Himavanti

KIDNAPING - ADOPCJA - Tysiące dzieci ukradzionych biednym rodzicom

Afery z kidnaperską adopcją i handlem dzieci

Przez kilkadziesiąt lat katoliccy lekarze, położne, księża, zakonnice i urzędnicy państwowi zarządzali systematycznym, faszystowskim rabunkiem niemowląt i dzieci. Wszystko jako kościelny biznes nieomal sakralny, motywowany ideologicznie i z poparciem tak zwanej psychiatrii. Odbierali je matkom biologicznym i oddawali do adopcji. Odbierali dzieci atkom biednym i słabo religijnym, przekazywali do radykalnie katolickich rodzin zastępczych, głównie celem ideologicznej indoktrynacji katolickiej, ale jeszcze bardziej dla trefnego zysku ze specjalnych zasiłków dla rodzin zastępczych.

Aktualnie ten krytykowany i zbójecki proceder linczowany w Hiszpanii przez tysiące jego ofiar jest - wprowadzny w Polsce w majestacie tak zwanego prawa. Zamiast pomagać samotnym i biednym matkom, państwo sponsoruje wysokie pensje rodzinom zastępczym, które są znajomkami sędziów z sądów rodzinnych i opieki społecznej... Patologia systemowego kidnapingu w Polsce rozkwita, zupełnie jak zbójeckie i spekulacyjne OFE, z których inne kraje się wycofują.

Skandal katolickiego kidnapingu tlił się od lat 80-tych XX wieku, jako spóścizna po faszystowkim rezimie katolickiego gen, Franco z sekty Opus Dei. Były pogłoski, ogłoszenia w prasie o poszukiwaniu rodziców przez dzieci i dzieci przez rodziców, nawet śledztwa - rozpoczęte i rychło umarzane. W pierwszych kilku latach XX wieku ludzie, którym dzieci odebrano lub którzy odebranymi dziećmi sami kiedyś byli, zaczęli się odnajdować w sieci internetowej za pomocą portali społecznościowych.

Wreszcie poczucie zbiorowej krzywdy osiągnęło masę krytyczną - skandal wybuchł 27 stycznia 2011, kiedy prokuratura generalna Hiszpanii przyjęła zbiorową skargę stowarzyszenia Anadir (osób, które padły ofiarą nielegalnych adopcji) zawiadamiającego ten urząd o rabunku 261 dzieci. Wiadomość uruchomiła lawinę. Po miesiącu do pozwu przyłączyły się kolejne 482 osoby, a na następne tysiące listów elektronicznych stowarzyszenie nie nadąża z odpowiedziami. - Czujemy się jak drzewa bez korzeni, jakby nam amputowano część ciała - mówi Maria, którą zabrano matce 30 lat temu w madryckim szpitalu San Ramón. Kierował nim wówczas doktor Eduardo Vela, który do dziś jako 77-letni katolicki lekarz pracuje w prywatnym gabinecie w Madrycie.

Dzieci rabowano wszędzie - na Wyspach Kanaryjskich, w Andaluzji, w Katalonii i w Madrycie. Prawnicy sądzą na podstawie zebranych świadectw, zeznań świadków, dokumentów i poszlak, że liczba zrabowanych i nielegalnie adoptowanych dzieci może przekroczyć 200 tysięcy, a nawet sięgnąć liczby 300 tysięcy. Taka wielka jest skala kidnapingu formalnie nazywanego kierowaniem dzieci do rodzin zastępczych! Będzie to największy skandal obyczajowo-kryminalny współczesnej Hiszpanii z sektą Opus Dei w tle, o podobnym zasięgu i sile rażenia jak wieloletnie pedofilskie praktyki księży katolickich w USA, Kanadzie, Australii, Portugalii, Meksyku, Austrii, Niemczech czy Irlandii. Na ławę oskarżonych mogą trafić setki albo tysiące osób, w tym sedziowie rodzinni i pracownicy socjalni oraz księża.

W połowie marca 2011 roku afera sięgnęła parlamentu Hiszpanii. Wysłuchawszy szczegółowych raportów Enrique Vili, prawnika stowarzyszenia Anadir, Antonia Barroso, przewodniczącego stowarzyszenia, i Mar Soriano, kobiety, której siostrę zrabowano w klinice O'Donnell w Madrycie w 1964 roku, rzecznicy wszystkich partii zażądali zbadania przedstawionych przypadków i surowego ukarania winnych. 'Ilu Hiszpanów umrze, nigdy nie dowiedziawszy się, czy ich adopcyjni rodzice ich nie ukradli prawdziwym?' - pytał Enrique Vila.

