Himavanti

Diabelski Trójkąt Bermudzki - Niewyjaśnione tajemnice przyrody

Trójkąt Bermudzki jest to obszar zachodniego Atlantyku, w pobliżu południowo wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych, mniej więcej w kształcie trójkąta. Trójkąt ten rozciąga się od Bermudów na północy, po południową Florydę, następnie na wschód przez Wyspy Bahama do punktu leżącego Puerto Rico na około 40 stopni długości zachodniej skąd na powrót do Bermudów. Podobno już sam Krzysztof Kolumb doświadczył niesamowitych przeżyć w Trójkącie Bermudzkim. Wraz ze swoją załogą obserwował m.in. "białą wodę", "wielką ognistą błyskawicę", dziwne zachowanie się kompasu. Po zaginionych statkach i samolotach zazwyczaj nie odnajdywano najmniejszego śladu za to często spotykano dryfujące okręty bez załóg. W prawie wszystkich przypadkach stwierdzano też brak dzienników okrętowych. Mimo iż 'trójkąt śmierci' znajduje się na ruchliwej trasie powietrzno - wodnej, niechętnie zapuszczają się tam statki i samoloty. 

Trójkąt Bermudzki to zwyczajowa nazwa obszaru Atlantyku, w rejonie Bermudów, przez fascynatów zjawisk paranormalnych uznawanego za miejsce wielu niewyjaśnionych zaginięć statków, jachtów i samolotów. Od XIX wieku na jego wodach w sposób spektakularny zaginęło ponad 40 statków i 20 samolotów: w sumie ponad dwa tysiące osób, których nigdy nie odnaleziono. Specjalisci od zjawisk paranormalnych i niewyjaśnionych uważają, iż na tym obszarze mają miejsce zjawiska łamiące prawa fizyki, wykrywana jest obecność "obcych" – co ma wyjsaśniać niewytłumaczalne zdarzenia. Nie istnieje jeden ustalony kształt trójkąta, jego kształt opisywany jest różnie w poszczególnych legendach miejskich. Według statystyk w obszarze tym nie ginie więcej niż średnia liczba obiektów ginących w innych rejonach Atlantyku, jednak znaczna część katastrof jest bardzo spektakularna, dziwna. Naukowcy mówią o uderzeniach superpiorunów, trzęsieniach ziemi czy podwodnych wulkanach, jako powodach nadzwyczajnie wyglądających katostrof i zaginięć. 

Trójkąt Bermudzki

Zaginione statki i ich załogi

Złowieszcza sława bermudzkiego trójkąta sięga XVI wieku. Z hiszpańskich kronik dowiadujemy się, że w czerwcu 1502 roku podczas silnego sztormu z Santo Domingo na Hispanioli wypłynęło 30 karawel gubernatora Ovando, załadowanych złotem i kosztownościami. Ich kapitanowie nie wiedzieli wtedy, że weszli w rejon 'trójkąta śmierci', lecz płynąc do Hiszpanii nie mogli go ominąć. Po kilkunastu godzinach tylko trzy statki z całej armady wróciły do portu. Pozostałe zniknęły bez śladu. Faktem jest, że szalał wtedy cyklon, jednak nigdy, nawet w tamtych czasach, walka z żywiołem nie pochłonęła tylu ofiar. 

W styczniu 1880 roku statek „Atlantyk” opuścił Bermudy, udając się w rejs do Anglii wraz z 300 kadetami na pokładzie. Wkrótce potem wszelki ślad po nim zaginął. Nie odnaleziono ani wraku, ani szalup ratunkowych, czy choćby jednego z członków załogi. 

Dnia 20 sierpnia 1881 amerykański szkuner "Ellen Austin" dostrzegł w tym rejonie, na pozycji 27°14'N i 67°08'W trójmasztowy szkuner płynący bez załogi. Nie było również dziennika okrętowego. Kapitan szkunera polecił przerzucić na jego pokład kilku marynarzy ze swojej załogi, chcąc zgodnie z prawem morskim zająć statek. 22 sierpnia rozszalała się krótkotrwała burza, która rozdzieliła oba statki. Po dwóch dniach poszukiwań odnaleziono tajemniczy statek, lecz nie było na jego pokładzie marynarzy z "Ellen Austin". Znikł także nowy dziennik okrętowy. Kapitan nie rezygnując wysłał na statek kolejną grupę marynarzy. Przez dwa dni oba statki płynęły w odległości maksymalnie dwustu metrów przy łagodnym wietrze i lekko zachmurzonym niebie. Trzeciego dnia nad ranem podniosła się gęsta mgła. Szkuner przesłonięty oparami zniknął z oczu załogi "Ellen Austin". Nikt więcej nie widział ani marynarzy, ani tajemniczego okrętu.

W 1884 roku podczas rejsu do Nowego Orleanu przepadł włoski szkuner „Miramon”. Dwa lata później u wybrzeży Haiti zaginął szwedzki bryg „Lotta”, następnie hiszpański statek handlowy „Diego”. 

W kronikach z lutego 1885 odnajdujemy wzmiankę o odnalezieniu w rejonie Bermudów, na pełnym morzu, trójmasztowca "James B. Chester", płynącego bez załogi, na pełnych żaglach. Na pokładzie nie było ani ciał załogi, ani śladów jakiejkolwiek walki. Nie było także urządzeń nawigacyjnych, które znikły bez śladu.

