji Jeremy Hobbs. 

- Wzrost temperatury o 1 stopień Celsjusza jest związany z 10-procentowym spadkiem wydajności w rolnictwie. Dla nas oznacza to utratę około 4 mln ton ziarna, co równa się 2,5 mld dolarów. To około 2 procent naszego PKB - powiedziała premier Bangladeszu Hasina Wazed w odpowiedzi na raport. - Dodając szkody w mieniu i inne straty, mamy do czynienia z łączną stratą równą około 3-4 procent PKB - dodała. Temperatury na świecie wzrosły już o około 0,8 stopnia Celsjusza w porównaniu z okresem przed rewolucją przemysłową. Skutkuje to topnieniem powłoki lodowej, ekstremalnymi warunkami pogodowymi, suszami i podnoszeniem się poziomu morza. O wzrost temperatury oskarża się najczęściej wysoką emisję gazów cieplarnianych. 


Raport: ludzie na świecie żyją dłużej, ale w gorszym zdrowiu 

Ludzie na świecie żyją dłużej, ale są bardziej schorowani - wynika z opublikowanego w grudniu 2012 roku raportu, będącego rezultatem najszerszych jak dotąd badań na temat stanu zdrowia ludzi na świecie. Opublikowało go prestiżowe pismo "Lancet". Z badań wynika, że głównymi czynnikami ryzyka dla zdrowia stały się obecnie: nadciśnienie, palenie i alkohol. Wyprzedziły one niedożywienie dzieci, które było na czele listy w 1990 roku. O szkodliwej działalności niektórych kapitalistycznych koncernów farmaceutycznych oraz niszczeniu zdrowia przez GMO raport nie wspomina, chociaż to także istotne czynniki, podobnie jak elektrosmog z telefonów komórkowych czy trujące spaliny pojazdów benzynowych i ropniaków. Niektórzy badacze krytykują jednak sposób zbierania danych, które stały się podstawą raportu - zaznacza portal BBC News. 

Projekt badawczy trwał pięć lat, uczestniczyło w nim około 500 badaczy, którzy zbierali dane w 50 krajach świata. Z ich ustaleń wynika, że w 2010 roku głównymi przyczynami zgonów były: choroby serca i wylewy. Spowodowały one w 2010 roku śmierć niemal 13 mln ludzi. W krajach kapitalistycznie rozwiniętych najważniejszymi problemami zdrowotnymi są choroby przewlekłe, choroby kości i stawów, a także problemy zdrowia psychicznego. Wzmagają się one wraz ze starzeniem się populacji. - Nastąpiło stopniowe przesunięcie punktu ciężkości z przedwczesnej śmierci do chronicznej utraty zdrowia i sprawności - powiedział kierujący badaniem prof. Christopher Murray z Uniwersytetu Waszyngtońskiego.

Ludzie żyją obecnie średnio o 10 lat dłużej niż w 1970 roku - wynika z raportu, ale jednocześnie pomiędzy 1990 a 2010 rokiem skala zachorowań na raka zwiększyła się o 38 procent. - Zdrowie nie sprowadza się jedynie do tego, że unika się śmierci - zauważają autorzy jednego z badań składających się na raport, Alain Lopez i Theo Voz. Ich zdaniem nadszedł czas na rewizję priorytetów w dziedzinie zdrowia - po to, by "pomóc ludziom pozostawać w dobrym zdrowiu i unikać chorób - a nie jedynie podtrzymywać ich przy życiu aż do zaawansowanego wieku". Żywienia wegetariańskiego nie zareklamowano w raporcie, chociaż wegetarianie chorują 8-10 razy rzadziej niż wszystkożerna część populacji ludzkiej. 

Nadciśnienie, papierosy i alkohol są najgroźniejsze dla naszego zdrowia

Nadciśnienie, papierosy i alkohol - to największe zagrożenia ludzkiego zdrowia, także palenie bierne poprzez wdychanie dymu palaczy papierosów. Takiego zdania są międzynarodowi eksperci, którzy publikują wyniki badań w tygodniku Lancet. Wskutek nadciśnienia tętniczego w 2010 roku zmarło ponad dziewięć milionów ludzi. Globalnie to największy czynnik ryzyka, piszą autorzy. Na drugim i trzecim miejscu listy zagrożeń są papierosy i alkohol, które spowodowały więcej ofiar, niż opisywany tragiczny głód wśród dzieci.

Publikacja w Lancecie obejmuje 43 czynniki ryzyka analizowane od początku lat 90-tych XX wieku. Wcześniejsze, niezależne badania wskazują też na szkodliwość braku ruchu, braku aktywności fizycznej. "Unikanie ćwiczeń fizycznych prowadzi do zawałów serca, udarów mózgu czy cukrzycy i jest tak samo niebezpieczne jak papierosy" - mówiła współautorka raportu I-Min Lee. Eksperci dodają, że rzucenie palenia z jednoczesnym rozpoczęciem ćwiczeń fizycznych to jeden znajlepszych sposobów na pozbycie się nadciśnienia.

Nieregularna ekspozycja na światło może wywołać depresję 

Używanie w nocy iPada lub długie oglądanie telewizji może wywołać depresję (także acedię) - wynika z opublikowanych w środę badań amerykańskich naukowców. Według nich nocna ekspozycja na światło zaburza rytmy okołodobowe i wpływa niekorzystnie na poziom hormonu stresu. U myszy regularnie wystawianych nocą na działanie światła wzrastał poziom kortyzolu - hormonu stresu - i zwierzęta generalnie wykazywały mniejsze zainteresowanie przyjemnościami, nie miały ochoty na badanie nowych przedmiotów wstawianych im do klatek, nie chciały się ruszać. Wyniki swoich badań naukowcy z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w stanie Maryland i Uniwersytetu Rider w New Jersey opublikowali w listopadowym numerze czasopisma "Nature". 

"Zawsze uważałem, że światło powinno zmieniać najpierw sen i rytmy okołodobowe, zanim wywoła zmiany w psychice i procesach uczenia się" - powiedział Samer Hattar, profesor biologii i neuronauki z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa. Według niego przeprowadzone badania "pomogą wykryć zagrożenie, jakim jest ekspozycja na jasne światło nocą". "Odkryliśmy, że stała ekspozycja na jasne światło, nawet takie jak w pokoju w domu czy - jeśli jest się pracownikiem zmianowym - w miejscu pracy nocą, podnosi poziom niektórych hormonów, co może prowadzić do depresji i osłabienia funkcji poznawczych" - poinformował Hattar.

Okazało się, że jasne światło wpływa na specjalne receptory w oczach, na ipRGC - samoistnie światłoczułe komórki zwojowe siatkówki, które oddziałują na część mózgu odpowiedzialną za nastrój i funkcje poznawcze. Takie same receptory mają i myszy i ludzie. Hattar uważa, że badanie powinno zostać powtórzone na ludziach. "I nawet jeśli nie wyjdzie to tak wyraźnie jak u myszy, sadzę, że z korzyścią dla ludzi będzie gasić nocą światło. To, jak sądzę, szkody nie przynosi" - powiedział. Brytyjska gazeta "Daily Telegraph" pisząc o tych badaniach cytuje rzecznika Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa: "Kiedy ludzie rutynowo przesiadują do późna nocą, ryzykują depresję i problemy z nauką, i to nie z powodu braku snu. Winowajcą może być także nocna ekspozycja na jasne światło lamp, komputerów, a nawet iPadów". 

Gryzonie, które wcześniej poddawano niezgodnym z naturą porom ekspozycji na światło, przez dwa tygodnie leczono fluoksetyną, by obniżyć u nich poziom kortykosteronu, a tym samym wyleczyć je z depresji. Warto idąć spać zasłaniać szczelnie okna w sypialniach tak, aby żadne światło nie docierało z ulicznych latarni, warto gasić całkowicie wszelkie świecące w sprzęcie elektronicznym diody dodawane przez nieroztropnych producentów. 

Eksperci alarmują: zapalenie płuc jest wciąż groźne 

Corocznie 12 listopada obchodzi się Światowy Dzień Walki z Zapaleniem Płuc. Eksperci biją na alarm - bo choroba ta nadal zabija - głównie małe dzieci. Naukowcy ONZ nie pozostawiają wątpliwości: w skali świata zapalenie płuc to główna przyczyna zgonów dzieci poniżej piątego roku życia. Choroba ta zabija milion dwieście tysięcy małych dzieci rocznie - to więcej niż AIDS, malaria i gruźlica razem wzięte. Tylko jedna trzecia chorych dzieci dostaje ratujące życie antybiotyki, brakuje też dostępu do szczepionek. ONZ, organizacje pozarządowe, lekarze i naukowcy wzywają do walki z tą chorobą: jeśli 90 procent dzieci na świecie otrzymałoby prostą i niedrogą, ale niezbędną pomoc liczbę zgonów najmłodszych z powodu zapalenia płuc można by zmniejszyć o dwie trzecie do połowy dekady. O leczeniu dzieci z pomocą receptur zielarskich czy bioenergoterapii nie wspomniano, a to także znane od tysiącleci metody zapobiegania chorobom zapalnym płuc i dróg oddechowych. Ograniczenie zanieczyszczeń powietrza także zmniejsza zapadalność na choroby płuc i dróg oddechowych. 

Na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc może cierpieć ponad 2 mln Polaków 

"Nie jest za późno!" - to hasło tegorocznego Światowego Dnia POChP, czyli przewlekłej obturacyjnej choroby płuc, na którą według najnowszych badań może cierpieć ponad 2 milionów Polaków. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) przewiduje, że w 2020 roku  POChP stanie się trzecią najważniejszą przyczyną zgonów. Polskie obchody Światowego Dnia POChP koordynuje Polskie Towarzystwo Chorób Płuc (PTChP). - POChP należy do najczęstszych chorób układu oddechowego - zauważył prof. Paweł Śliwiński z Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie na piątkowej konferencji w stolicy, zorganizowanej przez Towarzystwo.

Na całym świecie na POChP choruje około 44 mln osób. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) przewiduje, że w 2020 roku POChP stanie się trzecią najważniejszą przyczyną zgonów - po chorobach układu krążenia i nowotworach. Choroba rozwija się zwłaszcza u aktywnych i biernych palaczy oraz osób narażonych na wdychanie szkodliwych pyłów lub gazów w miejscu pracy. Smogi powstałe ze spalin samochodowych to ogólne podłoże sprzyjające tej specyficznej epidemii płucnej. Choroba nieodwracalnie ogranicza przepływ powietrza przez drogi oddechowe na skutek przewlekłego zapalenia oskrzeli i oskrzelików oraz rozedmy płuc. Proces postępuje z czasem. Główne objawy wygladające na jakieś chroniczne przeziębienie to duszność, świszczący oddech, uczucie ciasnoty w klatce piersiowej, nadmiar wydzielanego śluzu oraz kaszel. 

Postępująca duszność może ograniczać zdolność pacjenta do wykonywania zwykłych codziennych czynności – w ciężkich przypadkach nie mogą wychodzić z domu. Nie jest to problem tylko ludzi starszych - co druga cierpiąca na to schorzenie osoba ma mniej niż 65 lat. Jak wyjaśnili eksperci, tegoroczne hasło Światowego Dnia POChP "Nie jest za późno!" jest skierowane do osób, które mają objawy, a nie zostały jeszcze zdiagnozowane (nie jest za późno, by zwrócić się do lekarza i poprosić o wykonanie spirometrii); do pacjentów z POChP (dla nich nie jest za późno, aby żyć aktywnie); do lekarzy (nie jest za późno, aby pomóc swoim pacjentom lepiej oddychać).

Wczesne stadia POChP - zwracali uwagę eksperci - są często nierozpoznawane, głównie ze względu na niespecyficzne objawy. - Istotną częścią procesu diagnostycznego jest proste, nieinwazyjne badanie czynności płuc, czyli spirometria. To doskonałe narzędzie w rękach pulmonologa, pozwalające szybko i skutecznie ocenić zdrowie płuc – mówiła dr n. med. Małgorzata Czajkowska-Malinowska, rzecznik prasowy Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc. Specjaliści podkreślali, że wczesne rozpoznanie POChP zwiększa szanse na całkowite wyleczenie lub opóźnienie postępu choroby oraz występowania powikłań.

W 2010 roku European Respiratory Society (ERS, stowarzyszenie skupiające specjalistów w dziedzinie chorób płuc i dróg oddechowych) zainicjowało pierwszy ogólnoeuropejski audyt POChP, by uzyskać informacje na temat jakości opieki medycznej nad chorymi z zaostrzeniem POChP, wymagających hospitalizacji. - Po raz pierwszy w naszym kraju pozyskano tak bogaty i przekrojowy zbiór różnorodnych informacji z wielu ośrodków w Polsce. Już wstępne wyniki wskazują na istotne trudności w zapewnieniu prawidłowej, kompleksowej opieki nad chorymi na POChP w Polsce – powiedziała na spotkaniu dr hab. med. Joanna Chorostowska-Wynimko, koordynator europejskiego audytu POChP w Polsce.

Według obecnych na konferencji specjalistów alarmujący jest fakt, że tylko w 45 procent z 40 ankietowanych polskich szpitali działają poradnie dla chorych na POChP (średnia w europejskim audycie ERS wynosi 61,8 proc.), a tylko 35 procent chorych ma dostęp do rehabilitacji w trakcie hospitalizacji (średnia w audycie ERS 60 proc.). Jak podkreślali uczestnicy konferencji szczególnie niepokoi to, że ratująca życie nieinwazyjna wentylacja mechaniczna – pozwalająca istotnie poprawić efektywność i obniżyć koszty leczenia chorych z przewlekłą niewydolnością oddychania w przebiegu zaostrzenia POChP, jest w praktyce zapewniana mniej niż połowie (48,5 proc.) chorych z pełnymi wskazaniami do tego typu leczenia (wobec średniej 67,5 proc. w Europie).

- Należy jak najszybciej wprowadzić w Polsce procedury, które umożliwią leczenie przewlekłej niewydolności oddychania i jej zaostrzeń u chorych z przewlekłymi chorobami układu oddechowego za pomocą nieinwazyjnej wentylacji mechanicznej w przystosowanych do tego celu oddziałach chorób płuc – oceniła Czajkowska-Malinowska. Obecni na konferencji przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc zaapelowali do ministra zdrowia w sprawie powołania w oddziałach chorób płuc Pododdziałów Nieinwazyjnej Wentylacji Mechanicznej (PNWM) i wdrożenia Krajowego Programu Zmniejszenia Umieralności z Powodu Przewlekłych Chorób Płuc. 