Podzielony według linii ideologicznych i nacjonalistycznych hiszpański parlament jak nigdy dotąd przemówił jednym głosem. - Na jaw musi wyjść wszystko - mówił rzecznik opozycyjnej prawicy. - Winni tych zbrodni: lekarze, położne, zakonnice, księża związani z sektą Opus Dei i podobnymi organizacjami wciąż cieszą się publicznym szacunkiem. Komisja sprawiedliwości obiecała uczynić wszystko, by każda z ofiar procederu doznała zadośćuczynienia. 'Hańba', 'wstyd', 'zamach na godność ludzką', 'dowód ludzkiej podłości i nędzy' - takie określenia padały z parlamencie. 'Jak my to mamy znieść?!' - pytali posłowie. Prasa, ta prawicowa i ta lewicowa, jest pełna doniesień, reportaży, świadectw o desperackiej pogoni rodziców i dzieci za utraconym życiem i skradzioną tożsamością.

Najciężej przyjdzie Hiszpanom znieść to, że rabunek dzieci do katolickich rodzin zastępczych, który zaczął się w latach 40/50-tych XX wieku, czyli jeszcze za dyktatury wojskowej katolickiego gen. Franco ustanowionej po wojnie domowej 1936-39, trwał w najlepsze w latach 80-tych i 90-tych XX wieku, czyli po odzyskaniu jako takiej demokracji i w państwie prawa. Jeśli pierwotnie stanowił szczególną dodatkową formę represji frankistów wobec rodzin ściganych lub więzionych republikanów czy partyzantów komunistycznych, innowierców, ateistów, to rychło, w latach 60-tych, 70-tych czy 80-tych, stał się procederem handlowym, poszukiwaniem wysokiej wypłaty i dotacji na dziecko w ramach tak zwanych "zawodowych rodzin zastępczych".

- Popyt na dzieci do adopcji wytworzył całą sieć ludzi, którzy postanowili go zaspokoić poza prawem - uważa socjolog Francisco González de Tena, który od lat bada ten proceder. Sporządził raport o jego początkach w latach 40-tych i 50-tych XX wieku i przekazał go sędziemu śledczemu Baltasarowi Garzonowi, który podjął się ścigania zbrodni frankizmu (czyli katolickiego opusdeizmu).

Foto: Rodzice poszukują zrabowanych dzieci...

Rodzice poszukują skradzionych dzieci

Według raportu dzieci odbierano wtedy "zgodnie z prawem" - dyktatura faszystowska pozbawiała wszelkich praw uwięzionych lub ściganych republikanów, socjalistów, komunistów, innowierców czy anarchistów - oraz oddawano je na wychowanie rodzinom katolików wiernym reżimowi faszystowskiemu i Kościołowi katolickiemu. Akcji patronował naczelny lekarz psychiatra dyktatury faszystowskiej Nicolás Vallejo-Nájera - było to częścią 'pozytywnej eugeniki', eliminowania pokonanych wrogów, słabych i zbędnych, inaczej myślących. De Tena szacuje, że takich ideologicznych przypadków mogło być około 30 tysięcy. Mówiło się wtedy, że trafiając do innych rodzin, dzieci zatracą „czerwony, komunistyczny gen” i staną się przykładnymi obywatelami.

Bezkarność gwarantowało to, że kupującymi dzieci byli ludzie majętni, a oszukiwanymi - kobiety biedne, samotne, zagubione i wykorzystane. Prawdziwe matki okłamywano nawet, że ich niemowlęta zmarły, ciał nie okazywano, wydawano fałszywe świadectwa zgonu. Skandal mówi zatem więcej o samym społeczeństwie i ludziach niż o opartym na ideologicznej i policyjnej przemocy ustroju dyktatury. Zarazem jednak demaskuje moralność ludzi Kościoła katolickiego, którzy przez wiele dziesięcioleci zarządzali szpitalami i klinikami położniczymi i których udział w tym procederze był powszechny.

Elsa López szuka dziecka od 30 lat. Urodziła je w madryckiej klinice San Ramón 5 lutego 1981 roku - Powiedzieli mi, że córeczka jest słabiutka, genetycznie zniekształcona i nie wiadomo, czy przeżyje - opowiada jako jedna ze skarżących szpital matek. - Następnie przynieśli mi zawiniątko z zupełnie zimnym niemowlęciem. Zaraz potem powiedzieli, że zmarło, ale że zdążyli je ochrzcić i jest już aniołkiem. Elsa kilka lat później dowiedziała się, że takie zmarznięte zawiniątko pokazywano wielu innym matkom, i zaczęła podejrzewać, że i ona padła ofiarą systematycznego rabunku niemowląt, swoistego kidnapingu.