W 1840 roku odnaleziono statek francuski „Rosalie” – płynął pod pełnymi żaglami z towarem w ładowni, jednak na pokładzie nie było ani jednego członka załogi. Podobnie zdumiewające zdarzenie miało miejsce na okręcie „Mary Celeste”. Gdy odnaleziono go był w dobrym stanie technicznym, z nienaruszonym ładunkiem, w kajutach znajdowały się rzeczy osobiste załogi, a na stole stał ciepły posiłek. 

Kilkanaście innych statków zaginęło wraz z załogami. Na trasie z Barbadosu do Baltimore przepadł bez śladu „Cyclops” – 150-metrowy węglowiec wraz z 30 marynarzami na pokładzie. Choć wyposażony był w aparaturę radiową, nikt nie odebrał sygnału SOS. Ten sam los spotkał japoński statek „Raifuku Maru”, jak również „Cotopax”, „Suddoffco”, „Stavenger” i „John i Mary”. Miało to miejsce na początku XX stulecia.

W latach 70-tych statki po prostu rozpływały się jakby we mgle – frachtowce „Elizabeth” i „El Caribe”(1871 rok), statek handlowy „Anita” oraz „Norse Wariant” i „Linda” w 1973 rok. Znikały pomimo dobrej pogody, niekiedy tuż po nadaniu dramatycznego wezwania o pomoc. 

Frachtowiec "Marine Sulphur Queen", pod dowództwem doświadczonego kapitana Fanninga, zaginął w lutym 1963 roku w pobliżu Florydy. Służba meteorologiczna nie zanotowała wtedy żadnych sztormów. Podczas poszukiwań natrafiono na ślady zatonięcia okrętu: część deski z nazwą statku, pasy i koła ratunkowe. 

Sygnał SOS podczas zupełnie spokojnej pogody odebrano również ze zbiornikowca "V. A. Fogg". Zdołano przejąć jeszcze współrzędne pozycji i nastąpiła cisza. Początkowo przypuszczano, że życiu załogi zagroził pożar, który ogarnął kabinę radiooperatora, jednak po odnalezieniu statku nie stwierdzono śladów ognia ani wybuchu. Załogi nie było, chociaż szalupy ratunkowe pozostały na swoich miejscach. Tylko kapitan siedział w fotelu, przy stole, w swojej kabinie, trzymając w ręku filiżankę z kawą stojącą na blacie. Był martwy. 

W roku 1964 wyszedł w morze w kierunku Antyli jacht "Enchantress". Jego załogę stanowili: właściciel, John Pelton z żoną i dwojgiem dzieci oraz Amerykanin polskiego pochodzenia Krzysztof Grabowski, mający za sobą pięćdziesiąt tysięcy mil morskich oraz rejs przez Atlantyk, odbyty w 1959 roku. Następnego dnia po wypłynięciu radiostacja brzegowa odebrała sygnał z jachtu. Jeden z mężczyzn podawał, że znaleźli się w sztormie i nie znają dokładnej pozycji. Przeprowadzono więc namiary z lądu na dźwięki emitowane z nadajnika na łodzi. Początkowo mężczyzna podawał kolejno liczby, ale wkrótce zastąpiło go jedno z dzieci. Głos stawał się coraz złabszy aż zanikł zupełnie. Ponownej łączności nie udało się nawiązać. Poszukiwania wokół ustalonego miejsca nie dały rezultatu, chociaż przeszukano obszar morza w odległości 150 mil morskich od Charleston. 

W roku 1968 'diabelskim trójkącie' zniknął amerykański okręt podwodny "Scorpion" z 99-cio osobową załogą na pokładzie. 

W marcu 1969 roku odebrano sygnały z amerykańskiego statku "Fernandina". Treść depeszy wyglądała następująco: "Na pozycji 27°52'N i 58°12'W. Kompasy nie działają. Zgubiliśmy kurs. Coś się dzieje niedobrego. Załoga..." Tu sygnał zaczął zanikać, po chwili znów usłyszano słabe "SOS, SOS, na pozycji..." Po tych słowach łączność urwała się. Mimo długotrwałego wywoływania przez stację brzegową nie dało się jej nawiązać ponownie. Wysłany na ratunek okręt wojenny nie znalazł ani śladu po "Fernandine".

Kecz "Flying Biscuitt" wyruszył z Miami w marcu 1970 roku. Płynął na nim do Puerto Rico przemysłowiec Harry Gardener. Na wysokości wyspy la Tortue, u północnych wybrzeży Haiti, połączył się z hotelem w którym mieszkała jego żona z dwojgiem dzieci. Poinformował ją, że ma jeszcze do przebycia jeszcze 380 mil i spodziewa się przybić do San Juan za cztery dni. Sześć dni później pani Gardener zawiadomiła władze Puertorykańskie o zaginięciu męża. Na poszukiwania wysłano okręty patrolowe, zawiadomiono wszystkie statki, polecając zwracać uwagę na morze. Do akcji włączyło się lotnictwo amerykańskie. Po dwóch tygodniach zaniechano poszukiwań. Miesiąc później, na północ od wyspy Great Abaco, oficer wachtowy statku amerykańskiego płynącego do Key West zauważył jacht bez żagli. Stał bokiem do wiatru, ciągnąc wlokące się za burtą liny. Był to "Flying Biscuitt", ale bez załogi. Brakowało też dziennika pokładowego. Jacht odholowano do Miami. Wszczęto śledztwo, które niczego nie wykazało. Nikt nie był w stanie wyjaśnić, w jaki sposób jacht znalazł się ponad osiemset mil od miejsca przeznaczenia. Nawet biorąc pod uwagę dryf z Prądem Antylskim nie jest możliwe pokonanie takiej trasy w ciągu 30 dni.