Kot w domu zwiększa ryzyko alergii u dorosłych 

Potwierdzają się dane medycyny naturalnej w sprawie niekorzystnego wpływu trzymania rozmaitych zwierząt w domach, w tym kotów. Choć wedle niektórych danych sprawienie dziecku kota może ochronić je przed alergią w przyszłości, w przypadku dorosłych futrzany domownik może nawet podwoić ryzyko rozwoju reakcji immunologicznej - informuje "Journal of Allergy and Clinical Immunology". Wnioski te płyną z analizy przeprowadzonej wśród ponad 6 tysięcy dorosłych Europejczyków, z których na początku nikt nie był uczulony na kocią sierść. W krwi osób, które w ciągu dziewięciu lat trwania obserwacji sprawiły sobie kota, częściej obserwowano wystąpienie przeciwciał wskazujących na rozwój reakcji alergicznej. Odsetek uczuleń wciąż pozostawał jednak mały, chociaż nie zaniedbywalny. Alergie na kocią sierć sprzyjają rozwojowi chorób płuc, astmy i raka płuc. 

Cztery na dziesięć osób, u których pojawiły się przeciwciała, przyznały, że zaczęły odczuwać objawy alergii, gdy w pobliżu znajdowały się zwierzęta - zwraca uwagę prowadzący badania dr Mario Olivieri ze Szpitala Uniwersyteckiego w Weronie. Potwierdzono ponadto, że osoby, które w dzieciństwie miały w domu kota, były w znacznie mniejszym stopniu narażone na alergię w porównaniu z osobami, u których zwierzęta te zagościły po raz pierwszy. Naukowcy podkreślają, że jeżeli w wieku dorosłym mamy astmę i/lub alergię, powinniśmy dobrze zastanowić się zanim nabędziemy kota, a zwłaszcza zanim wpuścimy go do pomieszczenia, w którym śpimy. Okazało się bowiem, że do rozwoju reakcji alergicznej dochodziło jedynie wtedy, gdy kot miał dostęp do sypialni. Czym innym jest trzymanie kota w gospodarstwie domowym na wsi, gdzie są pomieszczenia inne niż mieszkalne jak piwnice, szopy, chlewiki czy strychy, a czym innym w małych klatkach mieszkalnych w blokowiskach, gdzie steżenie sierści i alergenów jest zbyt duże. 

Liczba chorych na raka piersi drastycznie wzrośnie 

Liczba kobiet po 65-tym roku życia chorujących na raka piersi będzie rosnąć – alarmują naukowcy, których cytuje express.co.uk. Według nich, w 2040 roku będzie ich cztery razy więcej niż teraz. Zdaniem ekspertów z King's College w Londynie,  za 18 lat na świecie będzie ponad milion kobiet powyżej 65-ego roku życia zmagających się z rakiem piersi. Obecnie na nowotwór choruje ogółem około 570 tysięcy kobiet. Aż 340 tysięcy z nich to panie w starszym wieku. W 2040 wszystkich chorych ma być 1,68 miliona, z czego aż 1,22 mln będzie mieć więcej niż 65 lat. Liczba zachorowań wzrośnie także w innych grupach wiekowych. Będzie to jednak znacznie mniej drastyczny wzrost. U starszych kobiet dużo częściej diagnozuje się raka, rzadziej też udaje im się go pokonać. Bardzo niewielki odsetek z nich poddaje się rekonstrukcji piersi.  

Rak płuca głównym powodem wzrostu zachorowań na nowotwory 

Za wzrost zgonów z powodu nowotworów złośliwych na świecie odpowiedzialna jest głównie większa zachorowalność na wyjątkowo trudno wyleczalny rak płuca – stwierdzili eksperci podczas II Letniej Akademii Onkologicznej, która rozpoczęła się w Warszawie. - Gdyby nie rak płuca, wywoływany głównie przez palenie papierosów, liczba zgonów na nowotwory byłaby coraz mniejsza - powiedział prof. Jacek Jassem, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologicznego. W Polsce na ten nowotwór co roku umiera 20 tysięcy osób. W USA jedynie w ciągu tygodnia traci życie z tego powodu więcej ludzi niż było ofiar ataku terrorystycznego w Nowym Jorku 11 września 2001 roku. Palenie papierosów jest znacznie większym czynnikiem zgonów niż jakikolwiek wypadek – drogowy, kolejowy, w pracy czy w domu. 

Zachorowania na ten typ raka jest jak wyrok śmierci – podkreślali eksperci. W Polsce, podobnie jak w innych krajach, pięcioletnie przeżycia uzyskuje się jedynie u 10-15 procent chorych. Powodem jest mała skuteczność leczenia, ponieważ rak ten zwykle wykrywany jest w zaawansowanym stadium. Na raka płuca z powodu palenia papierosów coraz częściej chorują kobiety, a także osoby wystawione na bierne palenie czyli na toksyczne wyziewy nałogowych palaczy papierosów. W wieku krajach uprzemysłowionych jest on już częstszą przyczyną zgonów kobiet niż rak piersi. Z danych Krajowego Rejestru Nowotworów wynika, że w Polsce tak jest od 2 lat. II Letnia Akademia Onkologiczna organizowana była w sierpniu 2012 roku pod patronatem Polskiego Towarzystwa Onkologicznego oraz Fundacji im. Macieja Hilgiera. 

Palacze mniej wydajni niż niepalący 

Nałogowi palacze są w pracy mniej wydajni niż ich niepalący koledzy - twierdzą portugalscy naukowcy. Palacze częściej robią sobie przerwy, bywają zdekoncentrowani. Wielu zamierza rzucić palenie, głównie dlatego, że nałóg sporo ich kosztuje. Badania przeprowadzone przez naukowców z Lizbony wykazały, że palacze w większości przypadków dekoncentrują się na stanowisku pracy, myśląc o zaspokojeniu nałogu. Potrzeba zaciągnięcia się tytoniowym dymem odciąga ich od wykonywanych zadań. Palacze opuszczają stanowiska pracy znacznie częściej niż niepalący, co sprawia, że są o co najmniej 10 proc. mniej wydajni - ocenia dr Acacio Gouveia z zespołu badającego wpływ palenia na wydajność pracowników.

Według szacunków Portugalskiego Stowarzyszenia Przeciwdziałania Paleniu statystyczny palacz w każdym dniu roboczym przez 80 minut oddaje się nałogowi, robiąc sobie przerwy w pracy. - Nałogowiec wypalający dziennie paczkę papierosów robi średnio osiem dziesięciominutowych przerw w ciągu jednej zmiany - obliczył Paulo Vitoria z Portugalskiego Stowarzyszenia Przeciwdziałania Paleniu. Szacuje się, że co czwarty Portugalczyk jest uzależniony od nikotyny. Średnio wypala on 14 papierosów dziennie. Około 40 proc. palaczy deklaruje zamiar zerwania z nałogiem, głównie ze względów finansowych. 

Lęk sprzyja nowotworom 

Skłonność do popadania w stany lękowe, ciągłe obawy i nerwowość mogą prowadzić do wzrostu ryzyka rozwoju nowotworów - informują naukowcy z Uniwersytetu Stanford w Stanach Zjednoczonych. Ich wnioski ukazały się w piśmie "PLoS ONE". Badania przeprowadzone na myszach wykazały, że u lękliwych gryzoni nadmierna ekspozycja na promieniowanie UV częściej powodowała rozwój nowotworów w porównaniu ze spokojnymi osobnikami. Lęk zwiększał również podatność na przewlekły stres i negatywnie wpływał na pracę układu odpornościowego. By zidentyfikować lękliwe myszy naukowcy przeprowadzili testy, podczas których część gryzoni wyraźnie unikała potencjalnego niebezpieczeństwa. Następnie łyse myszy poddane zostały serii dziesięciominutowych naświetleń promieniami UV (trzy razy w tygodniu przez dziesięć tygodni). Po kilku miesiącach u wszystkich myszy rozwinął się rak skóry, jednak u tych lękliwych wystąpiło więcej guzów i tylko u nich nowotwór przybrał formę złośliwą. Gdy naukowcy porównali pracę układu odpornościowego obu grup, okazało się, że w przypadku lękliwych myszy był on mniej skuteczny w walce z nowotworem.

Ponadto gryzonie, u których rozwinął się nowotwór złośliwy miały podwyższony poziom kortykosteronu, hormonu wydzielanego pod wpływem stresu lub choroby, co sugeruje, że były one bardziej wrażliwe na działanie czynników stresogennych. - Myszy są cennym źródłem informacji na temat raka skóry, gdyż choroba przebiega bardzo podobnie u ludzi - mówi prowadzący badania immunolog dr Firdaus Dhabhar, który wcześniej analizował reakcję organizmu na stres pozytywny i negatywny. - Krótkotrwałe czynniki stresujące, jak na przykład bycie ściganym przez lwa czy ważna prezentacja w pracy, mogą w rzeczywistości poprawić pracę układu odpornościowego, przygotowując organizm do obrony. Z drugiej strony, ciągły stres, związany na przykład z opieką nad niepełnosprawną bliską osobą, stopniowo pogarsza zdolność organizmu do zwalczania chorób - dodaje. W najbliższym czasie naukowcy zamierzają sprawdzić, czy zniwelowanie negatywnego wpływu lęku i stresu może wyraźnie wspomóc terapię przeciwnowotworową, chociaż medycyna tradycyjna od wieków prowadzi psychoterapię przeciwlękową w wypadku nowotworów z bardzo dobrymi skutkami. Mowa szczególnie o tłumionych lękach jako podłożu dla rozwoju chorób nowotworowych. 

Naukowcy alarmują. Alkohol zwiększa ryzyko raka 

Z badań opublikowanych przez magazyn "Alkohol i alkoholizm" wynika, że kobiety, które wypijają jeden kieliszek alkoholu dziennie zwiększają ryzyko zachorowania na raka o 4 procent, a te, które wypijają trzy kieliszki alkoholu na dobę - aż o 50 procent! Wygląda na to, że alkoholizm współbrzmi doskonale z epidemią chorób nowotworowych. 

Składniki kosmetyków mogą powodować raka 

Parabeny, związki stosowane jako konserwanty w kosmetykach, produktach farmaceutycznych oraz żywności gromadzą się w tkance sutka i nie można wykluczyć, że mają udział w rozwoju raka piersi – oceniają naukowcy brytyjscy, na podstawie swoich najnowszych badań. Artykuł na ten temat zamieszcza pismo "Journal of Applied Toxicology". - Obecność danej substancji chemicznej w tkance nie oznacza jeszcze, że przyczynia się ona do rozwoju raka. Ale skoro okazuje się, że związki te wnikają do ludzkiego gruczołu sutkowego, konieczne jest przeprowadzenie dalszych badań, aby ocenić, czy ich obecność ma jakieś negatywne skutki - wyjaśniła kierująca najnowszymi badaniami dr Philippa Darbre z University of Reading w Anglii. Według niej problem z parabenami polega na tym, że mogą one naśladować działanie żeńskiego hormonu płciowego – estrogenu, który pobudza rozwój i wzrost wielu guzów piersi. Estry parabenów są szeroko stosowane jako konserwanty w rozmaitych produktach higieny osobistej, żywności oraz farmaceutykach.

Badania potwierdzają, że takie rozpowszechnienie sprawia, iż substancje te są obecne w organizmach większości ludzi – we krwi, moczu, nasieniu i matczynym mleku. W 2004 r. dr Darbre po raz pierwszy poinformowała o wykryciu tych substancji w próbkach pobranych ze złośliwych guzów piersi od 20 pacjentek. Późniejsze badania innych naukowców wykazały, że wchłaniają się one z kosmetyków przez skórę i już po godzinie od aplikacji, np. kremu, można je wykryć we krwi. Zrodziło to podejrzenia, że stosowanie w okolicy pachowej kosmetyków z parabenami, np. antyperspirantów, może mieć jakiś związek z ryzykiem zachorowania na raka piersi. Za hipotezą tą przemawiał np. fakt, że większość raków piersi jest zlokalizowana w górnej ćwiartce gruczołu sutkowego, najbliższej pachy. W najnowszych doświadczeniach dr Darbre i jej współpracownicy analizowali występowanie pięciu różnych parabenów w tkankach gruczołu sutkowego 40 kobiet z pierwotnym rakiem piersi, które przeszły mastektomię. Sprawdzano obecność tych związków w czterech lokalizacjach w piersi – od dołu pachowego aż po mostek.

Okazało się, że u każdej pacjentki obecny był co najmniej jeden z estrów parabenów. Co ciekawe, 7 z 40 pacjentek nigdy nie stosowało kosmetyków pod pachę, jak np. antyperspiranty, które często zawierają parabeny. Oznacza to, że źródłem tych związków musiały być inne produkty - uważają naukowcy. Jedna z substancji, n-propylparaben, występowała w znacznie wyższych stężeniach w próbkach pobranych z okolic piersi bliższych pachy niż mostka. Pozostałe parabeny występowały równomiernie we wszystkich lokalizacjach. Jak podkreśla współautor pracy Lester Barr z University Hospital of South Manchester, badania te potwierdzają, że nie istnieje prosta zależność przyczynowo-skutkowa między stosowaniem pod pachę produktów zawierających parabeny a rakiem piersi. - Nie mamy rozstrzygającego dowodu na to, że parabeny odgrywają rolę w rozwoju raka piersi. Jednak brak dowodów, nie jest dowodem na brak ich udziału. Obecnie po prostu tego nie wiemy – skomentowała dr Darbre. Zaznaczyła też, że obecność tych związków w sutku uzasadnia dalsze prace nad tym zagadnieniem.

Według dr Darbre rak piersi nie jest jednorodnym schorzeniem, a do jego rozwoju przyczynia się wiele czynników. Dlatego mało prawdopodobne jest, by jeden rodzaj związków odgrywał tu dominująca rolę. Wiadomo, że wiele innych składników kosmetyków oraz produktów higieny osobistej naśladuje działanie estrogenów, a ich obecność stwierdzano w gruczole sutkowym lub w mleku matki. - Dlatego jestem daleka od obarczania winą jednego związku chemicznego (o udział w rozwoju raka piersi – PAP). Nie chcę przez to powiedzieć, że parabeny z nie odgrywają tu roli, ale prawdopodobnie są tylko częścią większej całości – podsumowała dr Darbre. W wypowiedzi dla serwisu Health Day News badaczka zachęciła panie do zredukowania liczby stosowanych kosmetyków. - Współcześnie stosujemy ich po prostu za dużo - za dużo dla naszego ciała i dla środowiska - oceniła.  

Zredukowanie ilości soli może zapobiec rakowi żołądka 

Według World Cancer Research Fund ograniczenie słonego jedzenia takiego jak wędliny i chleb może ograniczyć ryzyko wystąpienia raka żołądka nawet o 14 procent. Zbyt duża ilość soli w codziennej diecie prowadzi do nadciśnienia, co może powodować choroby serca i udar, ale również może być przyczyną nowotworu żołądka. Zalecana dzienna dawka soli wynosi 6 g, a zdaniem naukowców ludzie spożywają około 8,6 g. Brytyjska organizacja World Cancer Research Fund (WCRF) twierdzi, że udałoby się zapobiec jednemu na siedem nowotworów żołądka, gdyby ludzie zmodyfikowali swoją codzienną dietę. W Wielkiej Brytanii diagnozuje się około 6 tys. nowych przypadków raka żołądka rocznie. WCRF ocenia, że około 800 przypadków, czyli 14 proc., można by uniknąć, gdyby każdy stosował się do zaleconej ilości 6 g soli na dobę. 