Z czasem planowanie rabunku zaczęło wyprzedzać narodziny dzieci. Kandydatki wyszukiwano za pośrednictwem działającego od 1971 roku dyżurnego i związanego z Kościołem katolickim 'telefonu nadziei', który teoretycznie miał służyć jako poufna pomoc samotnym, zgwałconym, wykorzystanym i porzuconym czy po prostu zagubionym kobietom w ciąży. Wytypowane kobiety zabierano na poród do podziemnych sal porodowych lub do legalnych klinik zarządzanych przez Kościół katolicki, gdzie z góry nakłaniano je prośbą, groźbą lub przekupstwem do oddania dzieci w 'dobre ręce'. Dobre ręce już czekały na drugim końcu łańcuszka, płacąc od 6 do 18 tysięcy dzisiejszych euro za szpital i 'usługę' oraz od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy euro za dziecko. W niektórych wypadkach dochodziło do pokazów dzieci do wzięcia niczym na przetargu, a nowi rodzice mogli wybierać między chłopczykiem a dziewczynką, blondynką a brunetką. Wszelki ślad po biologicznej matce ginął, bo co najmniej do roku 1970 nowi rodzice mogli wpisywać adoptowane dziecko jako własne, a archiwalne rejestry klinik, urzędów stanu cywilnego i cmentarzy, gdzie zmarłe rzekomo niemowlęta były chowane, niszczono lub fałszowano.

Siostra miłosierdzia Juana Alonso ma dzisiaj 96 lat, ale w odróżnieniu od innych podejrzanych o udział w handlu rabowanymi dziećmi nie zasłania się brakiem pamięci, choć nie mówi całej prawdy. W latach 1951-70 była siostrą przełożoną katolickiego żłobka na Teneryfie. - Oddaliśmy do adopcji bardzo wiele dzieci, ale wszystkie legalnie. Nigdy ich nie sprzedawałyśmy. Nic z tego nie miałyśmy. Sama płaciłam za akty urodzenia. Reszta to kłamstwa - mówi dziennikarzom. Opowiada, jak regularnie latała samolotem do Bilbao na wezwanie bogatej damy, która prowadziła 'zakład położniczy', gdzie rodziły samotne matki. Noworodki zabierała na wyspę, gdzie pokazywała je czekającym na adopcję parom. - Zwykle to byli ludzie kulturalni, na poziomie, dobrzy chrześcijanie. Było im wszystko jedno, czy dziewczynka, czy chłopiec. Jak jeden wybrzydzał i chciał tylko blondynkę, to mu powiedziałam, żeby poszedł sobie na bazar kupić lalkę - opowiada dumna z siebie.

Zakonnica wikła się jednak w sprzeczności, gdy raz mówi, że oddawali dzieci do adopcji tylko powyżej trzeciego roku życia, bo legalnie do tego czasu biologiczna matka miała prawo się o oddane dziecko upomnieć, by zaraz wspomnieć: - Wolałyśmy oddawać noworodki, najpóźniej kilkumiesięczne. Dobrze nam szło. U nas żadne dziecko nie mieszkało długo.

Katolicka siostra Juana zaprzecza, by noworodki były odbierane matkom wbrew ich woli. - Ja nie miałam z nimi do czynienia, myśmy tych matek w ogóle nie znały. Nie przypomina sobie przypadku Liberii Hernández, która dziś, jako 56-letnia kobieta, opowiada, jak ją zabrano ze żłobka na Teneryfie w wieku ośmiu lat. Liberia dobrze pamięta, co się działo w żłobku. Wie, że matka oddała ją tam po owdowieniu, kiedy miała już sześcioro dzieci. Wyszła za mąż ponownie, żeby dzieci utrzymać, ale nowy mąż nie chciał już siódmego, więc oddała Liberię siostrom. Codziennie jednak córkę odwiedzała, obiecując, że już niedługo wróci do rodzeństwa.

- Zakonnice katolickie nas terroryzowały. Karały nas za siusianie w łóżko. Zakładały nam mokre majtki na głowę i musiałyśmy paradować przed innymi dziećmi z napisem: 'Zsikałam się w łóżko, jestem szczoch'. Inną karą było przyklejanie do buzi plastrem kup królików i kur, które siostry hodowały. - Siostra Milagros miała zawsze u pasa różaniec i nożyczki do cięcia plastra - pamięta.

Co jakiś czas dzieci w żłobku ubierano na biało, co znaczyło, że będzie pokaz. Ustawiano je po czworo-pięcioro w gabinecie siostry Juany i wchodziły pary. - Oglądali nam zęby, włosy, zadzierali sukienki, żeby zobaczyć, czy mamy proste nogi. Jak koniom. Pamiętam dobrze, jak pachnieli papierosami i jak dobrze byli ubrani. Potem któraś z nas znikała, z reguły najmniejsza. Liberii nikt nie chciał. Pewnego dnia inna zakonnica - siostra Maria - zabrała ją statkiem do Walencji, gdzie oddała starszemu małżeństwu. - Kazała mi powtarzać, że nazywam się teraz Maria Nácher Guerola. Jak nie chciałam, biła mnie po głowie. W nowym domu w Alcoi karano ją za mylenie tożsamości. Przybrani rodzice używali jej do sprzątania, gotowania i innych prac domowych. Słyszała, że kosztowała majątek, więcej niż stado świń. Nie odpowiadali, kiedy pytała o prawdziwą matkę. A gdy pytała, po co ją wzięli, skoro tak ją dręczą, odpowiadali, że potrzebowali kogoś, kto się nimi zajmie na starość.