Znajdujący się w połowie drogi między Kubą a wyspami Bahama japoński frachtowiec "Raifuku Maru" zdołał nadać cokolwiek dziwne i wieloznaczne wezwanie: "Przybywajcie zaraz (...) nie możemy umknąć (...) Niebezpieczeństwo nimy sztylet teraz". Nie odnaleziona ani frachtowca, ani nikogo z załogi. 

Okręty niekiedy odnajdywały się, lecz ich załogi ginęły w niewytłumaczony sposób.  „Dzieje się coś dziwnego, od dawna. Zupełnie jednak nie domyślamy się przyczyn.” - pisała prasa amerykańska. Wygląda to tak, jak gdyby zaginione statki przykrywane były gigantyczną elektroniczną siatką maskującą czy jakimś polem siłowym. Wszystkie one wyruszały w regularne rejsy na Bermudy, Jamajkę, do Miami i innych portów środkowego Atlantyku, a spotykały się na długiej liście zaginionych okrętów. 

Zaginione samoloty i ich załogi 

Tajemnica okrywa zaginięcie samolotu typu KB-50. W 1962 roku wystartował on z wojskowej bazy lotniczej w Langley w Wirginii z 9 osobami na pokładzie, kierując się na Azory. Wkrótce po starcie odebrano krótki, niewyraźny komunikat o jakichś kłopotach. Poszukiwania nie wykryły nawet najmniejszego śladu po tej jednostce, nawet plamy na powierzchni wody. 

Samolot „Star Tiger”, należący do południowoamerykańskich linii lotniczych leciał z Azorów na Bermudy. Pod koniec długiego, niczym niezakłóconego lotu, zawiadomił obsługę, że wszystko jest w porządku, po czym zamilkł na zawsze. Dnia 30 stycznia 1948 z Londynu na Bermudy przez Azory wystartował dwusilnikowy Douglas "Star Tiger" z trzydziestoma pasażerami na pokładzie. Po raz ostatni zameldował się w odległości 400 mil na północny wschód od wysp. Wieża kontrolna lotniska w Hamilton nie otrzymała później żadnej wiadomości, a samolot powinien zgłosić się, by uzgodnić warunki lądowania. Gdy minął termin przylotu, wszczęto alarm, ale pomimo kilkunastodniowych poszukiwań nie odnaleziono szczątków maszyny ani rozbitków. 

Dnia 23 grudnia 1948 roku "Dacota" wystarowała z San Juan w Puerto Rico do Miami. Ostatnią rozmowę z lotniskiem przeprowadzono na kilkanaście minut przed lądowaniem, które nie nastąpiło. Mimo podjętych poszukiwań nie odnaleziono żadnych szczątków ani nikogo z załogi i pasażerów.

Ten sam los co "Star Tiger" spotkał maszynę bliźniaczo do niego podobną – „Star Ariela”. Mimo poszukiwań znikł w nicości Trójkąta Bermudzkiego. Dnia 19 stycznia następnego, 1949  roku kapitan pasażerskiego "Star Ariela" w drodze z Bermudów do Kingston na Jamajce zgłosił się w porcie lądowania po czterdziestu godzinach lotu, następnie zamilkł i ślad po samolocie zaginął. 

Zagadkowe okoliczności towarzyszyly odkryciu na północny wschód od Bermudów szczątków dwóch latających tankowców, które 28 sierpnia 1961 roku wystartowały z bazy w Fort Lauderdale, z zadaniem dostarczenia paliwa eskadrze bombowców B-52 odbywających ćwiczenia nad Atlantykiem. Oba samoloty nadały ostatnią wiadomość na kilka minut przed osiągnięciem wysp. Ponieważ nie udało się nawiązać z nimi ponownie łączności, rozpoczęto poszukiwania z udziałem pięciuset samolotów. Wreszcie dostrzeżono szczątki maszyn, o czym pilot-obserwator natychmiast zameldował do bazy. Wkrótce potem otrzymano następny meldunek o odnalezieniu pływających na powierzchni morza fragmentów samolotów. Nie ulegało wątpliwości, że szczątki pochodzą z tych samych powietrznych tankowców. Nikt jednak nie potrafił wyjaśnić, dlaczego miejsca, gdzie je odnaleziono, znajdowały się w odległości 135 mil od siebie.

Załoga obsługująca radar na lotnisku w Miami stwierdziła, że na 10 minut przed lądowaniem z ekranu radaru znikł pasażerski odrzutowiec linii "National Airlines". Zaskoczona załoga lotniska została postawiona w stan pogotowia, jednak samolot wylądował szczęśliwie. Jego załoga zdziwiona była faktem, iż coś mogło być nie w porządku. Okazało się jednak, że zegarki załogi wskazują czas z dziesięciominutowym opóźnieniem. Nikt nie potrafił wytłumaczyć tego faktu.

Według Lawrence'a Davida Kusche, pracownika biblioteki Uniwersytetu Stanowego Arizony, który szczegółowo zbadał źródła, ojcem pojęcia Trójkąt Bermudzki jest Vincent Gaddis, który użył go w artykule The deadly Bermuda Triangle w czasopiśmie Argosy w 1964 roku. W 1965 Gaddis opublikował książkę Invisible horizons, w której zajął się tą legendą. Po nim wielu innych autorów próbowało uzyskać sławę zajmując się tym tematem. W zależności od autora, wielkość Trójkąta Bermudzkiego jest różna. Niektórzy rozszerzają ją aż do wybrzeży Irlandii. Zazwyczaj jednak mowa jest o trójkącie między Miami, Puerto Rico i Bermudami, który to teren jest bardzo uczęszczany przez statki i samoloty.