- Rak żołądka jest trudny w leczeniu, ponieważ większość przypadków zostaje zdiagnozowanych dopiero, gdy choroba jest już bardzo zaawansowana - powiedziała Kate Mendoza, dyrektor informacji zdrowotnej w WCRF - "Dlatego powinniśmy kłaść jeszcze większy nacisk na promowanie zdrowego stylu życia, między innymi zmniejszenia spożycia soli oraz zachęcać do jedzenia większej ilości owoców i warzyw". Sól jest już zawarta w większości produktów, dlatego dodatkowe dosalanie potraw jest niebezpieczne. WCRF zabiega o to, aby żywność w sklepach miała etykiety z dokładną informacją na temat zawartości soli. BBC informuje, że rząd brytyjski podjął już działania w tym kierunku. 

Niepokojące wieści w sprawie czerwonego mięsa 

Jak wynika z pracy zamieszczonej przez pismo "Archives of Internal Medicine" w marcu 2012 roku, osoby spożywające duże ilości czerwonego mięsa mają podwyższone ryzyko zgonu z różnych przyczyn, w tym z powodu choroby serca i nowotworu złośliwego. Jak podkreślają autorzy pracy - zastępując czerwone mięso innymi źródłami białka w diecie, np. rybami, mięsem drobiowym, chudym mlekiem i jego przetworami, orzechami, roślinami strączkowymi oraz produktami z pełnego ziarna, można obniżyć śmiertelność. - Nasze badania dostarczają kolejnych dowodów na to, że jedzenie dużych ilości czerwonego mięsa jest ryzykowne dla zdrowia – komentuje główna autorka pracy dr An Pan z Harvard School of Public Health w Bostonie (USA). Jak przypomina, już wcześniej powiązano to z wyższym ryzykiem cukrzycy typu 2, choroby wieńcowej serca, udaru mózgu oraz niektórych nowotworów złośliwych.

Za czerwone uważa się takie mięso, które jest koloru ciemnoczerwonego, gdy jest surowe, a po ugotowaniu nie jest białe. Dr Pan oraz jej koledzy przeanalizowali dane zebrane w dwóch badaniach, które objęły blisko 37,7 tys. mężczyzn oraz ponad 83,6 tys. kobiet, którzy początkowo nie mieli choroby układu krążenia ani nowotworu. Co cztery lata aktualizowano informacje na temat składników diety badanych osób. Stan zdrowia panów śledzono średnio przez 22 lata, a pań przez 28 lat. W tym okresie stwierdzono blisko 24 tysiące zgonów, w tym niemal 6 tysięcy z powodu chorób układu sercowo-naczyniowego, a blisko 9,5 tysiąca – z powodu nowotworu złośliwego. Okazało się, że regularne spożywanie czerwonego mięsa, zwłaszcza tzw. wysoce przetworzonego (np. wędlin), było związane z wyraźnie podwyższonym ryzykiem zgonu z różnych przyczyn, w tym z powodu chorób serca czy nowotworów.

W przypadku osób, które w badanym okresie zjadały co dzień o jedną porcję (wielkości jednej talii kart) nieprzetworzonego czerwonego mięsa więcej, ogólne ryzyko zgonu rosło o 13 procent. Natomiast spożywanie co dnia dodatkowej porcji mięsa przetworzonego (np. w postaci jednego hot-doga czy dwóch plastrów boczku) wiązało się ze śmiertelnością wyższą o 20 procent. Ryzyko zgonu z powodu chorób serca wzrastało odpowiednio o 18 i 21 procent, a z powodu nowotworu – o 10 i 16 procent. W analizie uwzględniono inne czynniki ryzyka schorzeń przewlekłych, takie jak wiek, wskaźnik masy ciała (BMI), aktywność fizyczna, rodzinna historia chorób serca i różnych nowotworów. Dalsza analiza wykazała ponadto, że zastępowanie jednej porcji czerwonego mięsa dziennie porcją zdrowszego źródła białka, wiązało się z niższym ryzykiem zgonu - odpowiednio o 7 procent dla ryb, o 14 procent dla mięsa drobiowego, 19 procent dla orzechów, 10 procent dla roślin strączkowych, 10 procent dla chudego mleka i jego przetworów oraz 14 procent dla produktów z pełnego ziarna.

Naukowcy wyliczyli, że gdyby badani spożywali dziennie mniej niż pół porcji czerwonego mięsa, to w trakcie badań udałoby się uniknąć 9,3 procent wszystkich zgonów wśród mężczyzn oraz 7,6 procent zgonów wśród pań. Czerwone mięso jest głównym źródłem białka oraz tłuszczu w diecie różnych społeczeństw, zwłaszcza w krajach wysoko rozwiniętych kapitalistycznie czyli nisko od strony medycyny naturalnej. Zawiera ono jednak - głównie w postaci przetworzonej - składniki, które we wcześniejszych badaniach powiązano z wyższym ryzykiem przewlekłych schorzeń, takich jak choroby układu sercowo-naczyniowego, cukrzyca typu 2 oraz niektóre nowotwory złośliwe, przypominają autorzy najnowszej pracy. Do tych substancji zalicza się żelazo związane z hemem, tłuszcze nasycone, sód, azotany i azotyny oraz pewne związki rakotwórcze, które powstają w mięsie podczas obróbki termicznej.

- Nasze badania dostarczają jasnych dowodów na to, że regularne spożywanie czerwonego mięsa, zwłaszcza przetworzonego, przyczynia się w znacznym stopniu do przedwczesnych zgonów – komentuje współautor pracy prof. Frank Hu. - Z drugiej strony, wybieranie zdrowszych źródeł białka w diecie, w miejsce czerwonego mięsa, może przynieść istotne korzyści zdrowotne poprzez redukcję zapadalności na choroby przewlekłe oraz śmiertelności z ich powodu - dodaje. W komentarzu redakcyjnym Dean Ornish z University of California w San Francisco ocenia, że - ponieważ choroby przewlekle pochłaniają w USA ponad 75 procent nakładów na opiekę zdrowotną - redukcja spożycia czerwonego mięsa mogłaby przynieść oszczędności budżetowi państwa. O szkodliwości czerwonego mięsa w odżywianiu wiedzieli już medycy Indii i Chin 3-5 tysięcy lat przed erą chrześcijańską! Szkodliwość czerwonego miesa zna też Biblia, która bezwzględnie zakazuje spożywania miesa z krwią, bo mięso jest czerwone z powodu krwi zakrzepłej w procesie uboju z niedostatcznym wykrwawieniem się zwierzęcia. Dzisiejszy ubój z ogłuszeniem, rzekomo humanitarnym dla zwierząt, to niestety nieetyczna i plugawa zbrodnia przeciwko ludzkości, która winna być zakazana. Jedyną alternatywą jak zawsze pozostaje wegetarianizm czyli jarska dieta joginów z pełnowartosciowym białkiem w postaci orzechów czy roślin strączkowych! 

Zaburzenia psychiczne mogą dotknąć co czwartego Polaka 

Co czwarty Polak w wieku produkcyjnym doświadczał w swoim życiu zaburzeń psychicznych - wynika z badań, których wyniki ogłoszono na konferencji w warszawskim Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego - Państwowym Zakładzie Higieny. - Jest źle, ale było gorzej. Może być lepiej - podsumował wyniki prof. Jacek Wciórka - psychiatra z warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii. - Do realizacji Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego nie wystarczą wysiłki psychiatrów i psychologów, potrzebna jest współpraca mediów i polityków. 

Polacy w 70 procentach oceniają swoją kondycję psychiczną jako bardzo dobrą lub doskonałą. Jednak około 30 proc. to potencjalni kandydaci do poszukiwania jakiejś formy pomocy lub wsparcia. Chociaż tylko około 23 proc Polaków deklaruje doświadczenie osobistego kontaktu z osobą chorą psychicznie, większość ma na temat takich osób, a także na temat chorób psychicznych i instytucji psychiatrycznych dość zdecydowaną opinię o cechach niechętnego stereotypu. 

Na podstawie badań oszacowano, że aż 12 procent Polaków (czyli około 3 milionów) doświadczyło zaburzeń związanych z alkoholem. Uzależnionych jest ponad 600 tysięcy. Blisko 10 procent mieszkańców Polski (2,5 mln. ludzi), cierpiało na zaburzenia lękowe w tym fobie specyficzne, prawie milion - na zaburzenia afektywne (depresja, dystymia, mania). - Nadużywanie alkoholu coraz częściej jest problemem młodzieży - mówiła dr Grażyna Świątkiewicz, psycholog z Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Przed alkoholizmem najlepiej wydaje się chronić tradycyjne małżeństwo. Największe problemy mają rozwodnicy i mężczyźni będący w separacji, podczas gdy najwięcej pijących kobiet jest w związkach partnerskich. O ile u mężczyzn wyższe wykształcenie rzadziej wiąże się z problemami alkoholowymi, to w przypadku kobiet jest przeciwnie.

Ponad 9,5 mln Polaków populacji 18 – 64 lata to osoby palące papierosy. Choć palenie wśród mężczyzn wciąż jest o kilkanaście punktów procentowych bardziej rozpowszechnione, to w porównaniu z drugą połową lat dziewięćdziesiątych XX wieku wzrósł odsetek palących kobiet. Doświadczenia z narkotykami miało ponad milion osób. Szacuje się, że liczba aktualnych konsumentów narkotyków przekracza znacznie 300 tysięcy. Badania EZOP potwierdzają, że dominującym w Polsce nielegalnym narkotykiem są przetwory konopi (marihuana i haszysz), których konsumenci stanowią około 90 procent wszystkich zidentyfikowanych w próbie użytkowników.

Badanie EZOP (Epidemiologia Zaburzeń Psychiatrycznych i Dostępność Psychiatrycznej Opieki Zdrowotnej) jest pierwszym w Polsce badaniem stanu zdrowia psychicznego Polaków na tak dużej próbie – 10 tysięcy respondentów w wieku od 18 do 64 lat. Jak zaznaczył dr Jacek Moskalewicz - socjolog z Instytutu Psychiatrii i Neurologii, ważną częścią przedsięwzięcia było wyszkolenie 150 ankieterów - i wyeliminowanie tych, których nastawienie do zaburzeń psychicznych mogłoby zafałszować wyniki badań. Badania terenowe trwały od listopada roku 2010 do marca 2011. Na trwający około godziny wywiad z ankieterem zgodziło się 50,4 procent z wylosowanych 20 022 osób. To przeciętny wynik, podobny do belgijskiego - na Ukrainie i w Hiszpanii chciało porozmawiać ponad 78 procent, ale we Francji- 45,9 procent. Bardziej otwarte okazały się osoby ze wsi niż z wielkich miast.

Realizację badań umożliwiło wsparcie finansowe Norweskiego Mechanizmu Finansowego oraz Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W badaniach wykorzystano najnowszą wersję kwestionariusza CIDI (Composite International Diagnostic Instrument) udostępnioną przez Harvard Medical School - koordynatora badań CIDI na świecie. Przeprowadzenie badania było możliwe dzięki konsorcjum utworzonemu przez Instytut Psychiatrii i Neurologii, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego -Państwowy Zakład Higieny oraz Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu. Okazuje się że Polska to kraj ludzi zaburzonych psychotycznie, stąd nie dziwią zjawiska takie jak paranoidalny syndrom smoleńsko-katyński, rusofobia, żydofoabia czy rozmaite paranoje polityczne. 

Religia katolicka może zniszczyć życie seksualne 

Wypaczona, niedojrzała religijność, w Polsce głównie katolicka, może zniszczyć życie erotyczne człowieka – mówi w "Polityce" z października 2012 roku dr Andrzej Molenda, psycholog z UJ. Religijność chrześcijańska w szczególności katolicka może mieć ogromny wpływ na życie seksualne – twierdzi w wywiadzie psycholog z Zakładu Socjologii i Psychologii Religii Instytutu Religioznawstwa UJ. - Wiele osób startuje w dorosłe życie z obrazem Boga podobnym do obrazu rodziców. Jeśli rodzic jest zagrażający i karzący, Bóg może być postrzegany podobnie. Kiedy w kwestii seksualności ojciec lub matka wyznają zasadę tabu, w wychowaniu jest dużo zakazów i gróźb. Przemilczenia połączone z grożeniem podświadomie wpajają dziecku negatywny stosunek do seksualności - wyjaśnia.

Jak dodaje, niewłaściwe wychowanie religijne w katolicyzmie czy podobnej wersji chrześcijaństwa, połączone z restrykcyjnym obrazem Boga, może prowadzić do pojawienia się tzw. nerwicy eklezjogennej. Jej objawy to m.in. oziębłość, impotencja, poczucie winy i nadmiernego wstydu, związanych z seksualnością. – Cała sfera cielesna jest przez dotknięte nią osoby postrzegana w sposób niewłaściwy. W najbardziej dramatycznych przypadkach oznacza to całkowitą psychiczną niemożność współżycia – tłumaczy. Dr Molenda zaznacza, że jednostka nerwicowa często postrzega Boga jako karzącego, mogącego skrzywdzić człowieka lub narzucić mu specyficzne wymagania, także w kwestiach związanych z życiem seksualnym. Potwierdzenie takie obrazu może znaleźć w niektórych księgach Starego Testamentu. - Taki obraz Boga, wpleciony w mechanizmy obronne osobowości, może wpływać na konkretne zaburzenia i zahamowania w sferze seksualnej – mówi psycholog.

Religia katolicka zamiast pomagać - szkodzi! Często na nerwicę eklezjogenną cierpią osoby, które traktują religię bardzo poważnie. - Niepokoić może nadmierne mnożenie praktyk, modlitw, spowiedzi – wyjaśnia. Zaznacza jednak, że nie można na tej podstawie przesądzać o zaburzeniach. - Dwie osoby mogą codziennie uczestniczyć w mszy i u jednej to będzie wyraz dojrzałej religijności, a u drugiej objaw chorobowy. Jeśli napędza je lęk, to symptom nerwicy – mówi. Symptomem może być także kojarzenie seksualności z poczuciem wstydu i winy, gdy ciało postrzegane jest jako złe, nieczyste, nieświęte. Naukowiec przyznaje, że nie bez wpływu na taki pogląd jest język używany w Kościele katolickim – np. nazywanie wstrzemięźliwości czystością, które prowadzi do wniosku, że seks jest brudny, i gloryfikacja dziewictwa.