Traktowali niczym Thenardierowie Kozetę w 'Nędznikach' Victora Hugo. Lub gorzej, bo kiedy Liberia dorastała, jej bezzębny ojczym usiłował się do niej dobierać, a gdy poskarżyła się znajomej zakonnicy, ta poradziła jej nic nikomu nie mówić, za to dużo się modlić. Kiedy miała 14 lat, zaczęli ją odnajmować jako sprzątaczkę w mieście, a pieniądze zatrzymywali. Mimo to Liberia nawet po wyjściu za mąż opiekowała się macochą i ojczymem do ich śmierci.

Matka i rodzeństwo szukali jej przez cały czas. I w 1986 roku Liberia znalazła w prasie ogłoszenie zamieszczone przez jej brata. Nigdy nie zapomniała, jak naprawdę się nazywa. Spotkanie z rodziną nastąpiło na lotnisku. Matka jeszcze żyła. Opowiedziała, że nigdy nie zgodziła się na adopcję. Córkę jej skradziono. - Myślisz, że jak ja urodziłam dziesiątkę i ją wychowałam, to jednego bym się wyrzekła?! - zapewniała Liberię. Opowiedziała, że zakonnice w żłobku na Teneryfie odmawiały jej podania informacji, gdzie córka się podziała. Mówiły, żeby przestała szukać, bo dziecku jest lepiej u innych ludzi.

Matka żyła jeszcze dwa lata. Liberia walczyła z biurokracją o odzyskanie nazwiska, ale z braku dokumentów było to bicie głową w mur. Znalazła trzy różne akty swego urodzenia. Napisała nawet do króla Juana Carlosa. Dopiero po śmierci matki Liberii się udało i wreszcie znowu jest legalnie Liberią Hernández.

Lucrecia Garcia Mueoz urodziła się 15 września 1968 roku w klinice San Cosme y San Damián w Barcelonie. Godzinę później w samochodzie zaparkowanym pod hotelem Ritz została wręczona nowym rodzicom. - Otwórz drzwi, nie wysiadaj, tu masz córkę - usłyszał nowy ojciec i pojechał pędem do domu, o nic nie pytając. Sprzedawcy są znaną i majętną katalońską rodziną. Trudnili się handlem dziećmi pod koniec lat 60-tych XX wieku. Za Lukrecię wzięli pół miliona peset, czyli 3 tysiące dzisiejszych euro. Wyjaśnili, że prawdziwa matka jej nie chciała. Dziś Lukrecia w to nie wierzy i wciąż matki szuka. Wie, że została adoptowana, bo nowi rodzice tego nie ukrywali. Nie widzieli nic złego w tym, że dostali ją na ulicy i nigdy nikt im nie pokazał aktu zrzeczenia się dziecka przez prawdziwą matkę. Nie mogli mieć dzieci, długo czekali na adopcję. Zbędnych pytań nie zadawali. Lukrecia poszła do kliniki, ale zakonnice odmówiły rozmowy. Zawiadomiła sędziego, ale ten też nic nie wskórał, bo dokumentacja rzekomo zaginęła, a faktycznie została ukryta lub bezprawnie zniszczona. W pięknej prywatnej klinice w Barcelonie odnalazła lekarza, który był przy jej narodzinach. Rozmowny nie był. - Po ci to wiedzieć? Tylko się rozczarujesz. Pytaj siostrzyczek - usłyszała i obejrzała drzwi z drugiej strony. - Strasznie wtedy płakałam. Wszyscy mamy prawo wiedzieć, kim jesteśmy - mówi.

Klinika San Ramón w Madrycie na ulicy La Habana dziś nie istnieje, ale 30 lat temu, czyli w 1980 roku była prężnym ośrodkiem handlowym zarządzanym przez rzutki personel świecko-zakonny, wyznania katolickiego. Maria del Carmen Rodriguez starała się o adopcję dziecka przez władze miejskie, ale wciąż nic nie wychodziło. Nie było dzieci. Znajoma skontaktowała ją z zakonnicą, która "daje dzieci". Siostra powiedziała Marii i jej mężowi, że dostaną dziecko, jak do kliniki przyprowadzą inną ciężarną matkę, która swoje dziecko chce oddać. Bo system działał na zasadzie łańcuszka: dziecko nieznanej matki oddawano innym rodzicom w zamian za dziecko jeszcze innej matki. Gdy spytali, czemu nie mogą dostać dziecka matki, którą sami przyprowadzą, usłyszeli od siostry zakonnej, że to po to, żeby ślad po dzieciach ginął, a matki biologiczne potem 'nie zawracały głowy'.