Legenda Trójkąta Bermudzkiego narodziła się wraz z historią zniknięcia eskadry pięciu amerykańskich samolotów torpedowo-bombowych Grumman TBF Avenger 5 grudnia 1945 u wybrzeży Florydy (słynny lot 19). Opisane to zostało w magazynie American Legion przez Allena Eckerta w artykule Tajemnica zaginionego patrolu. Eckert nigdy nie potrafił podać źródeł swoich twierdzeń. L.D. Kusche i Jules Metz dogłębnie zbadali tę historię, analizując 500 stron oficjalnego raportu. Wywnioskowali, że był to tragiczny wypadek, jeden z najtragiczniejszych wypadków lotnictwa wojskowego w czasach pokoju, ale spowodowany jak najbardziej naturalnymi przyczynami. Krzysztof Kolumb jednakże, według swojej relacji, zaobserwował w okolicach Trójkąta "dziwne, tańczące na horyzoncie światła". 

Zniknięcia, zaginięcia, tajemnicze wypadki i awarie - wszystkie te zdarzenia miały wielokrotnie miejsce w obszarze tzw. Trójkąta Bermudzkiego - strefy, która uchodzi za jedną z najbardziej tajemniczych na Ziemi. I choć nie wszyscy wierzą w jej nadnaturalny charakter, to incydentom, które miały tam miejsce nie sposób zaprzeczyć. W tej niebezpiecznej strefie, której zasięg oddziaływania obejmuje obszar od Puerto Rico poprzez Bermudy po Miami, wielokrotnie dochodziło do wypadków, które po dziś dzień pozostają niewyjaśnione. Wiele osób spogląda na Trójkąt Bermudzki w kategoriach legendy, ale nie brakuje też takich, które uważają, że w regionie tym oddziałują siły, których źródło jest nieznane. Zwykło się mówić o czynnikach o charakterze paranormalnym bądź też inspirowanych przez siły pochodzące z obcych cywilizacji.  

W połowie XX wieku, w roku 1950 agencja "Associated Press" opublikowała artykuł, którego autor opisał dziwne przypadki zniknięć samolotów i statków w rejonie Trójkąta Bermudzkiego. Podobny artykuł, który także skupił się na dziwnych incydentach, które miały miejsce w okolicach "diabelskiego trójkąta" został opublikowany w 1952 r. na łamach magazynu "Fate", który specjalizuje się w tematach dotyczących zjawisk paranormalnych. Tekst George'a Sanda zatytułowany "Morska tajemnica przy naszych tylnych drzwiach" skupił się przede wszystkim na zaginięciu 5 amerykańskich samolotów bombowych (oznaczonych jako Lot 19), które brały udział w misji szkoleniowej, a których wraków do dnia dzisiejszego nie odnaleziono. Słuch o eskadrze złożonej z maszyn Grumman TBF Avenger zaginął 5 grudnia 1945 roku. Autor artykułu zasugerował, że kluczową rolę w ich zniknięciu odegrał obszar, nad którym przeprowadzana była operacja. Według George'a Sanda udział w zaginięciu eskadry miały siły nadnaturalne. 

Sensacyjne opowieści na temat legendarnego miejsca zaczęły pobrzmiewać jeszcze głośniej, kiedy w 1962 roku na łamach czasopisma "American Legion" pojawił się sensacyjny artykuł dotyczący Lotu nr 19. Tekst wzbudził mnóstwo emocji, ponieważ jego autor przytoczył słowa należące rzekomo do dowódcy znajdującego się na pokładzie jednego z samolotów, które zaginęły u wybrzeży Florydy 5 grudnia 1945 roku. W trakcie incydentu, jaki miał wtedy miejsce, dowodzący miał powiedzieć: "Wchodzimy do białej wody; nic nie wygląda właściwie. Nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy. Woda jest zielona, a nie biała." W prasie i mediach USA oraz Kanady używano najczęściej nazwy 'Diabelski Trójkąt', gdy pisano i mówiono o tajemniczych zaginieciach czy katastrofach w tym obszarze. Wiele mediów utrzymywało, że powraca demoniczna cywilizacja Atlantów żyjąca na dnie ocenu w tym obszarze. 

Najbardziej niezwykłym zaginięciem w rejonie Trójkąta Bermudzkiego było zdarzenie mające miejsce 5 grudnia 1945 roku. O godzinie 14.00 eskadra pięciu bombowców typu Grumman TBM - 3 "Avengers" należących do marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych wzbiła się w powietrze z lotniska w Fort Lauderdale na Florydzie. Miały odbyć typowy lot ćwiczebny. Samoloty miały obsługę złożoną z pilota, radiooperatora i strzelca pokładowego oraz paliwa, które powinno wystarczyć na przelecenie około 1500 km. Załoga posiadała w kamizelki ratunkowe i samonapełniające się powietrzem tratwy. Mieli przelecieć 250 km wprost na wschód w kierunku Bahamów, po czym skręcić na północ i po 65 km zawrócić w kierunku południowo zachodnim do bazy. Warunki atmosferyczne były dobre. O godzinie 15.15, po wykonaniu zadania, w drodze powrotnej do bazy dowodzący porucznik Taylor nadał alarmującą wiadomość, że eskadra prawdopodobnie zboczyła z kursu i nie widzi spodziewanego lądu: "Nie jesteśmy pewni jaka jest nasza pozycja, gdzie jest zachód. Wszystko się pokręciło. Dziwne rzeczy się tu dzieją. Nawet ocean nie wygląda tak jak powinien...". 