Psycholog zawraca uwagę na problemy wynikające z błędnego pojmowania nauki Kościoła katolickiego (czy też błędnego jej przekazywania w formacjach zakonnych takich jak dominikanie czy franciszkanie), a mianowicie sprowadzaniu seksu do prokreacji. - Dla mnie największym paradoksem w nerwicy eklezjogennej jest to, że religijność, która może pomagać, dawać radość i siłę, szkodzi człowiekowi – mówi dr Molenda. Naukowiec podkreśla, że terapia w przypadku nerwicy eklezjogennej jest bardzo trudna. Pacjent może odbierać ją bowiem jako uderzenie w fundamenty jego wiary katolickiej. Wielu pacjentów udaje się jednak wyleczyć. Warto leczyć się ze skutków szkodliwie nauczanej w szkole na masową skalę religii katiolickiej w polskiej odmianie tzw. wojtylizmu. 

Dobre żucie zmniejsza ryzyko demencji 

Osoby, które nie mają problemów z żuciem są mniej narażone na demencję - informuje pismo amerykańskiego towarzystwa geriatrycznego. Wraz z wiekiem może zmniejszać się sprawność umysłowa - pogarsza się pamięć, zdolność do podejmowania decyzji i rozwiązywania problemów. Jak wskazują badania naukowe, wśród czynników, które sprzyjają takim zmianom jest także... brak zębów. Starając się wyjaśnić tę zależność, szwedzcy naukowcy z Karolinska Institutet oraz uniwersytetu w Karlstadt przyjrzeli się utracie zębów, zdolności do żucia oraz funkcjom poznawczym grupy 557 wybranych z całej Szwecji osób w wieku 77 i więcej lat. 

Jak się okazało osoby, które miały trudności z żuciem na przykład jabłek, były znacznie bardziej narażone na zaburzenia poznawcze. Zależność ta okazała się nie być związana z wiekiem, płcią, wykształceniem ani problemami psychicznymi - czynnikami, których wpływ na sprawność umysłu często się opisuje. Nie miało przy tym znaczenia, czy badani posługiwali się zębami własnymi czy też sztucznymi - liczyło się tylko to, czy dobrze żują spozywany pokarm. Zalecenia tradycyjnej medycyny naturalnej znowu są górą, gdyż od wieków zaleca się dokładne przeżuwanie spożywanego pokarmu, tak, że połykany kęs jest w stanie płynnym. 

Jedzenie fast foodów obniża IQ u dzieci 

To, co jemy, wpływa na naszą inteligencję – pisze dailymail.co.uk. Brytyjscy naukowcy odkryli właśnie, że dzieci, które częściej stołują się w fast foodach, mają niższe IQ czyli niższy iloraz inteligencji, obniżone zdolności poznawcze. Według badaczy, to, co jemy w dzieciństwie, znacząco wpływa na naszą inteligencję. I nawet jeśli pierwotnie IQ dziecka jest wysokie, nieprawidłowe żywienie może znacznie je obniżyć. Naukowcy przebadali kilka tysięcy dzieci w wieku od 3 do 5 lat. Część z nich jadła głównie tradycyjnie przygotowane posiłki, druga część – produkty typu fast food. 

Jak się okazało, maluchy, który jadły zdrową żywność, w tym wegetariańską opartą o dietę śródziemnomorską, miały wyższe IQ i lepiej radziły sobie w szkole z nauką oraz przyswajaniem wiedzy naukowej. Przeważnie były to dzieci lepiej sytuowanych rodziców, mających czas przyrządzać im posiłki. Do podobnych wniosków doszli naukowcy z Australii. Wyniki ich badań, opublikowane w sierpniu 2012 roku, dowodzą, że zdrowa żywność może dopingować inteligencję. Jedzące ją dzieci miały średnio o dwa punkty wyższe IQ niż ich rówieśnicy wychowani na słodyczach i gazowanych napojach oraz fastfudach. Jeśli chcesz wyprodukować głąba i nieuka, dawaj mu hamburgery, czipsy, słodycze i napoje gazowane oraz inne fastfudy... 

Cukier upośledza funkcjonowanie mózgu 

Amerykańscy naukowcy odkryli, że spożywanie słodkich produktów może pogorszyć procesy uczenia się i pamięci. Wyniki badania opublikowano w "Journal of Physiology". Badanie przeprowadzone na szczurach przez ekspertów z University of California pokazuje, że długotrwałe dostarczanie organizmowi artykułów bogatych w fruktozę negatywnie wpływa na funkcjonowanie mózgu. Na szczęście szkodliwy efekt można zniwelować dzięki kwasom tłuszczowym omega 3. Naukowcy eksperymentowali na dwóch grupach szczurów. Pierwsza z nich przez sześć tygodni piła wodę wzbogaconą o bardzo słodki syrop kukurydziany (często wykorzystywany w przemyśle spożywczym jako słodzik i konserwant), a druga oprócz tego otrzymywała kwasy tłuszczowe omega 3. Obie grupy uczono wcześniej poruszania się po labiryncie.

Po upływie kilku tygodni specjalnej diety ponownie wpuszczono szczury do labiryntu i obserwowano, jak poradzą sobie z ucieczką. - Druga grupa szczurów poruszała się po labiryncie znacznie sprawniej niż szczury, które nie otrzymały kwasów tłuszczowych omega 3. Zwierzęta pozbawione kwasów były wolniejsze, a ich mózgi wykazywały ubytek w aktywności synaptycznej. Ich komórki mózgowe miały kłopoty z przesyłaniem wzajemnych sygnałów, upośledzając zdolność szczurów do jasnego myślenia i przypominania drogi, której nauczyły się sześć tygodni wcześniej - stwierdza Fernando Gomez-Pinilla, współautor badania.

Badacze przypuszczają, że syrop kukurydziany wpłynął na działanie insuliny, czyli hormonu kontrolującego poziom cukru we krwi i funkcjonowanie synaps w mózgu. "Insulina jest ważna w organizmie, bo kontroluje poziom cukru we krwi, jednak odgrywa też inną rolę w mózgu, gdzie jej pojawienie się może uszkadzać procesy uczenia się i pamięci. Nasze badanie pokazało, że dieta bogata w fruktozę szkodzi nie tylko ciału, ale też mózgowi. To coś nowego" - dodaje Gomez-Pinilla. Naukowcy radzą uważać na to, co jemy i zamienić słodki deser na świeże owoce (zawarta w nich fruktoza nie wywiera szkodliwego efektu). Pozwalają też na okazyjną kostkę gorzkiej czekolady. Jeśli jednak nie chcemy zrezygnować ze słodkości, powinniśmy spożywać kwasy omega 3, zawarte w łososiu, orzechach włoskich czy ziarnach lnu. Bardzo ważne jest dostarczanie ich organizmowi, gdyż samodzielnie nie jesteśmy w stanie ich wytworzyć. Spożywanie siemienia lnianego znane jest jako dobroczynne od tysięcy lat! 

Napoje słodzone cukrem nie służą męskim sercom 

Z pracy opublikowanej przez pismo "Circulation" wynika, że mężczyźni, którzy dziennie wypijają nieco więcej niż puszkę napoju słodzonego cukrem są o 20 proc. bardziej narażeni na chorobę serca niż panowie, którzy nie piją słodzonych napojów. W najnowszych badaniach to podwyższone ryzyko utrzymywało się nawet po uwzględnieniu innych czynników mogących mieć wpływ na rozwój choroby serca, w tym palenie papierosów, brak aktywności fizycznej, nadużywanie alkoholu oraz historia schorzeń układu krążenia w rodzinie. Rzadsze picie słodzonych napojów, tj. dwa razy w tygodniu lub dwa razy miesięcznie, nie zwiększało ryzyka. Naukowcy z Harvard School of Public Health w Bostonie (stan Massachusetts, USA) przeanalizowali informacje zebrane wśród blisko 43 tysięcy  mężczyzn w długofalowym badaniu o nazwie Helath Professionals Follow-Up Study. Panowie byli przeważnie rasy białej i mieli od 40 do 75 lat. Wszyscy byli zatrudnieni w zawodach związanych z opieką medyczną. Począwszy od stycznia 1986 roku aż do grudnia 2008 roku uczestnicy badania co dwa lata wypełniali ankiety dotyczące nawyków żywieniowych i innych elementów stylu życia.

Mniej więcej w połowie badania pobrano od nich próbki krwi do analizy pod kątem stężenia różnych związków tłuszczowych i białek będących wskaźnikami ryzyka choroby serca. Były to m.in. białko C-reaktywne (CRP) świadczące o stanie zapalnym w organizmie, trójglicerydy oraz cholesterol, w tym tzw. dobry cholesterol (HDL). W porównaniu z panami, którzy nie pili słodkich napojów, mężczyźni konsumujący je codziennie mieli wyższy poziom trójglicerydów oraz białka C-reaktywnego we krwi oraz niższe stężenie HDL. Napoje słodzone niskokalorycznymi słodzikami nie były związane z wyższym poziom wskaźników choroby serca we krwi. - Te badania dostarczają kolejnych dowodów na to, że słodzone napoje są szkodliwe dla układu krążenia – komentuje główny autor pracy prof. Frank B. Hu. Jego zdaniem mogą one stanowić silne uzasadnienie dla działań, które zmierzają do ograniczenia konsumpcji tych napojów w społeczeństwie. Ekspert przypomina, że podobne wyniki uzyskano wcześniej w badaniach na dużej grupie kobiet (w tzw. Nurses' Health Study). 

Depresja dziesiątkuje pracowników w Europie 

Jedna dziesiąta pracowników była w 2011 roku nieobecna w pracy z powodu depresji – wykazało badanie w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Danii, Turcji, Hiszpanii, Włoszech i Francji. Przeprowadzono je wśród siedmiu tysięcy pracowników. Według nowego badania Europejskiego Stowarzyszenia na Rzecz Walki z Depresją (European Depression Association, EDA), jedna dziesiąta europejskich pracowników była na zwolnieniu ze względu na depresję. Trwało ono średnio 36 dni. Z badania skutków depresji w miejscu pracy na terenie Europy - IDEA wynikło, że u 20 procent respondentów w pewnym okresie życia zdiagnozowano depresję. Okazało się, że najbardziej zagrożeni są Brytyjczycy (26 proc.), a najmniej Włosi (12 proc.). 

Spośród chorych najbardziej skłonni do brania zwolnień są Niemcy (61 proc.), Duńczycy (60 proc.) i Brytyjczycy (58 proc.), zaś najmniej - Turcy (25 proc.). Najdłużej na zwolnieniach przebywali Niemcy i Brytyjczycy (średnio 41 dni), natomiast najkrócej Turcy - 23 dni. Pomimo długich nieobecności jedna czwarta chorych nie przyznała się przed pracodawcą do swojego problemu. Wśród tych osób jedna na trzy uważała, że w obecnej sytuacji ekonomicznej mogłoby to zagrozić jej pracy.

Dodatkowo okazało się, że słabo znane są objawy depresji; tylko 33 procent pytanych wymieniło zapominanie, 44 procent - niezdecydowanie, a 57 procent - problemy z koncentracją. Tymczasem 88 procent osób jako oznakę depresji wskazało złe samopoczucie lub smutek. Jeden na trzech kierowników twierdził, że nie ma dostępu do jakichkolwiek zasobów lub możliwości uzyskania formalnego wsparcia w zakresie postępowania z pracownikami dotkniętymi depresją. 43 procent domagało się wprowadzenia lepszej polityki oraz przepisów dotyczących ochrony podwładnych. Europejskie Stowarzyszenie na Rzecz Walki z Depresją (EDA) jest sojuszem organizacji, pacjentów, naukowców i pracowników służby zdrowia z 17 krajów z całej Europy. 1 października EDA organizuje Europejski Dzień Walki z Depresją. 

Liczba ofiar malarii o prawie połowę większa niż sądzono 

Do niepokojących wniosków doszli w lutym 2012 roku naukowcy z amerykańskiego University of Washington. Okazało się bowiem, iż malaria co roku zabija ponad 1,2 mln ludzi, o prawie 50 procent więcej niż dotychczas sądzono. Wyniki prac zostały opublikowane na łamach pisma "Lancet". Analizy badaczy sugerują, że w 2010 roku z powodu przenoszonej przez moskity choroby mogło umrzeć 1,24 mln osób. Z kolei Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podaje liczbę 655 tysięcy zgonów. W obu przypadkach wskazywano na zmniejszenie śmiertelności związanej z malarią. W badaniu sfinansowanym przez Bill and Melinda Gates Foundation wykorzystano nowe dane i nowoczesne modele komputerowe dla zbudowania historycznej bazy danych dotyczącej zapadalności na malarię w latach 1980-2010. Obliczono, że światowa liczba zgonów wzrosła od 995 tysięcy w 1980 roku do rekordowego 1,82 mln w roku 2004, aby do 2010 roku spaść do poziomu 1,24 mln. 

W latach 2007-2010 liczba śmiertelnych przypadków zmniejszała się o 7 procent, głównie w Afryce. W latach 2004-2010 największy spadek ofiar malarii (o 30 proc.) odnotowano w Tanzanii i Zambii. Wzrost śmiertelności obserwowany do 2004 roku spowodowany był wzrostem liczebności zagrożonej malarią populacji, a spadek związany był ze zwiększeniem skali ochrony przed chorobą, co było możliwe w głównej mierze dzięki środkom finansowym z zagranicy. Większość zgonów dotyczyła małych dzieci, głównie w Afryce, choć badacze odkryli, że wbrew wcześniejszym szacunkom stosunkowo dużo umierało też dzieci starszych i dorosłych. W sumie w 2010 roku zmarło o 433 tysiące więcej dzieci powyżej piątego roku życia oraz osób dorosłych, niż szacowało WHO.

- Uważa się, że dzieci wystawione na ryzyko malarii stają się na nią odporne i rzadko umierają na nią jako dorośli – zauważył prowadzący badanie dr Christopher Murray z University of Washington. – To, czego dowiedzieliśmy się ze szpitalnych archiwów i z innych źródeł, temu przeczy. Naukowcy uznali, że wytępienie malarii w krótkim okresie nie będzie możliwe. - Oszacowaliśmy jednak, że jeżeli spadek śmiertelności będzie postępował, to po 2020 roku będziemy mieli do czynienia ze 100 tysięcy zgonów rocznie – podali naukowcy. Amerykańscy badacze posłużyli się w swoich analizach szeregiem danych, aby lepiej oszacować śmiertelność z powodu malarii. Brali pod uwagę m.in. wskaźniki zakażeń, dostępność opieki medycznej, odporność na leki i stosowanie moskitier – opisuje portal BBC News. 