Carmen przypadkowo znalazła dziewczynę w ciąży. Pochodziła z prowincji, właśnie rzucił ją chłopak, ojciec dziecka. Przyprowadzili ją do siostry Juany do kliniki. Dzwonili co kilka dni. Za którymś razem siostra mówi, że są do wzięcia para bliźniaczek i chłopczyk. - Chłopczyk dla tego, kto pierwszy się zgłosi. Padło na was. I kazała nazajutrz przyjść z pieniędzmi za poród i opiekę szpitalną - 50 tysięcy peset (300 euro). W klinice rodziców przyjął doktor Eduardo Vela. Wyjaśnił, że dziecko jest zdrowe, choć lekko wczesne, wziął dodatkową opłatę za inkubator i odesłał do asystentki społecznej po dokumenty. Dostali maleńkiego Davida.

Po trzech miesiącach raz jeszcze musieli się spotkać z doktorem, bo brakowało jakichś papierów. Przyjął ich nie w szpitalu, ale w samochodzie. Wyjaśnił, że w klinice jest zamieszanie. Okazało się, że policja zaczęła węszyć wokół kliniki San Ramón. Śledztwo jednak szybko umorzono. Doktor Vela nie był nawet przesłuchany. - Wydało mi się, że my jesteśmy w porządku. Miałam wszystkie papiery włącznie z aktami notarialnymi - mówi Carmen. - Ale dzisiaj nie jestem już taka pewna.

Gdy chłopczyk skończył pięć lat, Carmen powiedziała mu, że jest adoptowany. Przyjął to pogodnie, w rodzinie dobrze się układało, ale kiedy został pełnoletni, postanowił odnaleźć prawdziwą matkę. Rodzice dali mu dokumenty. Odnalazł siostrę Marię, ale ta nie pamiętała nic. Gdy jednak podał rok urodzenia, wyrecytowała 15 nazwisk rodziców adopcyjnych. Jego rodziców jednak wśród nich nie było.

Asystentka społeczna, która wydawała rodzicom dokumenty, nie chciała rozmawiać. Doktor Vela za to był sympatyczny. Powiedział Davidowi, że namawiali matki do oddania dzieci do adopcji, by nie spędzały płodu w Londynie albo na statkach aborcyjnych. Kiedy David poprosił o prawdziwy akt urodzenia albo akt zrzeczenia się go przez matkę biologiczną, doktor odparł, że nie ma, bo niszczyli je po sześciu miesiącach. Zapewnił go też, że nie był dzieckiem żadnej kurwy, i dał do zrozumienia, by nie szukał w przeszłości. David jednak szperał dalej i w roku 2009 roku pytał o matkę w domu samotnych matek Los Molinos prowadzonym przez zakonnice. Tam mu powiedziano, że archiwa młodocianych matek, wśród których mogła być jego matka, zostały spalone w 1985 roku, bo 'rząd socjalistyczny zaczął prześladować katolicki Kościół'. David szuka dalej.

Lepiej poszło Alfonsowi, dziś wziętemu adwokatowi, który odnalazł matkę Rosę po 27 latach. Rosa miała 17 lat, gdy w roku 1983 urodziła synka w Madrycie, gdzie pracowała jako służąca. Kiedy wyjeżdżała do pracy z domu na wsi pod Segowią, ojciec powiedział, że ma się nie pokazywać z brzuchem. A brzuch sprawił jej chłopak, który zniknął, jak tylko się dowiedział o ciąży. Z pracy wyrzucili ją, kiedy brzuch stał się widoczny. W klinice Santa Cristina powiedziała lekarzom, że nie da sobie rady z dzieckiem. Nie zdążyła się go nawet zrzec, bo następnego dnia po porodzie dziecko zniknęło. Lekarze powiedzieli, że oddali je bogatym prawnikom z Madrytu.