Łączność została przerwana, ale nasłuch nadal odbierał fragmenty rozmów między pilotami. Nie można było jednak uzyskać z nimi połączenia z nimi. O godz. 16.00 z nieznanych przyczyn por. Taylor zdał dowództwo nad eskadrą innemu kap. Stiversowi, który po około 15 minutach później meldował do bazy: "Nie wiemy gdzie jesteśmy... musieliśmy przelecieć nad Florydą i znajdujemy się chyba w Zatoce Meksykańskiej" po czym poinformował pilotów, że muszą wykonać zwrot o 180 stopni, by dolecieć z powrotem na Florydę. Z dosłyszanych rozmów wynikało, że kończy się paliwo i że wszystkie instrumenty pokładowe zwariowały i każde daje inne odczyty. Słyszalność stawała się coraz słabsza, z czego wywnioskowano, że eskadra leci na wschód oddalając się od bazy i lecąc na pełne morze. Wreszcie usłyszano okrzyk Stiversa: "Mój Boże ! Wygląda jakbyśmy wkraczali w białą wodę... jesteśmy kompletnie zgubieni... Nie lećcie za nami... oni wyglądają, jak gdyby przybyli z innego świata..."Po tym komunikacie łączność została przerwana. 

Z lotniska Banana River Air Station wyleciał na ratunek ratowniczy wodnopłatowiec typu Martin Mariner PBM, zaopatrzony w specjalne instrumenty i urządzenia mające pomóc lotnikom zmuszonym do wodowania. Ekipa składała się z dwunastu osób. Skierowali się na południowy wschód i podobnie jak eskadra przepadli bez śladu. Zaginięcie w ciągu kilku godzin 6 samolotów z 27 ludźmi spowodowało największe w dziejach marynarki USA morskie i lotnicze poszukiwania. Brało w nich udział 307 samolotów, 4 niszczyciele marynarki, kilka okrętów podwodnych, 18 jednostek Straży Przybrzeżnej, specjalne statki ratownicze i setki prywatnych łodzi i jachtów. Z Bahamów dołączyły jeszcze jednostki marynarki brytyjskiej i samoloty RAF-u. Poszukiwania trwały od świtu do zmroku, samoloty czesały morze na obszarze 600 000 km kwadratowych - bez skutku.

Nie znaleziono ani tratw ratunkowych, w które były wyposażone wszystkie samoloty i które w razie wypadku pływałyby po wodzie, ani żadnych szczątków, ani nawet plam oleju na wodzie, co wskazywałoby na katastrofę. Wygląda, jakby samoloty po prostu rozpłynęły się w powietrzu. Lot ten przeszedł do historii jako "Lot nr 19". Jest jednak jeszcze jeden tajemniczy aspekt tej sprawy. Tego samego dnia, w którym zaginęła eskadra, około godziny 19:00 lotnisko w Miami odebrało słaby sygnał radiowy "FT... FT...". Była to część znaku wywoławczego tej eskadry. Jednak możliwość jego nadania przez któregoś z członków eskadry właściwie nie istniała, bowiem według wyliczeń paliwo powinno wyczerpać się 2 godziny wcześniej. Chyba że jednak Trójkąt Bermudzki nie jest jedynym miejscem gdzie tajemniczo znikają statki i samoloty. Po przeciwnej stronie Ziemi u wybrzeży Japonii znajduje się rejon zwany Diabelskim Morzem. Częstotliwość występowania niewyjaśnionych wypadków w obu tych miejscach jest mniej więcej taka sama. 

Historia Davison i Amstrong 

Kiedy 51-letni Stuart Armstrong ze swoją partnerką Andreą Davison utknęli w 2009 roku w obszarze Trójkąka Bermudzkiego, w ich oczach z każdą chwilą rysował się coraz większy strach. Para Brytyjczyków wyruszyła z Wysp Zielonego Przylądka i zmierzała w kierunku wyspy Antigua. Gdy znaleźli się w odległości 1200 mil od punktu docelowego, w ich jachcie zepsuł się ster, przez co utracili kontrolę nad statkiem. Uszkodzony element sprawił, że ich żaglówka kręciła się bez przerwy dookoła. Armstrong przerzucał rzeczy z jednej strony pokładu na drugą, próbując w ten prowizoryczny sposób odzyskać kontrolę nad jednostką, ale metoda ta nie przyniosła większych efektów.  

W chwili, gdy oboje utracili już nadzieję na wydostanie się z pułapki z pomocą przybył im tankowiec pod włoską banderą. Okazało się, że ich wołanie o pomoc usłyszeli pracownicy straży przybrzeżnej, którzy skontaktowali się z załogą włoskiego tankowca znajdującego się nieopodal "uwięzionych". "Zostaliśmy uratowani ostatniego dnia, gdy zapasy żywności i napojów się kończyły." - opowiadała z ulgą Stuart Armstrong tuż po uratowaniu. W trakcie ich pobytu w rejonie Trójkąta Bermudzkiego panowały katastrofalne warunki pogodowe, które wzmagały atmosferę strachu. Stuart Armstrong i Andea Davison mogą jednak mówić o szczęściu, którego nie miało wielu innych. W tej niebezpiecznej strefie, której zasięg oddziaływania obejmuje obszar od Puerto Rico poprzez Bermudy po Miami, dochodziło do wypadków, które po dziś dzień pozostają niewyjaśnione. 