Otyłość może powodować uszkodzenia mózgu 

Otyli ludzie mają najczęściej skłonności do nadciśnienia, cukrzycy oraz chorób układu krążenia. Z najnowszych badań wynika jednak, że otyłość podnosi także ryzyko wystąpienia zaburzeń mózgu i najprawdopodobniej może powodować demencję. Neurolodzy przypuszczali od dawna, że nadwaga źle wpływa na pracę mózgu. Jak dotąd obarczali winą inne choroby jej towarzyszące, np.: nadciśnienie, cukrzycę oraz zmiany metaboliczne, tj. poziom lipidów i cukru we krwi. - Aktualne badania wykazały jednak, że otyli ludzie, na pozór zdrowi, są bardziej narażeni na zaburzenia poznawcze - relacjonują naukowcy dla czasopisma medycznego "Neurology". W badaniu "Whitehall II" wzięło udział ponad sześć tysięcy urzędników z Wielkiej Brytanii. W ciągu dziesięciu lat zostali oni poddani trzem badaniom pamięci oraz innym badaniom procesów poznawczych. Testerom przyznawano punkty za logiczne myślenie, pamięć oraz kompetencje językowe. Podczas rozpoczęcia badań wszystkie testowane osoby miały przeciętnie 50 lat. 

- Podczas dziesięciu lat badań osoby z nadwagę oraz cierpiące na choroby metaboliczne uzyskiwały coraz słabsze wyniki w testach, w przeciwieństwie do osób utrzymujących normalną wagę oraz niecierpiących na choroby układu krążenia - donosi American Academy of Neurology. - Nie ma zdrowej otyłości - twierdzi Günther Deuschl, kierownik kliniki neurologicznej na Uniwersytecie w Kilonii. Podkreśla również, że osoby testowane nie mają żadnej demencji, jednak zaburzenia poznawcze, prowadzą na dłuższą metę do uszkodzenia mózgu. - Na temat przyczyn związku między nadwagą i słabą wydolnością mózgu możemy tylko spekulować - mówi ekspert. Deuschl wymienia dwa najważniejsze przypuszczenia naukowców. - Powodem może być gromadzenie się tłuszczu w naczyniach krwionośnych, który powoduje ich zwężenie - zaznacza. Druga teoria wskazuje zaś na to, że tkanka tłuszczowa rozsyła hormony, które mają negatywny wpływ na pracę mózgu. Neurolog podkreśla, że ekstremalnie niska waga jest również bardzo niezdrowa. - Człowiek żyje najdłużej i pozostaje zdrowy umysłowo oraz fizycznie tylko wtedy, gdy utrzymuje normalną wagę. Regularne uprawianie sportu oraz aktywne życie duchowe oraz socjalne są najlepszymi środkami profilaktycznymi, chroniącymi przed demencją. 

USA: alarmujące dane na temat otyłości 

Odsetek osób dotkniętych otyłością w Stanach Zjednoczonych może w 2030 roku wzrosnąć nawet do 44 procent - alarmują autorzy raportu opublikowanego przez organizację Trust for America's Health oraz Fundację Roberta Wooda Johnsona. Obecnie 35,7 procent dorosłych Amerykanów i 16,9 procent dzieci w wieku od 2 do 19 lat cierpi na kliniczną otyłość. Z najnowszych prognoz wynika, że jeżeli Amerykanie nie zmienią swoich nawyków żywieniowych, za niespełna 20 lat co drugi mieszkaniec Stanów Zjednoczonych będzie otyły. W 13 stanach odsetek otyłych może w 2030 roku przekroczyć nawet 60 procent. 

"Do roku 2030 co najmniej 44 proc. dorosłych w każdym stanie będzie otyłych a w 39 stanach - prawie połowa mieszkańców. Przewidujemy, że w 30 stanach odsetek otyłych wzrośnie nawet do 60 proc." - powiedział dyrektor fundacji Trust for America's Health, Jeff Levi. W stanie Missisipi odsetek ludzi otyłych jest największy. Wynosi obecnie 34,9 proc., a za niespełna 20 lat może wzrosnąć do 66,7 proc. Natomiast w stanie Kolorado, gdzie obecnie jest najmniej otyłych, wskaźnik cierpiących na tę przypadłość może do 2030 roku wzrosnąć do 44,8 proc. z obecnych 20,7 proc. Kolorado w dalszym ciągu pozostawałoby jednak stanem z najniższym odsetkiem otyłych.

Autorzy raportu, w którym po raz pierwszy publikowane są prognozy dla poszczególnych stanów, alarmują, że jeżeli Amerykanie nie zmienią nawyków żywieniowych, leczenie chorób związanych z otyłością z roku na rok będzie pochłaniać co raz więcej środków. Liczba nowych przypadków chronicznych schorzeń układu krążenia - obecnie 1,3 mln rocznie - może w 2030 roku wzrosnąć do 6,8 mln. Alarmujące są dane dotyczące cukrzycy typu 2. Prognozuje się, że wraz ze wzrostem liczby otyłych liczba zachorowań na tę chorobę może wzrosnąć do 7,9 mln rocznie. W tym roku cukrzycę typu 2 zdiagnozowano u 1,9 mln Amerykanów. Autorzy raportu na temat otyłości wskazują na konieczność propagowania zdrowego odżywiania i aktywności fizycznej. Ważne jest także wpajanie zdrowych nawyków najmłodszym. - Zwiększenie czasu przeznaczanego na aktywność fizyczną, poprawa jakości posiłków serwowanych w szkolnych stołówkach, a także oferowanie programów i zajęć dla odchudzających się - wymienia Jeff Levi. 

Eksperci: Cukier należy opodatkować podobnie jak alkohol i tytoń 

Spożycie cukru należy kontrolować i obłożyć podatkami podobnie jak alkohol i tytoń – twierdzą eksperci University of California w San Francisco w raporcie opublikowanym na łamach dzisiejszego "Nature". Robert Lustig, Laura Schmidt and Claire Brindis przekonują, że cukier jest toksyczny dla organizmu i w trosce o nasze zdrowie powinien być poddany tym samym restrykcyjnym procedurom jak szkodliwe dla organizmu używki. Nie należy się zatem dziwić, że porównujemy go do alkoholu i tytoniu – dodają. Amerykańscy badacze przyznają, że cukier w małych ilościach nie szkodzi, ale gdy spożywany jest w zbyt dużych ilościach staje się zabójczy, jest toksyczny dla wątroby i sprzyja chorobom przewlekłym. Według American Heart Association (Amerykańskiego Towarzystwa Kardiologicznego), przeciętny Amerykanin spożywa 22 łyżeczki cukru dziennie. Najwięcej słodzą nastolatki – codziennie zjadają aż 34 łyżeczki.

Według Głównego Urzędu Statystycznego, w Polsce spożycie cukru sięga rocznie 42 kg (w przeliczeniu na jedną osobę) i jest wyższe niż wynosi średnia dla całej Unii Europejskiej. Grecy spożywają prawie 30 kg, Francuzi – 36,4 kg, a Niemcy – 35,8 kg. Podejrzewa się, że nadmierne spożycie cukru przyczynia się do otyłości, która przybiera rozmiary epidemii. W ocenie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) co roku aż 35 mln zgonów powodują choroby niezakaźne, takie jak cukrzyca i choroby układu krążenia, ściśle związane z otyłością. - Są dobre i złe kalorie, dobre i złe tłuszcze, a także dobre i złe węglowodany, ale cukier oprócz tego, że zawiera tzw. puste kalorie jest też toksyczny – podkreśla prof. Robert Lustig, dyr. ośrodka Weight Assessment for Teen and Child Health (WATCH) na uniwersytecie kalifornijskim.

Według raportu, nadmiar cukru powoduje w organizmie podobne spustoszenie jak alkohol: zaburza metabolizm, podnosi ciśnienie tętnicze krwi, niszczy wątrobę i zakłóca przekazywanie sygnałów między hormonami. Zresztą alkohol na skutek fermentacji powstaje z cukru. Cukier podobnie jak alkohol i palenie tytoniu pobudza w mózgu ośrodek nagrody. - Wiele osób słusznie zatem żartuje, że jest uzależnionych od słodkości, a po zaprzestaniu spożywania słodyczy wykazują objawy tzw. zespołu odstawienia – podkreśla Kelly Brownell, dyr. Rudd Center for Food Policy and Obesity w Yale University. Dodaje, że szczególnie podstępne są słodzone napoje, gdyż nie dają tak szybko uczucia sytości i przez to są jeszcze bardziej toksyczne. Autorzy raportu tłumaczą, że nie chcą wprowadzić prohibicji cukru. Opodatkowanie go ma jedynie zachęcić do kupowania produktów o mniejszej jego zawartości. I przyznają, że trudno będzie zmienić słodkie przyzwyczajenia ludzi nawet po obłożeniu cukru dodatkowymi podatkami. Biały cukier podobnie jak biała sól nazywane są białymi truciznami lub wręcz białą śmiercią nieomal od początku swojego istnienia, ale przez specjalistów medycyny naturalnej, którzy stosunkowo rzadko mylą się w tych sprawach. 

Depresja jedną z głównych przyczyn samobójstw 

Dzień Zapobiegania Samobójstwom, obchodzony 10 września, ma na celu zwrócenie uwagi na osoby, które przestały radzić sobie z problemami; jedną z głównych przyczyn samobójstw jest depresja - przypomina Fundacja Itaka. Jak podaje Itaka, w Polsce śmierć samobójcza jest drugą na liście przyczyn zgonów wśród dzieci i młodzieży. Skuteczność samobójstw popełnianych przez chłopców jest bardzo wysoka, wynosi aż około 75 proc. Z policyjnych statystyk wynika, że w Polsce w ubiegłym roku odnotowano 5124 próby samobójcze, z których 3839 zakończyło się śmiercią. W przypadku dzieci i młodzieży w wieku od 10 do 19 lat było to 359 prób samobójczych; 169 zakończonych śmiercią - podaje fundacja. 

Według danych Biura Światowej Organizacji Zdrowia każdego roku na świecie popełnianych jest około miliona samobójstw, oznacza to śmierć samobójczą mniej więcej co 40 sekund. Jak podaje Itaka, depresja jest jedną z chorób, która jeśli pozostanie nieleczona, prowadzi często do samobójstwa. Jak wskazuje WHO, depresja jest czwartą spośród najpoważniejszych chorób. "Przyczyny samobójstw są bardzo złożone, zależą od sytuacji gospodarczej danego regionu, np. ubóstwa, bezrobocia, ale też od kondycji zdrowotnej osób z krajów rozwiniętych, gdzie dominującymi przyczynami samobójstw poza uzależnieniami są choroby i zaburzenia psychiczne" - informuje Itaka. "Depresja jest chorobą, która może dotknąć każdego bez względu na miejsce zamieszkania, pozycję społeczną czy status materialny" - podkreśla.

Dyrektor ds. projektów profilaktycznych i edukacyjnych w Fundacji Itaka Iwona Wasil powiedziała, że do objawów depresji należą: obniżony nastrój, brak koncentracji, zaburzenia snu, problemy z apetytem, rozdrażnienie, pobudzenie psychoruchowe. - Pojawia się brak zainteresowania codziennością. Osoba nagle przestaje zajmować się domem, pracą, nie pyta o życie swoich bliskich, nie interesuje się też sobą. Przestaje czerpać radość z codziennych zajęć. Osoba dorosła podważa sens swojego życia. Może mieć niskie poczucie własnej wartości, obwiniać się, mieć poczucie żalu, niespełnienia, izoluje się od ludzi. U młodzieży mogą to być zachowania autodestrukcyjne, samookaleczenia. Oczywiście najbardziej niebezpieczne są myśli samobójcze, próby samobójcze - powiedziała.

Wasil zaznaczyła, że depresja to choroba, dlatego musi być zdiagnozowana przez lekarza specjalistę. - Osoba dotknięta depresją niekiedy wstydzi się ujawnienia choroby, odmawia też wizyty u lekarza. Osobę chorą możemy zachęcać do wizyty - nie trzeba z tego rezygnować. Za trzecim, czwartym razem może się uda. Czasami trzeba włożyć wysiłek w towarzyszeniu jej u lekarza i w innych formach wsparcia. Niekiedy pierwszym krokiem jest telefon zaufania, gdzie można porozmawiać ze specjalistą - dodała. Od września fundacja prowadzi szkolenia dla nauczycieli "Zagrożenie depresją u młodzieży", które w roku szkolnym 2012/2013 będą realizowane na terenie całego kraju. Z kolei w listopadzie 2012 ruszyła kampania społeczna fundacji "Stop depresji", w 2012 roku była ona skierowana do mężczyzn. Fundacja Itaka Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych jest organizacją zajmującą się problemem zaginięć. Pomaga w poszukiwaniach, wspiera rodziny i bliskich osób zaginionych. Specjaliści fundacji udzielają wsparcia psychologicznego, doradzają w kwestiach prawnych i socjalnych. Jak informuje Itaka, każdego roku do fundacji zgłaszanych jest około 1,4 tysięcy zaginięć. 

Naukowcy alarmują. Krótki sen zagraża zdrowiu 

Sen krótszy niż sześć godzin na dobę może rozregulować apetyt i spowodować otyłość - informuje "American Journal of Human Biology". Otyłość rozwija się, gdy nasze energetyczne wpływy przekraczają wydatki, czyli gdy zjadamy więcej, niż tego wymaga nasz poziom aktywności. Jednak dieta i aktywność fizyczna to nie wszystko - jak wskazują prace dr Kristen Knutson z University of Chicago (USA), dodatkowym czynnikiem może być niedobór snu. Zbyt krótki lub zaburzony sen może doprowadzić do rozregulowania apetytu i objadania się. Dr Knutson zebrała dane dotyczące eksperymentalnych i obserwacyjnych badań nad snem. Wynika z nich, że sen krótszy niż sześć godzin na dobę prowadzi do podwyższenia wskaźnika masy ciała (BMI), który jest wyznacznikiem nadwagi i otyłości. Zbyt krótki sen zaburza wydzielanie greliny i leptyny, co zwiększa apetyt i zaburza odczuwanie sytości. W rezultacie niewyspana osoba je więcej i mniej się rusza. W USA około 18 procent dorosłych śpi mniej niż 6 godzin na dobę, co odpowiada 53 milionom niedospanych. Jednak wpływ braku snu na dzieci i młodzież jest jeszcze silniejszy. W Polsce odpowiedni procent to około 6 milionów osób. 