Naprawdę Alfonso trafił do rodziny stolarza w Alicante. Zawsze czuł się tam nieswojo, na zdjęciach rodzinnych nikt nie był do niego podobny, rodziców miał wiekowych, koledzy w szkole szeptali, że coś jest nie tak. Kiedy wreszcie poprosił o metrykę, okazało się, że jest z 'rodziców nieznanych'. Rodzice przyznali się, że adoptowali go za pieniądze, które zapłacili siostrze Marii Gómez Valbuenie, ale nie chcieli powiedzieć za ile. Rok temu przez sąd Alfonso zażądał prawdziwych danych od kliniki Santa Cristina, gdzie - wyjątkowo - wszystko było zachowane. Dostał kartę matki z imieniem, nazwiskiem, numerem dowodu tożsamości i grupą krwi. Znalazł ją łatwo, ale kiedy poszedł pod dom, odwaga go opuściła i nie zadzwonił. Wysłał pośrednika społecznego, który pracował dla stowarzyszenia ofiar nielegalnych adopcji. Ten poszedł do Rosy, zapytał, czy w grudniu 1983 roku nie urodziła dziecka, i pokazał zdjęcia. Skóra jakby z niej zdjęta, te same oczy, ale bała się, że syn na nią naskoczy, będzie robił wyrzuty. Poprosiła najpierw o list, sama napisała, wyjaśniając, jak doszło do tego, że od nikogo nie wzięła za niego grosza. Spotkali się w listopadzie 2010 roku. Nie było awantury. Teraz Alfonso dzwoni do niej co tydzień, żeby poszli na spacer. Pociesza matkę: 'Zaoszczędziłaś sobie najgorszego, pieluch itd.'. Niczego jej nie wyrzuca, jest szczęśliwy, że odnalazł biologiczną matkę. - Teraz jestem zupełny. Rana się zagoiła - mówi. Tylko jego adopcyjni rodzice nie chcą znać Rosy.

Dochodzenie prawdy o patologii rodziny zastępczej

W Hiszpanii prawdy o kidnapingu katolickiej mafii próbują jej dojść dwa stowarzyszenia. Pierwszym, zrzeszającym 500 osób, jest Anadir (Narodowe Stowarzyszenie Dotkniętych przez Fałszywe Adopcje). To ono w styczniu 2011 roku tygodniu złożyło doniesienie do Prokuratury Generalnej Hiszpanii z żądaniem wszczęcia dochodzenia. Drugie to Platforma Poszkodowanych w Klinikach Hiszpanii z Powodu Kradzieży Dzieci – zrzesza 300 rodzin i złożyło doniesienie do madryckiego sądu.

Platforma zwróciła się też do Ministerstwa Sprawiedliwości o pomoc w otwarciu biura koordynującego poszukiwanie dzieci. Organizacja zrzesza rodziny, którym ukradziono dzieci w czasach katolickiej dyktatury Franco i Opus Dei. Jej rzecznik Mar Soriano zapewniała, że Platforma ma dokumenty poświadczające przewożenie dzieci do Niemiec w ramach przysługi dla Adolfa Hitlera i jego faszystowskiego reżimu. Miała to być osobista przysługa świadczona przez Franco Hitlerowi. Katolik katolikowi. Dojście całej prawdy nie będzie jednak możliwe. Nie istnieje już wiele z tamtych szpitali. Przez niemal pół wieku zmarli świadkowie i osoby zamieszane w kradzieże. Pokrzywdzeni rodzice i często już dorosłe dzieci, które dowiadują się prawdy o swoim pochodzeniu, w większości wypadków mogą jedynie liczyć na podobieństwo genetyczne.

Reżim katolicki w Polsce po 1989 roku został coraz bardziej przeżarty funkcjonariuszami sekty Opus Dei rodem z frankistowskiej Hiszpanii. W Polsce wprowadza wiele  ztych skompromitowanych i zbójeckich pomysłów, w tym umieszczanie dzieci w rodzinach zastępczych z powodu tego, że matka jest biedna lub samotna! Tysiące dzieci w Polsce przechodzą gehennę wykradania ich w kidnaperski sposób tylko dlatego, że matka nie chodzi do Kościoła katolickiego, nie ma chwilowo pracy, a rodzina pracowników socjalnych pcperów lub sędziów rodzinnych żyje sobie dobrze z pensji i dotacji dla rodzin zastępczych - ideologicznie jedynie słusznych, bo katolickich.

Ile dokładnie tysięcy dzieci było bitych, torturowanych, poniżanych, używanych do prac ciężkich jako darmowa siła robocza, a także wykorzystywanych seksualnie i gwałconych ma wyjaśnić publicznie prowadzone sledztwo. Znając rozmiar skandali pedofilskich z ludźmi Kościoła katolickiego w roli głównej, nie mamy złudzeń do czego służyłą dzieci adoptowane lub inaczej skradzione ich prawowitym rodzicom, także w Polsce.

W Polsce przełomu XX i XXI wieku w ramach kidnapingu katolickiego wiele dzieci zrabowano rodzicom wegetarianom, taoistom, świadkom Jehowy, krisznaitom, buddystom, ateistom, a nawet osobom co sobie ćwiczą jogę lub uprawiają szukę feng shui! Tak wygląda biznes rodzin zastępczych z którego dobrze sobie żyją społeczne pasożyty opusdeistyczne i oazowe z tak zwanych rodzin zastępczych, nad którymi w praktyce nie ma żadnego społecznego nadzoru! Zasiłków dla biednych samotnych matek nie ma. Pensji za wychowanie włsnych dzieci, ale dla dzieci ukradzionych rodzicom czy samotnym matkom wbrew ich woli i wbrew woli dzieci pieniądze są. Na prowadzenie cudzych dzieci do katolickiej komunii i sekciarskiego, zawsze faszystowskiego Kościoła katolickiego, wszędzie na świecie już skompromitowanego.