Próby wyjaśnienia Trójkąta Bermudzkiego

Wkrótce zaczęły się pojawiać kolejne publikacje, których autorzy skupiali się na zagadkowych zaginięciach w regionie. - przypomniał serwis Unexplainable. Vincent Gaddis w tekście dla magazynu "Argosy" zatytułowanym "Zabójczy Trójkąt Bermudzki" zwrócił uwagę na fakt, że wszystkie zniknięcia były związane z serią tajemniczych i trudnych do wyjaśnienia zdarzeń. Autorzy kolejnych książek poruszających temat tajemniczej strefy - "Trójkąt Bermudzki" Charlesa Berlitza (1974) czy "Diableski Trójkąt" Richarda Winera (1974) - również sformułowali tezę o nadnaturalnym charakterze zjawisk mających miejsce nieopodal Florydy. 

W roku 2009 głośno było o badaniach rosyjskich naukowców, którzy stwierdzili, że udało im się wyjaśnić zagadkę Trójkąta Bermudzkiego. Specjaliści z syberyjskiego oddziału Rosyjskiej Akademii Nauk, pracujący pod nadzorem prof. Anatolija Nesterowa stwierdzili, że kluczem do wyjaśnienia zagadki Diabelskiego Trójkąta miałaby być wysoka aktywność tektoniczna tego regionu. Kiedy dochodzi do przesunięć i pęknięć skorupy ziemskiej, spod dna morskiego wydobywają się pod wielkim ciśnieniem ogromne ilości gazu ziemnego. Natrafiający na taki wybuch statek czy samolot traci równowagę i tonie. Dzieje się tak w wyniku dużych zmian gęstości wody i wypełnionych metanem chmur, które powstają w efekcie uwolnienia gazów podpowierzchniowych. Jak wiadomo już od lat 80-tych XX wieku, gdy Amerykanie przeprowadzali liczne odwierty dna Atlantyku w rejonie Trójkąta, pod powierzchnią oceanu znajdują się wielkie pokłady gazu ziemnego.  

Liczba zaginionych bez śladu statkówi i łodzi, których zniknięcia odnotowywano w tym regionie już w XIX wieku oraz samolotów, idzie dziś w setki. Szacuje się też, że oceaniczne odmęty pochłonęły na tym obszarze ponad dwa tysiące istnień ludzkich. Większość pilotów i marynarzy na samo hasło "Trójkąt Bermudzki" oblewa się zimnym potem. kapitanowie wielu statków przesądnie omijają obszar Diabelskiego Trójkąta Bermudzkiego, podobnie wielu pilotów samolotowych. Nie jednak badaczy, którzy w sposób naukowo-racjonalny próbują wyjaśnić tajemnicę Trójkąta Bermudzkiego. Ich zdaniem za liczne wypadki w tej strefie należy obwiniać kiepskie warunki pogodowe, które są tam niemal codziennością oraz wady urządzeń nawigacyjnych. Gwałtowne sztormy i silne prądy zatokowe potrafią błyskawicznie znieść każdą jednostkę z kursu. 

Hipoteza metanowa 

Prawdopodobnym wyjaśnieniem tajemniczych zaginięć są sporadyczne erupcje metanu z podwodnych złóż w tych rejonach. Bąble metanu wydobywające się ze szczelin w dnie oceanu powiększają się w miarę wypływania na powierzchnię do ogromnych rozmiarów. Powstały z wody i pęcherzyków metanu płyn ma gęstość znacznie niższą, niż woda, przez co znajdujące się w nim statki tracą wyporność i toną. Hipoteza o wydobywających się na powierzchnię dużych ilościach metanu może wyjaśniać również katastrofy samolotów, jednak ich fizyczny mechanizm nie jest oczywisty. Po wypłynięciu na powierzchnię, metan nie tylko unosi się konwekcyjnie ku górze, ale również miesza się z powietrzem i jest unoszony przez wiatr. Na wysokości przelotowej samolotów, stężenie metanu może być zatem zbyt małe, by bezpośrednio oddziaływać na przelatujące samoloty. Przy dużym stężeniu metanu, jego mieszanka z powietrzem uległaby pod wpływem pracy silników zapłonowi i eksplozji, jednak minimalne stężenie metanu, przy którym byłoby to możliwe (tzw. dolna granica wybuchowości) wynosi 5%. Uzyskanie tak wysokiego stężenia na wysokości przelotowej samolotów jest jednak mało prawdopodobne. 

Niemniej, nawet obecność metanu w stężeniach nie przekraczających dolnej granicy wybuchowości, może powodować zakłócenia pracy silników lotniczych - zawarty w powietrzu metan powoduje bowiem nadmierne wzbogacenie mieszanki paliwowo-powietrznej i w konsekwencji niestabilną pracę lub awarię silników. Ponadto, nawet jeśli metan nie dotarłby do samego samolotu w ilościach zagrażających pracy silników, samo jego wydzielanie się i mieszanie z warstwami powietrza poniżej samolotu powoduje zmiany gęstości i w konsekwencji pionowe ruchy mas powietrza (lub powietrza wymieszanego z metanem) oraz turbulencje. Niespodziewający się ich pilot może wykonać manewr, który w konsekwencji doprowadzi do utraty sterowności i nagłego spadku wysokości samolotu opuszczającego strefę wznoszących się prądów powietrza. 