"Obce" ssaki opanowują Europę. Mogą przenosić groźne choroby 

Niepochodzące z Europy ssaki takie, jak norki, dziki, ryjówki, szopy czy bobry opanowały nasz kontynent w dużo większym stopniu niż do tej pory sądzili naukowcy. Jak wynika między innymi z raportu opublikowanego w dzienniku "Integrative Zoology" przez Instytut Ochrony i Badań Środowiska w Rzymie, co najmniej 58 z około stu gatunków, które pojawiły się w Europie, może być zagrożeniem dla środowiska naturalnego, a także dla ludzkiego zdrowia. Najlepszym przykładem ekspansji "obcych ssaków" jest inwazja szopów praczy na Niemcy, o czym w sierpniu informował serwis ibtimes.co.uk. Ich liczbę w tym kraju szacuje się na ponad milion sztuk. Z podobną plagą zmaga się także od jakiegoś czasu Wielka Brytania, a i w Polsce ich populacja także rośnie wykładniczo – szczególnie w województwach wielkopolskim i lubuskim. 

Szop pracz pochodzi z terenów Ameryki Północnej i Środkowej. Do Europy dotarł na początku XX wieku, a jego największe siedliska znajdują się obecnie w Hiszpanii i Niemczech. W warunkach naturalnych żywi się przede wszystkim drobnymi ssakami oraz niewielkimi ptakami. W środowisku miejskim, gdzie coraz częściej można spotkać te futrzane ssaki, jedzenia szukają w koszach na śmieci lub podkradają zwierzętom domowym. Najgorsze jest jednak to, iż szopy przenoszą groźne choroby zakaźne i pasożytnicze, takie jak chociażby wścieklizna. Zagrażają tym samym zdrowiu rodzimych gatunków, a przede wszystkim ludzi. Ekspansji tego gatunku sprzyja fakt, że zwierzę to potrafi szybko zaadaptować się do każdych warunków, a ponadto w naszym środowisku nie posiada naturalnych konkurentów. 

Samotność skraca życie i zwiększa niepełnosprawność 

Ludzie samotni żyją krócej i częściej są niepełnosprawni niż ci, którzy żyją w otoczeniu innych osób – informuje "Archives of Internal Medicine" powołując się na dwa niezależne badania. Jedno z nich wykazało, że ludzie samotni częściej umierają na zawały serca. Drugie sugeruje, że brak towarzystwa, choćby znajomych, powoduje, że osoby po 60-tym roku życia wcześniej umierają z różnych przyczyn. Są też mniej sprawni i wymagają opieki. - Samotność jest niezależnym czynnikiem ryzyka, które źle rokuje. Dla lekarzy powinien to być sygnał ostrzegawczy – twierdzi dr Deepak Bhatt, dyrektor kardiologii interwencyjnej Brigham and Women's Hospital w Bostonie. Uczucie samotności dręczy też często osoby, które po zawarciu związku małżeńskiego porzuciło większość dotychczasowych przyjaciół oddając się samotności we dwoje i zamykając w sprawach własnego związkui własnej rodziny. 

Nie chodzi tylko o osoby, które żyją w samotności. Specjalista podkreśla, że samotność mogą odczuwać także ludzie, którzy mieszkają z innymi, ale nie mają z nimi zbyt bliskich kontaktów. W efekcie są w gorszej kondycji psychicznej i częściej wpadają w depresję. Osoby samotne gorzej radzą sobie także z przyjmowaniem leków – nie pamiętają o ich zażywaniu albo w ogóle rezygnują z leczenia. Prof. Nieca Goldberg, dyrektor Joan H. Tisch Center for Women's Health w Nowym Jorku, uważa, że na przedwczesny zgon najbardziej narażone są osoby, które mają już jakieś kłopoty z sercem. Opuszczają szpital i mogą polegać jedynie na sobie, tymczasem wymagają dalszej opieki i odpowiedniego prowadzenia. Ma to szczególne znaczenie w takich schorzeniach jak przewlekła niewydolność serca. 

Wielka Brytania: choroby przenoszone przez koty są niebezpieczne dla zdrowia 

Dużo więcej uwagi trzeba poświęcić chorobom rozprzestrzenianym przez koty - twierdzą brytyjscy naukowcy. Na potwierdzenie swoich słów ujawniają szacunki, z których wynika, że w ciągu ostatniego roku jedną z chorób roznoszonych przez te zwierzęta - toksoplazmozą - zarażonych zostało około 350 tysięcy obywateli Wielkiej Brytanii. Brytyjscy naukowcy powołują się w swoich twierdzeniach na raport opublikowany przez agencję Food Standard. Toksoplazmoza to pasożytnicza choroba, którą można zarazić się zarówno poprzez bezpośredni kontakt z zakażonym kotem, jak i poprzez spożywanie skażonej żywności.

W około 80 procent przypadków, osoba, która została zakażona, nie będzie odczuwać żadnych objawów, u innych będą rozwijać się łagodne objawy grypopodobne, niewymagające leczenia. Na groźne powikłania narażone są osoby, które mają osłabiony układ odpornościowy, np. nosiciele wirusa HIV a także chorzy na raka. Toksoplazmoza jest szczególnie niebezpieczna dla kobiet w ciąży i ich dzieci - pasożyt może bowiem spowodować, że dziecko urodzi się niewidome lub z poważnymi wadami rozwojowymi mózgu. W Wielkiej Brytanii tego typu komplikacje dotykają trzy na 100 tysięcy noworodków. 

Winowajcą choroby jest pasożyt Toxoplasmosis gondii. Główną drogą zakażeń jest spożycie surowego lub niedogotowanego mięsa zawierające cysty z pasożytem. Zakażenie możliwe jest również poprzez zjedzenie pokarmu skażonego kałem, moczem lub śliną zwierząt chorych na toksoplazmozę. Do zachorowania może również dojść poprzez kontakt z kotem, który jest nosicielem ostatecznym pasożyta. Zdaniem naukowców, najlepszym sposobem na uniknięcie infekcji jest używanie gumowych rękawiczek podczas prac w ogródku i przy czyszczeniu kociej kuwety. Należy również dokładnie myć owoce i warzywa przed zjedzeniem, a także gotować mięso. Kobiety w ciąży powinny unikać kontaktu nie tylko z kotami, ale także z owcami i ich mięsem.

- Ten raport pokazuje, że jest jeszcze wiele do zrobienia, aby ocenić, jak duży problem stanowi toksoplazmoza dla ludzkiej populacji. Myślę, że lepiej rozumiemy ryzyko dla osób, które są w ciąży lub mają osłabiony układ immunologiczny. Dlatego też agencja Food Standard zaprezentowała konkretne porady dla tych grup osób - stwierdziła Sarah O'Brien, przewodnicząca komitetu doradczego do spraw bezpiecznego mikrobiologicznego żywności agencji. Jak jednak zaznaczyła, "dotąd nie ma dowodów na to, że ludzie powinni zmienić swoje nawyki żywieniowe i myślę, że agencja Food Standard ma prawo powiedzieć, że większość osób wciąż może kosztować jagnięcinę". 

Pospolity pasożyt może skłonić do samobójstwa 

Pasożytniczy pierwotniak Toxoplasma gondii roznoszony masowo m.in. przez koty powodując stan zapalny może uszkadzać mózg w sposób skłaniający zakażoną osobę do samobójstwa - informuje "The Journal of Clinical Psychiatry". Testy na obecność Toxoplasma gondii u wielu osób wypadają pozytywnie - to najczęściej skutek spożywania niedopieczonego mięsa lub kontaktu z kocimi odchodami czy kocią śliną. Tak jest u 10 do 20 procent  Amerykanów. Przyjęło się uważać, że w ludzkim organizmie Toxoplasma pozostaje w uśpieniu i nie jest szkodliwa, jednak odpowiada przynajmniej za część psychoz o objawach schizofrenicznych. Tymczasem zespół profesor Leny Brundin z Michigan State University odkrył, że pasożyt ten powodując zmiany zapalne w mózgu może doprowadzić do powstawania niebezpiecznych metabolitów i w ten sposób zwiększać ryzyko prób samobójczych także psychoz katastroficznych. 

Już wcześniejsze doniesienia mówiły o oznakach procesu zapalnego w mózgach samobójców oraz osób cierpiących na depresję. Pojawiały się także sugestie, że pierwotniak ten może pobudzać do zachowań samobójczych - na przykład zarażone szczury same szukały kota. Najnowsze badania wykazały, że obecność pierwotniaka w organizmie zwiększa ryzyko samobójstwa aż siedmiokrotnie. Jak wyjaśnia Brundin, z badań nie wynika, że każdy zarażony będzie miał tendencje samobójcze, jednak niektóre osoby mogą być szczególnie podatne na takie zachowania. Przeprowadzając testy wykrywające tego kociego pasożyta, można by przewidzieć, kto jest szczególnie zagrożony. 

Brundin już od dziesięciu lat zajmuje się związkiem pomiędzy depresją oraz stanem zapalnym mózgu. W leczeniu depresji stosuje się zwykle tak zwane selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny, jak np. fluoksetynę, bardziej znaną pod handlową nazwą Prozac. Leki te podnoszą w mózgu poziom serotoniny, co powinno poprawiać nastrój. Są jednak skuteczne tylko w przypadku połowy chorych na depresję. Z badań Brundin wynika, że obniżony poziom serotoniny w mózgu może być nie tyle przyczyną, co objawem zaburzeń w jego działaniu. Proces zapalny - taki, jak spowodowany przez pasożyta - może powodować zmiany prowadzące do depresji i - w niektórych przypadkach - myśli samobójczych, w tym samobójstw poszerzonych. Być może zwalczając pasożyta da się pomóc przynajmniej niektórym potencjalnym samobójcom. 

Chorzy na depresję podatni na przedwczesną śmierć 

Badania pokazują, że osoby z łagodnymi zaburzeniami umysłowymi takimi jak stany lękowe czy depresja są bardziej podatne na przedwczesną śmierć. Niski poziom cierpienia podwyższa ryzyko śmierci o 16 procent, podczas gdy poważniejsze problemy nawet o 67 procent. Takie są wyniki badań University College London i Edinburgh University. Ryzyko śmierci, pośród tych z osób poważnymi zaburzeniami zdrowia mentalnego, jest już dobrze udokumentowane. Jednak badania dolegliwości o średnim natężeniu, które dotyczą co czwartej osoby, były o tyle interesujące, że wielu chorych nigdy nie zostaje zdiagnozowanych. Badania ufundowane przez The Wellcome Trust i opublikowane w British Medical Journal stanowią analizę dokumentacji medycznych z ostatnich dziesięciu lat w zestawieniu z aktami zgonów 68 tysięcy osób przedwcześnie zmarłych z przyczyn takich jak choroby serca czy rak. 

Jak na razie to największe tego typu badania łączące cierpienie psychiczne i śmierć, twierdzą naukowcy, acz nie uwzględniono śmiercionośnej roli skutków ubocznych zażywania leków psychotropowych, które są wysoce szkodliwe dla zdrowia, chociaż zbijają niektóre objawy stanów psychotycznych. - Fakt, że wzrost śmiertelności jest niezaprzeczalny nawet na niskim poziomie zaburzeń psychologicznych, powinien skierować badania na poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czy to jak radzimy sobie z tymi powszechnymi, minimalnymi symptomami może wpływać na ryzyko śmierci – uważa prowadzący badania dr Tom Russ.

Paul Jenkins pracujący w organizacji charytatywnej Rethink uważa, że wyniki tych badań nie są zaskoczeniem. - Wynika z nich, że osoby cierpiące na depresję, stany lękowe oraz cierpiące na poważniejsze zaburzenia, takie jak choroba dwubiegunowa i schizofrenia umierają średnio dwadzieścia lat wcześniej niż reszta - dodaje. Zaburzenia zdrowia psychicznego to potoczna nazwa na między innymi stany lękowe, napady paniki, fobie, dysmorfofobię, zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, depresję poporodową, stres czy agorafobię. 

Raport: nawet niewielkie napięcia psychiczne zwiększają ryzyko zawału 

Nawet umiarkowana depresja i lęk zwiększają ryzyko zgonu z powodu chorób sercowo-naczyniowych oraz innych przyczyn – wykazał największy na ten temat raport opublikowany przez szkockich specjalistów na łamach "British Medical Journal". Tom Russ z University of Edinburgh twierdzi, że jest to niepokojące, gdyż psychiczny dyskomfort przeżywa wiele osób. Należy zatem rozważyć, czy nie warto poddać się leczeniu nawet wtedy, gdy nie doszło jeszcze do ciężkiej depresji. Ostrzega też, że im większa są napięcia psychiczne, tym większe ryzyko zgonu. Uczony powołuje się na metaanalizę 10 badań jakie w latach 1994-2004 przeprowadzono na 68 tys. osób w wieku co najmniej 35 lat. Ich celem było wykazanie do jakiego stopnia zaburzenia psychiczne mogą wpływać na stan zdrowia. 

Okazało się, że w przypadku umiarkowanego nasilenia depresji i lęku ogólne ryzyko jest o 20 procent większe, z kolei prawdopodobieństwo śmierci z powodu chorób serca zwiększa się o 29 proc. Silna depresja i napady leku zwiększają ryzyko zgonu aż o 94 procent. Osoby cierpiące na poważne choroby psychiczne, takie jak choroba dwubiegunowa oraz schizofrenia umierają nawet o 20 lat wcześniej. Prof. Glyn Lewis, psychiatra z University of Bristol radzi, żeby nie bagatelizować zaburzeń nastroju, choć nie należy też ich demonizować. Doradza, że jeśli nie potrafimy sobie radzić z napięciami psychicznymi, warto poddać się terapii kognitywnej. Pozwala ona nauczyć się jak w trudnych sytuacjach reagować mniej emocjonalnie. Prof. Gregg Fonarow, kardiolog z University of California w Los Angeles twierdzi jednak, że to nie wystarczy. Nie ma dowodów, że leczenie depresji i lęku zmniejsza ryzyko zgonu z powodu chorób sercowo-naczyniowych. Jego zdaniem, o zdrowie trzeba zadbać całościowo. Należy leczyć nadciśnienie, zachować odpowiedni poziom lipidów, odchudzić się i regularnie ćwiczyć. 

Pigułki nasenne czterokrotnie zwiększają ryzyko zgonu 

Zgodnie z wynikami badań opublikowanych przez "British Medical Journal", pigułki nasenne, stosowane przewlekle, zwiększają czterokrotnie ryzyko zgonu. Dodatkowo, o 35 proc. bardziej narażają na nowotwory złośliwe. Dr Daniel Kripke z Scripps Clinic Viterbi Family Sleep Center w La Jolla w Kalifornii twierdzi, że takie działanie wykazują najczęściej przepisywane leki na bezsenność, takie jak benzodiazepiny, niebenzodiazepiny (np. z grupy imidazopirydyn lub pirazolopirymidyn), a także barbiturany oraz środki sedatywne. BMJ powołuje się na ekspertów, którzy zwracają uwagę, że nie wykazano, iż występuje związek przyczynowo-skutkowy między tymi środkami a zgonami. Dr Kripke podkreśla jednak, że ryzyko zgonu z powodu nadużywania środków nasennych jest szokująco duże. Uczony powołuje się na badania, jakie przeprowadził na 10,5 tysiąca osób, które były w średnim wieku 54 lat i w latach 2002-2007 zażywały pigułki przeciętnie przez 2,5 lat.