Patologiczna Rodzina Zastępcza w Polsce

Rodzice zastępczy dostają pieniądze na utrzymanie dzieci zabranych rodzicom biologicznym. Zawodowa rodzina zastępcza dostaje dodatkowo pensję. Do rodziny zastępczej trzeba przyjąć co najmniej troje dzieci. Oznacza to dużą sumę pieniędzy, kwoty jakich normalny rodzic zwykle nie ma jak zarobić! Rodziny zastępcze to zwykle potworny i okrutny biznes na dzieciach!

Pomoc finansowa dla niezawodowej rodziny zastępczej na rok 2010 wynosi od 8oo do 1200 zł. Wynagrodzenie zawodowych rodzin zastępczych wynosi około 1600 - 1900 zł. I tu pojawiają się liczne głosy, że opiekunowie wykorzystują dzieci dla własnych potrzeb finansowych, a pieniądze są podstawowym powodem wzięcia dziecka pod swe skrzydła.

Obecnie, na rok 2010 na dziecko rodzina zastępcza dostaje zwykle 1647 zł (jest to kwota podstawowa) i w zależności od tego ile dziecko ma lat i jaki stopień niepełnosprawności to progi wynoszą 40, 60 lub 80 % podstawy. Jeśli mamy np. ósemkę dzieci to żona ma płaconą pensję ze starostwa około 1700 zł miesięcznie. Na dziecko do 7 roku życia lub niepełnosprawne dostaje się około 1000 zł, na dziecko starsze około 650 zł. Wychodzi około 6-8 tysięcy miesięcznie. Pewnie każda normalna rodzina chciałaby dostawać taką kasę na swoje własne dzieci od państwa. Tylko, że w Polsce o rodzicach się nie myśli, tylko o osobach obcych, żeby sobie mogły dobrze żyć kosztem krzywdy dzieci i ich prawdziwych rodziców. Instytucja rodziców zastępczych jest przez sądy nadużywana do karmienia swoich znajomków i krewnych!

Dlaczego sąd nie da matce 1200 złotych albo 1900, żeby miała na wychowanie swego dziecka, tylko jakimś bardzo często pedofilom katolickim z rodziny zastępczej, która sobie z tych pieniędzy dobrze żyje i obmacuje cudze dzieci w majestacie prawa? Alimenty 1200 PLN dla samotnej matki, to wcale nie jest tak dużo, a Fundusz Alimentacyjny niech płaci, a nie tam przepijać nasze podatki na papieskie pomniki i beatyfikacje oraz wyjazdy posłów na Jasną Górę!

Ustawodawca nie zapobiega paradoksalnym czy raczej chorym sytuacjom jak ta, kiedy z powodu ubóstwa zabiera się matce dziecko, po czym na jego utrzymanie w rodzinie zastępczej przyznaje się kwotę kilka razy wyższą niż zapomoga z MOPS dla prawdziwej choć ubogiej matki. To jest chore, śmierdzi przekrętem i sponsorowaną przez państwo pedofilią katolicką! Chyba już czas, by w całej tej machinie zabierania dzieci rodzicom decydenci dostrzegli dziecko, a nie tylko interesy swoich znajomych, którzy żyją z zasiłków czy raczej sowitych wypłat na rodzinę zastępczą. Dziwne, że prawowici rodzice nie dostają 1900 złotych na wychowanie dziecka z MOPS-u lub w formie zasiłku rodzicielskiego od państwa, ale taką wielką kasą karmi się ludzi, którzy kradną dzieci biednym i mniej zaradnym rodzicom.

Foto: Rodzice i adoptowane ofiary Kościoła protestują i się poszukują ...

Ofiary adopcji katolickich w Hiszpanii

Rodzinom zastępczym nie chodzi o dziecko tylko o kasę!

W jednej z poznańskich rodzin zastępczych zamieszkał Daniel, siedmioletnie dziecko rzekomych alkoholików i narkomanów. Ma dom, jedzenie, czyste ubranie, ale wykorzystywany jest do opieki nad młodszym rodzeństwem i niedołężnym dziadkiem oraz do sprzątania. Jest traktowany inaczej - nie jak pełnowartościowy członek rodziny - żałuje mu się słodyczy i ciasta, nowych ubrań, pokój musi dzielić ze starszym bratem, który mu dokucza. Nie ma go też na rodzinnych fotografiach, na przykład z chrztu najmłodszego dziecka opiekunów. Gdzie są pracownicy socjalni, kuratorzy? A może wystarczy dziecko postraszyć, by milczało, uśmiechało się i nie mówiło prawdy?