Zatonięcie w nasyconej gazem hydratu metanu wodzie jest tak błyskawiczne, że nie ma nawet czasu na nadanie sygnału S.O.S. Tym bardziej, że katastrofa nadchodzi zupełnie niespodziewanie. Jeśli ktoś zdąży wyskoczyć w kamizelce ratunkowej, nic mu to nie da. Też zatonie. Jeśli gazu będzie dosyć, zatoną nawet same kamizelki! Gdy w chwili katastrofy na dnie oceanu przesypują się góry hydratów i mułu, nic dziwnego, że nie można później znaleźć wraku-zostaje on pogrzebany pod zwałami osadów. 

Alternatywne wyjaśnienia i hipotezy DTB

Powstało bardzo wiele hipotez i przypuszczeń na temat fenomenu tej "ziemskiej czarnej dziury", jak również zwany jest Diabelski Trójkat. A to, że w tym rejonie zatopione zostały jakieś urządzenia, które zakłócają normalne funkcjonowanie przyrządów pokładowych, że występują jakieś nagłe anomalie atmosferyczne. Niektórzy twierdzą, iż żyją tam ogromne prehistoryczne potwory morskie. Jeszcze inni mówią o przybyszach pozaziemskich, którzy z jakichś powodów 'polują' na ludzi. 

Wśród wielu hipotez tłumaczących zagadkę tego rejonu, jedna głosiła, że Ziemię w przeszłości odwiedzali przybysze z innych planet. Trójkąt Bermudzki miał być pasem startowym i najdogodniejszym miejscem do lądowania dla kosmitów. Być może zwiadowcy z innej planety pozostawili w tym miejscu jakieś źródło energii wskazujące ich następcom podejście do lądowiska, a każdy obiekt, który ma nieszczęście znaleźć na drodze strumienia tej nieznanej energii kosmicznej zostaje zniszczony.

Ezoterycy, okultyści i ufolodzy sądzą, że w rejonie Trójkąta Bermudzkiego istnieją „dziury w niebie”, rodzaj korytarzy czy portali do innych światów – samolot czy statek może w nie wtargnąć, ale nie może się z nich wydobyć. A być może jest to nawet coś w rodzaju „szpary w przestrzeni”, czyli pułapki, przez którą zaginione statki i samoloty przedostają się do „czwartego wymiaru”. Niewykluczone, że pewnego dnia „szpara” odemknie się i uwolni statki wraz ze szkieletami załóg. Albo przeciwnie, marynarze powrócą żywi, nawet nie postarzali. Wszak czas może tam płynąć w tempie różnym od zwykłego – statki z załogami mogły zostać przeniesione w przyszłość lub w przeszłość, bądź zostać uwięzione w jednym ze światów równoległych.

Inne hipotezy głoszą istnienie wysokiej cywilizacji pogrążonej na dnie oceanu – zakłócenia w tym rejonie wywoływałyby wówczas podwodne generatory będące pozostałością po legendarnych mieszkańcach Atlantydy sprzed 10 tysięcy lat. Jeszcze inni badacze snują refleksje na temat obszaru o dziwnych właściwościach, na którym istnieje „pole osłabienia sił sprężystości”. Oddziaływują one nie tylko na samolot, jego kompas i radio, lecz także zakłócają pracę umysłu ludzkiego, powodując zawroty głowy i utratę orientacji przestrzennej. 

Różne hipotezy mówią o niezwykłych zaburzeniach atmosferycznych, wywołujących nagłe i niebezpieczne załamania pogody zaskakując tym samym załogi statków, którzy nie są w stanie zapobiec katastrofie. Mowa jest również o wielkich prądach i wirach morskich wciągających nawet najpotężniejsze machiny w głąb oceanu, bez pozostawiania jakichkolwiek śladów, a także o wielkich falach, takich jak tsunami wywołanymi tektonicznymi wstrząsami dna morskiego bądź wybuchami podwodnych wulkanów, które niespodziewanie w jednej sekundzie są w stanie przewrócić każdy statek. Inna teoria mówi o grotach próżniowych pod dnem morskim, które w jakiś sposób wciągają okręty w głąb siebie. Ich zniknięcia przypisywane były także odkrytym przez oceanografów fal infradźwiękowym o bardzo niskiej częstotliwości, które mogą doprowadzić nie tylko do śmierci człowieka, ale i także do rozpadu struktury metalu a w rezultacie do rozsypania się statków czy samolotów. 

Wedlu wielu hipotez są to po prostu przejścia w inny wymiar a wielu badaczy paranormalnych już trafiło nawet na kilka takich przejść. W Polsce też jest kilka takich mniejszych bram do innych światów, do wyższych lub niższych sfer istnienia. Znajdują się one w miejscach gdzie znikają osoby lub pojazdy. W uproszczeniu jest to tunel, który gdy zostaje otwierany słychać lekkie piszczenie tak jak rozrywanie folii i pojawia się ultrafiolet oraz zwykle zielonkawa mgła. W tym czasie zatrzymują się zegarki, a telefony komórkowe zaczynają dzwonić ale tylko jeden raz. Osobiście nie skorzystamy z podróży z której nie ma powrotu, jeśli istoty z drugiej strony takiej czasoprzestrzennej bramy nie pozwolą na to lub nie stanie się to wyniku niedopatrzenia z ich strony. Z ziemi mamy bramy zniknięć tak do swiatów niższych, bardziej piekielnych niż ziemia, jak i do światów wyższych znanych z mitologii jako wyższe czy lepsze ziemie. 