Wynika z tych obserwacji, że pacjenci, którzy stosowali w ciągu roku nie więcej niż 18 dawek leków nasennych umierali o 3,6 razy częściej. Wśród tych osób, które przyjmowały od 18 do 136 dawek tych środków w okresie roku ryzyko zgonu było prawie pięciokrotnie większe. Ludzie zażywający leki nasenne byli też bardziej narażeni na nowotwory, takie jak rak przełyku, płuc, jelita grubego, prostatu oraz chłoniaki. Autorzy badań twierdzą, że tych przypadków raka nie można tylko wytłumaczyć wcześniejszym stanem zdrowia obserwowanych osób. Dr Daniel Kripke wyjaśnia, że większą zachorowalność i śmiertelność osób zażywających leki nasenne można wytłumaczyć np. tym, że częściej zdarzają się im upadki oraz wypadki komunikacyjne.

Dr. Victor Fornari, psychiatra w Zucker Hillside Hospital of the North Shore-Long Island Jewish Health System Nowym Jorku uspokaja, że większe ryzyko zgonu bardziej może zależeć od tego z jakich powodów psychicznych ludzie zażywają leki nasenne, a nie z powodu przyjmowania samych leków. Specjalista namawia, by nie zaprzestać stosowania tych leków bez porozumienia z lekarzem. Dr. Bryan Bruno, psychiatra z Lenox Hill Hospital Nowym Jorku powiedział serwisowi Healthday News, by lekki nasenne nie stosować zbyt długo, jeśli tylko jest to możliwe.  

Kobiety maltretowane jako dzieci są bardziej narażone na choroby serca 

Kobiety, które w dzieciństwie doznały przemocy fizycznej częściej niż ich rówieśniczki, mają w średnim wieku objawy wskazujące na wyższe ryzyko chorób serca i cukrzycy typu 2 – wynika z badań, które publikuje pismo „Health Psychology”. Naukowcy z uniwersytetu w Pittsburghu w amerykańskim stanie Pensylwania wykazali w badaniu na 342 kobietach w wieku 42-52 lata, że te, które doświadczyły przemocy fizycznej jako dzieci niemal dwukrotnie częściej miały objawy zespołu metabolicznego, takie jak duży obwód pasa (będący wskaźnikiem otyłości brzusznej), nadciśnienie tętnicze, wysoki poziom glukozy na czczo oraz nieprawidłowe stężenie frakcji cholesterolu. Zdaniem autorów pracy jest to o tyle istotne, że zespół metaboliczny znacznie zwiększa ryzyko chorób serca i cukrzycy typu 2. Zaburzenie to diagnozuje się na podstawie współistnienia otyłości brzusznej i co najmniej 2 spośród 4 czynników, takich jak wysokie ciśnienie tętnicze, obniżony poziom tzw. dobrego cholesterolu, podwyższony poziom trójglicerydów we krwi oraz wysoki poziom glukozy na czczo. 

Jak komentuje współautorka pracy Aimee Midei, wyniki jej zespołu wskazują, że przemoc wobec dziecka może mieć długotrwałe konsekwencje zdrowotne utrzymujące się nawet wiele dekad później. W najnowszych badaniach kobiety wypełniały ankiety na temat przemocy – fizycznej, emocjonalnej i seksualnej - której doznały będąc dziećmi. Przez siedem lat co roku naukowcy sprawdzali występowanie u pań objawów zespołu metabolicznego. W tym celu mierzono im ciśnienie krwi, obwód talii, poziom cholesterolu i glukozy na czczo. Około 34 procent badanych przyznało się do doświadczenia przemocy w dzieciństwie. Zespół metaboliczny zdiagnozowano u 119 kobiet, przy czym u 60 już na początku badania, a u 59 – w jego trakcie.

Związek między przemocą fizyczną doznaną w przeszłości a występowaniem zespołu metabolicznego był silny i utrzymywał się nawet po uwzględnieniu innych czynników ryzyka tego zaburzenia, takich jak wiek, przynależność etniczna, przebycie menopauzy (ostatniej miesiączki), palenie papierosów, nadużywanie alkoholu, poziom aktywności fizycznej, depresja, status socjoekonomiczny w dzieciństwie i w okresie dorosłości. Naukowcy nie zaobserwowali podobnej zależności w przypadku przemocy emocjonalnej lub seksualnej. Bardziej szczegółowa analiza ujawniła natomiast, że przemoc fizyczna była przede wszystkim związana z takimi składowymi zespołu metabolicznego, jak duży obwód pasa i wysoki poziom glukozy na czczo. Jak oceniają autorzy pracy, sugeruje to, że przemoc fizyczna doznana w dzieciństwie jest faktycznie odrębnym czynnikiem ryzyka zespołu metabolicznego u kobiet, a co za tym idzie schorzeń kardiologicznych i metabolicznych. - Możliwe, że kobiety narażone na nią jako dzieci odżywiają się niezdrowo lub mają zaburzone mechanizmy regulujące odpowiedź na stres – spekuluje Midei. 

Endometrioza: Bolesne miesiączki kobiet mogą oznaczać poważne choroby 

Silnych bólów miesiączkowych u dziewcząt i młodych kobiet nie można bagatelizować. Mogą być bowiem objawem endometriozy, przewlekłej choroby grożącej m.in. niepłodnością – mówili lekarze i pacjentki w marcu 2012 roku na spotkaniu prasowym w stolicy. Zorganizowano je w ramach obchodów Tygodnia Świadomości Endometriozy, który obchodzimy w dniach 5-11 marca. Na to przewlekłe schorzenie, które jest konsekwencją przemieszczania się błony śluzowej macicy, tzw. endometrium, do innych narządów (najczęściej jajników, jajowodów, organów jamy brzusznej, ale też do płuc, mózgu, a nawet oka) cierpi 10-15 procent kobiet w wieku rozrodczym. Na świecie liczbę pań, które mają endometriozę, szacuje się na około 180 mln, przypomniała dr Joanna Pabich-Worożbit z II Kliniki Ginekologii i Położnictwa CMKP w Warszawie. W Polsce problem może dotyczyć ok. 1 mln kobiet. - Podstawowym objawem endometriozy jest ból – ból przewlekły i cykliczny, ból podczas miesiączki, podczas oddawania stolca, moczu, podczas współżycia, ale też stały nękający ból w podbrzuszu, bóle pleców, kończyn. Pacjentki często opisują go jako drący, tętniący - tłumaczyła specjalistka. 

Według niej, choć schorzenie przeważnie wykrywa się między 25-tym a 30-tym rokiem życia, to jego objawy często pojawiają się podczas pierwszej miesiączki, a nawet mogą ją poprzedzać. Niestety, bolesne miesiączki i przewlekły ból brzucha w tym wieku uważa się za naturalny problem towarzyszący dojrzewaniu. Dlatego upływa nawet kilkanaście lat od pierwszych objawów do momentu rozpoznania. W tym czasie młode kobiety odwiedzają lekarzy różnych specjalności – od internisty, przez chirurga po gastroenterologa. - Ale nawet gdy trafią wreszcie do ginekologa, to diagnoza endometriozy jest odsuwana w czasie – podkreśliła dr Pabich-Worożbit. Jej zdaniem bardzo istotne jest, by lekarz, do którego zgłasza się nastoletnia pacjentka z przewlekłymi bólami w jamie brzusznej brał pod uwagę takie rozpoznanie. - Wczesna diagnoza i wdrożenie leczenia może zapobiec wielu poważnym konsekwencjom endometriozy, takim jak np. niepłodność – powiedziała.

Obecna na konferencji 34-letnia Monika przyznała, że ma endometriozę w najbardziej zaawansowanym IV stadium. Z tego powodu chcąc zajść w ciążę będzie musiała skorzystać z technik wspomaganego rozrodu. Jeszcze młodsza od niej Agnieszka - 32 lata - już wie, że nie będzie mogła urodzić dziecka, bo z powodu endometriozy przedwcześnie weszła w okres menopauzy. Obie oceniły, że przez długi czas bagatelizowały objawy choroby, takie jak nasilające się bóle miesiączkowe, myśląc, że są "normalne". Z ankiety przeprowadzonej wśród 100 członkiń Polskiego Stowarzyszenia Endometrioza wynika, że z takie stereotypowe myślenie jest powszechne w społeczeństwie. Choć 85 proc. zapytanych pacjentek zgłaszało swoje dolegliwości lekarzowi (43 proc.), rodzinie (28 proc.), partnerowi lub koleżance, to najczęściej słyszały, że to normalne, że okres boli. - Nie sądziłam, że bóle w czasie miesiączki mogą być czymś nieprawidłowym. Większość osób mówi, że wtedy ma prawo, a nawet musi boleć. Dopiero, gdy zaczęły się nasilać zaniepokoiłam się i powiedziałam o tym lekarce, ale nie zainteresowała się tym specjalnie - wspominała Monika.

Chorobę zdiagnozowano u niej po około 10 latach od pierwszych objawów, dopiero, gdy trafiła do szpitala na operację wyrostka robaczkowego. Miała już wtedy zrosty w jamie brzusznej. W ciągu dwóch lat przeszła jeszcze dwie operacje, w trakcie których okazało się, że miała nacieki komórek endometrium na jelicie grubym i na pęcherzu, konieczne było usunięcie wyrostka i kawałka jelita, groziło jej założenie sztucznego odbytu. Agnieszka trafiła do szpitala z powodu torbieli na jajniku. Podczas operacji wyszło na jaw, że torbiel pękła, a wszystkie narządy są zrośnięte z powodu endometriozy. Usunięto jej wówczas prawy jajnik i jajowód. Po 13 miesiącach przeszła kolejną operację, w trakcie której usunięto znaczną część drugiego jajnika. Ta, która pozostała po pewnym czasie przestała produkować hormony i obecnie Agnieszka stosuje hormonalną terapię zastępczą. Ona, Monika oraz ponad 100 innych kobiet działają w Polskim Stowarzyszeniu Endometriozy i liczą, że edukując dziewczęta oraz młode kobiety na temat objawów tego schorzenia przyczynią się do jego szybszego rozpoznawania, skutecznego leczenia i zapobiegania jego poważnym powikłaniom.

„Gdyby ktoś wcześniej pomógł tym kobietom, to nie musiałyby tyle cierpieć. Dlatego o endometriozie muszą wiedzieć wszyscy: nastolatki, ich mamy, lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, ginekolodzy” – powiedziała Katarzyna Zielińska z Polskiego Stowarzyszenia Endometrioza. Członkinie organizacji już po raz drugi organizują w Polsce obchody Tygodnia Świadomości Endometriozy, w ramach których obędą się spotkania, bezpłatne konsultacje ze specjalistami oraz wykłady. W Warszawie w kawiarni Gadka-Szmatka na ul. Mokotowskiej 27 odbyły się dni otwarte. W godz. 12-14 oraz 15-19 można było skorzystać z bezpłatnych konsultacji z ginekologiem, psychologiem i dietetykiem. Podobne wydarzenie miało miejsce 10 marca 2012 roku w Katowicach oraz 11 marca 2012 roku w Poznaniu. Więcej na temat wydarzeń organizowanych w ramach kampanii można przeczytać na stronie internetowej stowarzyszenia pse. 

Naukowcy tłumaczą, dlaczego panowie żyją krócej niż kobiety 

Mutacje w DNA mitochondriów, niewielkich struktur pełniących w komórkach role elektrowni, wpływają na tempo starzenia się osobników męskich i długość ich życia - wskazują badania, które publikuje pismo "Current Biology". Zdaniem autorów pracy ich odkrycie pomoże lepiej zrozumieć jedną z największych tajemnic życia: fakt, że kobiety z reguły żyją dłużej niż mężczyźni. Naukowcy australijscy z Monash University w Melbourne razem z brytyjskimi kolegami z Lancaster University (Lancaster, Wielka Brytania) analizowali różnice w długości życia między samcami i samicami muszek owocowych (Drosophila melanogaster) różnych szczepów. Posiadały one w swoich komórkach mitochondria różniące się materiałem genetycznym. 

Mitochondria są strukturami, które w komórkach roślin i zwierząt produkują niezbędną do życia energię. Dlatego określa się je jako "elektrownie komórkowe". W komórkach zwierzęcych są to jedyne organelle, które - poza jądrem komórkowym - zawierają materiał genetyczny, tzw. DNA mitochondrialne (u roślin DNA jest też obecne w chloroplastach). DNA mitochondrialne jest dziedziczone w tzw. linii żeńskiej, czyli po matce. Mitochondria ojca ulegają bowiem zniszczeniu na wczesnym etapie rozwoju zarodka. Najnowsze badania wykazały, że na podstawie różnic w DNA mitochondrialnym można dobrze prognozować długość życia samców muszek, ale nie samic.

Dalsze szczegółowe analizy doprowadziły naukowców do wniosku, że na tempo starzenia się samców i ich długość życia wpływają liczne mutacje w mitochondrialnym DNA. - Co ciekawe, te same mutacje nie wywierają wpływu na przebieg starzenia się samic. Ich skutki widać tylko u samców – komentuje kierujący badaniami dr Damian Dowling. Jak przypomina naukowiec, wszystkie zwierzęta posiadają w komórkach mitochondria, a jednocześnie u wielu gatunków zwierząt samice żyją z reguły dłużej niż osobniki męskie. - Nasze wyniki sugerują zatem, że mutacje w DNA mitochondrialnym, które odkryliśmy, mogą generalnie powodować szybsze starzenie się samców w całym królestwie zwierząt – wyjaśnia dr Dowling.

Badacze uważają, że jest to konsekwencja tego, jak dziedziczony jest materiał genetyczny mitochondriów (i całe mitochondria) po rodzicach. - Podczas gdy dzieci otrzymują kopie większości genów zarówno od matki, jak i od ojca, geny mitochondrialne są dziedziczone wyłącznie od matki. To oznacza, że ewolucyjny proces kontroli jakości, określany jako selekcja naturalna, działa wobec genów mitochondrialnych tylko u kobiet – tłumaczy dr Dowling.

Dlatego, jeśli w DNA mitochondrialne pojawi się mutacja, która jest szkodliwa dla mężczyzny, ale neutralna, prawie neutralna lub tylko lekko szkodliwa dla kobiety, to przejdzie ona przez sito naturalnej selekcji niezauważona i nie zostanie wyeliminowana. „Przez tysiące pokoleń nagromadziło się wiele takich mutacji (w DNA mitochondriów – PAP), które szkodzą tylko osobnikom męskim, a żeńskie zostawiają bez szwanku” – mówi dr Dowling. Wcześniejsze badania jego zespołu wykazały, że sposób dziedziczenia mitochondriów może przyczyniać się też do męskiej bezpłodności. - Ogólnie nasze badania wskazują, że mitochondria są aktywnym miejscem pojawiania się mutacji mających wpływ na męskie zdrowie – mówi dr Dowling. W przyszłości naukowcy planują sprawdzić, czy istnieją jakieś sposoby zniwelowania efektów tych szkodliwych mutacji, tak by panowie mogli dłużej cieszyć się zdrowiem i życiem. 