Moja sąsiadka nigdy nie pracowała, wychowywała swoje dzieci - mówi Aniela N. Kiedy poszły do szkoły, ona wzięła do siebie dziecko w ramach rodziny zastępczej. I nie pracuje nadal, śmieje się, że nie musi. Państwo daje jej solidne pieniądze na cudze dziecko komuś zrabowane!Kamila, obecnie wychowanka domu dziecka wspomina, że czuła się jak zabawka, która miała żyć według scenariusza, jaki wymyślili sobie jej katoliccy opiekunowie – ani mnie nie kochali, ani nie rozumieli, nie słuchali. Myślę, że wzięli dziecko dla poprawy samopoczucia i aby pokazać innym, jacy są dobrzy i szlachetni. A prawda była taka, że chcieli sobie dorobić kasę.

Niestety taka jest prawda, że ludzie którzy zakładają rodzinę zastępczą są cwani i nastawieni nie tyle na dobro dzieci, ale po prostu na zarobek i wyrobienie sobie emerytury. Zauważmy, że rodzina zastępcza to zawód wykonywany.

Weźmy przykład - zasiłek rodzinny na jedno dziecko wynosi 48 złotych (do piątego roku życia) i 64 złote na starsze dzieci. A rodzina zastępcza dostaje co miesiąc 990 zł na dziecko do siedmiu lat i 659 zł na starsze dziecko. Dodatkowo zawodowa niespokrewniona rodzina zastępcza ma prawo do dodatku - 164 zł na dziecko i pensji dla jednego z małżonków od 1976 do 2635zł. Czy to nie jest pogrom na prawowitych rodzicach dzieci? Czy to nie jest paranoja sądowa, pedofilsko-katolicka?
Historia z życia typowej rodziny zastępczej

Dwa lata temu dowiedziałam się, że moi sąsiedzi planują stworzyć rodzinę zastępczą. Niby nic dziwnego, przy okazji spotkania z sąsiadką, zapytałam dlaczego się zdecydowali, ile dzieci zabiorą z domu dziecka, na to moja sąsiadka - No wiesz dom jest duży, ja i tak siedzę w domu, obiad gotuję codziennie dla męża to i dwie dodatkowe osoby też się z tego najedzą, a za to jakie pieniądze z tego będą, kochana mój mąż nawet połowy tego nie zarabia. - Pomyślałam no tak, to już wiadomo po co chcą mieć te dzieci u siebie, ale pytam dalej - Pani Elu, ale nie trzeba się jakoś rozliczać z tych pieniędzy? - na to ona - Nie, już się dowiadywałam, tylko dzieciaki najedzone i ubrane muszą być, ale przecież nie będę wydawać takich pieniędzy na nie, wreszcie trochę odżyjemy, tylko nie wiem jak z tymi testami, musimy mieć jakieś szkolenia, a potem testy psychologiczne.

Za jakiś czas zamieszkało u nich rodzeństwo, dziewczynka w wieku 4 lat i chłopiec 11 letni. Na początku mieli niespodziewane kontrole, z czasem coraz rzadsze. Owszem dzieci nie głodowały, za to sąsiadka "obleciała" wszystkich znajomych, którzy mieli dzieci w podobnym wieku, aby zostawiali jej ubrania dla dzieci, mimo, że za pieniądze, które dostaje powinna kupować im wszytko, co potrzeba. Tak samo sytuacja miała się z książkami dla chłopca i przyborami szkolnymi, zabierała od innych stare, często zniszczone książki, byle tylko nie wydać złotówki na nowe.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że dzieci mają tam bardzo dobrze. Niestety rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej - dzieci zawsze były traktowane z dużym dystansem, ubierane w używane ubrania, nie zaznały ciepła, miłości. Za to znacznie poprawiła się sytuacja materialna ich opiekunów. Nowy samochód, zagraniczne wyjazdy. Jest to typowa sytuacja dzieci w rodzinach zastępczych, które to zastępstwo mają jako rodzaj wygodnego sposobu na życie.

Należy zatem dzieci natychmiast oddać wszystkim żyjącym prawowitym rodzinom i zadbać o to, aby prawowici rodzice mieli odpowiednie wsparcie w postaci zasiłków na dziecko, alimentów czy zapomogi z MOPS-u. Biznes żerowania na kasie dla „rodziców zastępczych” zlikwidować! Nie chcemy w Polse faszystowsko-katolickiej powtórki rodem ze zbrodniczego reżimu Franco w Hiszpanii i innych krajach, chociażby z USA, gdzie także jest to tragiczny problem społeczny... 

Nie widzimy dzieci szczęśliwych w rodzinach zastępczych. Widzimy za to wiele matek, rodziców i dzieci poszkodowanych przez opiekę socjalną, sądy rodzinne i inne patologicznie działające instytucje...

Opracowane przez:

Ruch Ofiar Molestowanych i Gwałconych przez Katolickich Księży

Zobacz także


Artykuły w tej kategorii