LEPSZE ZDROWIE I DŁUŻSZE ŻYCIE CZŁOWIEKA 

Joga może łagodzić objawy depresji u kobiet w ciąży 

Praktykowanie jogi może pomóc ciężarnym kobietom w zmaganiach z depresją, a także w budowaniu matczynej więzi z dzieckiem – wynika z badania przeprowadzonego na amerykańskim Uniwersytecie Michigan, które opisano w magazynie "Complementary Therapies in Clinical Practice". Naukowcy szacują, że jedna na pięć kobiet w ciąży doświadcza poważnej depresji. - Słyszy się o ciężarnych kobietach, które próbują jogi, aby zredukować stres, ale nigdy nie stwierdzono, na ile efektywna jest ta metoda – powiedziała autorka badania, adiunkt na wydziale psychiatrii, Maria Muzik. - Nasze badanie jest obiecującym dowodem na to, że joga może być alternatywą dla leczenia farmakologicznego ciężarnych kobiet wykazujących objawy depresji. Z korzyścią zarówno dla matki, jak i dziecka - zaznaczyła. 

W trakcie badania uczestniczki w ciąży od 12-tego do 26-tego tygodnia, wykazujące objawy depresji uczestniczyły w półtoragodzinnych sesjach jogi w których podstawą cwiczeń były asany (ćwiczenia izometryczne jogi), pranajamy (ćwiczenia oddechowe), pratjahara (psychoterapia jogiczna) oraz dhjana (medytacja). - Podczas gdy skuteczność antydepresantów w leczeniu zaburzeń nastroju jest klinicznie potwierdzona, to wiele kobiet w ciąży nie decyduje się na przyjmowanie ich z obawy o dobro dziecka – wyjaśniła Muzik. - Niestety, niewiele kobiet cierpiących na zaburzenia nastroju podczas ciąży jest właściwie diagnozowanych, co wystawia je i ich dzieci na negatywny wpływ choroby w jednym z najważniejszych okresów w życiu – podkreśliła badaczka, dodając, że właśnie dlatego kluczowe jest poszukiwanie alternatywnych sposobów leczenia. Zdaniem Muzik badanie jest dowodem na to, że ciężarne kobiety z depresją powinny wybierać metody spoza medycyny tradycyjnej, jak zielarstwo, techniki relaksacyjne oraz pracę z ciałem i umysłem, do której zalicza się tzw. joga, łącząca medytację (dhjanę) z ćwiczeniami fizycznymi. 

Eksperci: od października do marca należy spożywać więcej witaminy D

Od października do marca należy spożywać w Polsce i innych krajach powyżej 40-tego stopnia szerokości geograficznej suplementy zawierające witaminę D – przekonywali eksperci podczas międzynarodowej konferencji, która w paździrniku 2012 roku odbyła się w Warszawie. Niedobory witaminy D występują u prawie 1 mld ludzi na świecie. W USA dotyczą aż 77 procent osób dorosłych. W Polsce najbardziej brakuje jej dzieciom, kobietom i osobom starszym. Z badań specjalistów Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie wynika, że aż 75-80 procent dzieci w wielu szkolnym (od 9-tego do 15-tego roku życia) ma za mało witaminy D, szczególnie po okresie zimowym. Jej stężenie w naszym organizmie wzrasta jedynie w okresie lata. Do powierzchni ziemi w naszej strefie klimatycznej dociera wtedy zdecydowanie więcej promieni słonecznych. Dzięki niemu w skórze człowieka wytwarzana jest witamina D. Od października nasłonecznie jest już mało intensywne, a w ślad za tym spada poziom witaminy D. 

Z tego powodu od października do marca powinniśmy zażywać dodatkowe ilości witaminy D w postaci tranu lub preparatów wielowitaminowych – przekonują eksperci. Zalecają, by dzieci i młodzież (od 2-ego do 18-ego roku życia) przyjmowały w tym okresie średnio 400, a dorośli od 800 do 1000 jednostek tej witaminy dziennie. Osoby starsze, powyżej 65-ego roku życia, powinny przyjmować witaminę D przez cały rok. W Polsce te zalecenia nie są jednak realizowane, stąd tak powszechne niedobory witaminy D. Z nieopublikowanych jeszcze badań przeprowadzonych w 2011 roku w aglomeracji warszawskiej wynika, że jej niedobór u kobiet w ciąży jest powszechny. Występuje aż u ponad 90 procent przyszłych matek, niezależnie od okresu ciąży i pory roku. Dzieje się tak, choć prawie 80 procent kobiet w ciąży zażywa preparaty wielowitaminowe. 

Według dr Justyny Czech- Kowalskiej z CZD, powodem jest niedostateczna suplementacja. Spożycie witaminy D w diecie u kobiet w ciąży kształtuje się bowiem na niewielkim poziomie zaledwie 140-165 jednostek dziennie. Konieczne jest dodatkowe jej spożywanie. Tak też postępuje 63-80 procent kobiet w ciąży i 48 procent matek karmiących. Ale dostępne na rynku zażywane przez nie preparaty wielowitaminowe przeznaczone dla kobiet w ciąży i matek karmiących są niewystarczające. Zapewniają dzienną dawkę witaminy D na poziomie 200-500 jednostek dziennie. W efekcie średnio jej spożycie z suplementów wynosi jedynie 320 jednostek, a powinno wynosić 800-1000 jednostek jeśli nie ma dostatecznej syntezy tej witaminy w skórze i podaży w diecie.

Prof. Roman S. Lorenc uważa, że obowiązujące w naszym kraju zalecenia suplementacji witaminy D przynajmniej u osób dorosłych są zbyt niskie. Mówią one o tym, że od października do kwietnia wystarczy zażywać codziennie od 800 do 1000 jednostek (w zależności od masy ciała), gdy w okresie lata codziennie wystawiamy na promienie słoneczne 18 procent powierzchnia naszego ciała (odsłonięte przedramiona i częściowo nogi) przez minimum 15 minut. Taka ekspozycja na słońce zapewnia jednak niską syntezę skórną witaminy D. Według specjalisty wymaga ona suplementacji przez cały rok i to na poziomie od 1000 do nawet 2500 jednostek dziennie. Dotyczy to szczególnie osób po 70-tym roku życia, u których synteza skórna jest czterokrotnie mniejsza niż u ludzi młodych. Zmniejsza ją również stosowanie kremów ochronnych. Latem człowiek powinien przebywać na słońcu przynajmniej przez jedną godzinę, a zimą przynajmniej przez dwie godziny, oczywiście w dniach słonecznych, których od 30-tu lat jest coraz mniej z powodu zachmurzenia. 

W Polsce trudno jest uzyskać wysoką syntezę skórną witaminy D, jaką latem daje jedynie ekspozycja na promieniowanie słoneczne 35 procent powierzchnia przez co najmniej 90 minut. A jeśli nawet uda się ją osiągnąć, jesienią i zimą należy zażywać 1300 jednostek witaminy D dziennie – uważa prof. Lorenc. Najbogatszym źródłem witaminy D jest tran, który nie ma już przykrego dla wielu osób zapachu. Ten, który dostępny jest w aptekach, w jednej łyżeczce stołowej zawiera około 1000 jednostek. W diecie zawartość tej witaminy jest niewielka. W 100 g sera jest zaledwie 20 jednostek, a w 100 g ryb z puszki – 200 jednostek. Najbogatszym źródłem witaminy D są suplementy. Eksperci zapewniają, że nie trzeba obawiać się ich przedawkowania. Według najnowszych standardów dawka bezpieczne to 4 tysiące jednostek witaminy D dziennie.  

Wapń i witamina D sprzyjają dłuższemu życiu 

Witamina D przyjmowana z wapniem może wpłynąć na zmniejszenie śmiertelności wśród seniorów - twierdzą duńscy naukowcy ze Szpitala Uniwersyteckiego w Aarhus. Ich wnioski prezentuje "Journal of Clinical Endocrinology and Metabolism" (JCEM). W ciągu ostatniej dekady coraz większą uwagę zaczęto zwracać na działanie witaminy D. Wiadomo, że w połączeniu z wapniem zmniejsza ona ryzyko złamań. Z naszych badań wynika jednak, że zmniejszenie ryzyka zgonu nie było spowodowane mniejszą liczbą złamań, co sugeruje, że zakres działania tego duetu jest szerszy - piszą naukowcy.

W badaniach naukowcy wykorzystali dane z ośmiu randomizowanych prób klinicznych (w każdej uczestniczyło ponad tysiąc osób). Prawie 90 proc. badanych stanowiły kobiety, których średnia wieku wynosiła 70 lat. W ciągu trzech lat obserwacji śmiertelność seniorów przyjmujących wapń i witaminę D zmniejszyła się o 9 procent, czego nie zaobserwowano u osób przyjmujących suplementy zawierające samą witaminę D. - To największe z dotychczas przeprowadzonych badań dotyczących wpływu wapnia i witaminy D na umieralność. Niektóre z analiz sugerowały, że suplementy zawierające wapń (sam lub w połączeniu z witaminą D) mogą niekorzystnie wpływać na układ krążenia. Choć nasze badania nie wykluczają całkowicie takiego działania, zaobserwowaliśmy, że przyjmowanie wapnia z witaminą D przez seniorów ogólnie nie ma szkodliwego wpływu na długość życia, podczas gdy może być korzystne dla zdrowia ogólnego - mówi autor badań dr Lars Rejnmark. 

Bieganie wydłuża życie 

Regularne bieganie zwiększa oczekiwaną, dalszą długość trwania życia - o 6,2 lata u mężczyzn i o 5,6 lat w przypadku kobiet. Najnowsze analizy wyników badania duńskiej populacji omówiono na spotkaniu EuroPRevent2012 w Dublinie. Jeśli chodzi o spodziewany czas życia, najwięcej korzyści daje bieganie od jednej do 2,5 godzin w tygodniu w tempie "wolnym lub średnim" - zauważył po analizach wieloletnich danych z populacji Peter Schnohr, główny kardiolog Copenhagen City Heart Study. Debata na temat wpływu joggingu na zdrowie rozpoczęła się w latach 70-tych XX wieku - "po tym, jak kilku mężczyzn zmarło w trakcie biegania, i różne gazety sugerowały, jakoby jogging mógł być zbyt wyczerpujący dla zwykłych ludzi w średnim wieku" - wspomina Schnohr.

Niewiele później, bo w 1976 roku, ruszyło badanie Copenhagen City Heart. Jest to rozłożone w czasie badanie około 20 tysięcy mężczyzn i kobiet w wieku od 20 do 93 lat. Dane z badań trafiają do Copenhagen Population Register, i pozwalają powiększyć wiedzę nt. prewencji chorób układu krążenia i udarów. W efekcie opublikowano ponad 750 specjalistycznych artykułów, z czasem dotyczących coraz większej liczby chorób, m.in. serca, płuc, alergii, padaczki, demencji, zespołu bezdechu śródsennego i chorób genetycznych. Pozwoliło też przebadać związki długowieczności i różnego rodzaju ćwiczeń oraz innych czynników.

Aby sprawdzić wpływ joggingu na oczekiwaną długość życia, naukowcy badali grupę mężczyzn i kobiet uprawiających jogging oraz grupy ludzi nie biegających, ale reprezentujących przekrój populacji. Wszyscy uczestnicy odpowiadali na pytania, np. ile czasu w skali tygodnia poświęcają na bieganie i jak oceniają własne tempo (definiowane jako wolne, średnie lub szybkie). Jednocześnie naukowcy obserwowali te grupy pod kątem śmiertelności. Pierwsze takie dane zebrano w latach 1976 - 1978, a kolejne - na początku lat 80-tych, 90-tych i na początku XXI wieku. Uczestników obserwowano też w okresie późniejszym. Okazało się, z biegiem czasu (maksymalnie w ciągu 35 lat od pierwszego badania), w grupie nie uprawiającej joggingu zmarło 10 158 osób, a wśród biegających - 122. Analizy dowiodły też, że wśród biegających mężczyzn i kobiet ryzyko zgonu zmniejszało się o 44 procent, i że jogging "wydłużał" średnią długość życia o kilka lat. Badani, biegający mężczyźni żyli o 6,2 roku dłużej, kobiety - o 5,6 roku.

Zdaniem autorów analiz, największe korzyści dla zdrowia daje takie tempo biegania, w którym "nieco brakuje nam tchu". Nie chodzi jednak o to, by pozostać "zupełnie bez tchu". - Wyniki naszego badania pozwalają definitywnie odpowiedzieć na pytanie, czy jogging jest zdrowy - mówi Schnohr. - Możemy z pewnością powiedzieć, że regularny jogging zwiększa długość życia. Dobre wieści są takie, że tak naprawdę nie trzeba wiele, by zebrać plon". Schnohr przypomina, że jogging sprzyja zdrowiu również na inne sposoby - dotlenia organizm, zwiększa gęstość kości i wrażliwość na insulinę, poprawia pracę serca i działanie układu odpornościowego, poza tym dobrze wpływa na odpowiednią proporcję tłuszczów, obniża ciśnienie, zmniejsza agregacje płytek krwi, przeciwdziała otyłości i jest dobre dla psychiki. Nic nie zastąpi aktywności fizycznej, dobrego treningu w dbaniu o zdrowe i długie życie! 

Optymizm chroni przed groźnymi chorobami 

Naukowcy z Harvard School of Public Health na łamach "Psychological Bulletin" twierdzą, że bycie optymistą może chronić przed problemami z sercem oraz przed udarem mózgu. Jak wynika z przeglądu ponad 200 badań, dobre samopoczucie, optymizm, zadowolenie z życia zmniejszają ryzyko chorób serca i układu krażenia aż o 50 procent - niezależnie od wieku, statusu społeczno-ekonomicznego, wagi ciała czy palenia lub niepalenia. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że u osób szczęśliwych i optymistycznie nastawionych obniża się ciśnienie tętnicze krwi oraz poziom cholesterolu. Optymizm często wiązał się z częstszym wykonywaniem ćwiczeń fizycznych i zdrowym odżywianiem. Wiele wcześniejszych badań wskazywało na stres i depresję jako czynniki mające związek z chorobami układu krążenia. Autorzy obecnych badań zastrzegają, że choć przeanalizowali 200 prac, to nadal nie dość, by wyciągać stanowcze wnioski - wskazane są dalsze badania. 


Opracowanie: Instytut Zdrowia i Ekologii Bractwa Himawanti 

Zobacz także


Artykuły w tej kategorii