Najbardziej chyba popularną i pobudzająca wyobraźnie teoria dotycząca znikania statków czy samolotów wraz z ich załogami, jest wiara w UFO. A więc chodzi tu oczywiście o przybyszów z głębokiego kosmosu. Znany jest przypadek, gdy mechanik pewnego statku zszedł pod wodę, aby naprawić jakąś awarię. W pewnym momencie po wynurzeniu się na powierzchnię ujrzał wiszący nad podkładem wielki obiekt z połyskliwego metalu. Ze strachu postanowił przeczekać pod wodą dziesięć minut-w tym czasie na pokładzie panowała wielki harmider i panika. Gdy mechanik wrócił na pokład nie znalazł tam ani jednej żywej duszy. A więc jest to typowy przykład porwania załogi statku przez „latający talerz”. Niestety wiarygodność takich opisów jest niezwykle krucha. Niektóre wnioski z tej teorii zakładają porywanie ludzi jako „okazy” lub „próbki” naszej inteligencji. Inna, nawet może bardziej fantastyczna teoria usiłuje dowieść, że to nie jacyś przybysze z kosmosu, lecz człekokształtni mieszkańcy Ziemi, którzy schronili się tam po kataklizmach nawiedzających jej powierzchnię, odwiedzają nas, z coraz większym zaniepokojeniem obserwując zanieczyszczenia mórz i zatruwanie atmosfery, bądź siejąc wśród ludzi zamieszanie dla siebie tylko wiadomych celów. 

Nieodłącznym elementem historii o Trójkącie Bermudzkim stały się poszukiwania jego innych odpowiedników, z których najbardziej znanym jest Diabelskie Morze leżące u wybrzeży Japonii. Amerykańska Marynarka Wojenna oraz Kanadyjska Narodowa Rada Badawcza już w 1950 roku rozpoczęły badanie anomalii w regionie Wielkich Jezior. Ostatecznie zajął się nimi Wilbert B. Smith [który zajął się następnie takimi dziedzinami jak UFO czy antygrawitacja] oraz grupa naukowców z Kanadyjskiego Departamentu Transportu. Ich badania doprowadziły do odkrycia obszaru o „zredukowanym wiązaniu" w atmosferze w pobliżu wschodniego wybrzeża, która wiązać mogła się z charakterystycznymi zjawiskami grawitacyjnymi i magnetycznymi rozgrywającymi się wewnątrz tych kolumn „nietypowego" powietrza. Były to tunele mierzące około 300 metrów średnicy wznoszące się z powierzchni wody na duże wysokości na podobieństwo gigantycznych gejzerów. 

Według Sandersona „złe wiry" to miejsca występowania zjawisk anomalnych, w których dochodzi do zetknięcia się z sobą silnych prądów - gorących napływających z tropików oraz chłodniejszych ze strefy umiarkowanej. Tworzą się w ten sposób ekstremalne różnice temperatury, które mogą wpływać na ilość incydentów na morzu i w powietrzu. Sanderson wierzy, że samoloty i statki mogą w jakiś sposób dostawać się do środka wiru, w którym w wyniku serii naturalnych oddziaływań może dojść do różnego rodzaju zaburzeń magnetycznych oraz zakłócania pracy sprzętu elektronicznego, które to z kolei przyczyniają się do katastrof.

Kwestia tego, czy owe wiry magnetyczne odpowiedzialne są za straty samolotów i statków doprowadziły innego badacza zjawisk niezwykłych, biologa Ivana Sandersona do stworzenia teorii o tzw. „złych wirów" - 12 obszarów rozmieszczonych w równej odległości w różnych rejonach kuli ziemskiej, w których występują bardziej intensywne niż w innych miejscach anomalie magnetyczne oraz zaburzenia energetyczne, jak i niekiedy dziwne zjawiska natury fizycznej. Owe obszary w kształcie rombów, o których Sanderson mówi jako o „diabelskich cmentarzyskach" obejmują takie miejsca jak Trójkąt Bermudzki, wymienione wcześniej Diabelskie Morze a także: ruiny megalitycznych budowli w Algierii, Dolną dolinę Indusu na terenie Pakistanu, wulkan Hamakulia na Hawajach, basen Whartona na Oceanie Indyjskim, Wyspę Wielkanocną, Wielkie Zimbabwe, Wyspy Lojalności (Nowa Kaledonia), obszar Atlantyku w pobliżu Rio de Janeiro oraz Biegun Północny oraz Południowy. Na wschodzie w dawnych tekstach indyjskich i tybetańskich wspomina się o 12-tu ćakramach ziemi, które mają po około 1000 km średnicy każda i stanowią rodzaj bram do otaczających sfer pozaziemskiego istnienia. 

Niektóre wydarzenia łączone z istnieniem Trójkąta Bermudzkiego

Zestawienie na podstawie opracowania L. D. Kuschego

Data - Wydarzenie

sierpień 1840 - odnalezienie opuszczonego dużego francuskiego żaglowca "Rosalie"

kwiecień 1854 - zaginięcie statku "Bella"

grudzień 1872 - odnalezienie opuszczonego żaglowca "Mary Celeste"

zima 1880 - zaginięcie brytyjskiego żaglowca szkolno-treningowego"Atalanta"

1881 - napotkanie przez angielski statek "Ellen Austin" opuszczonego szkunera

1866 - zaginięcie szwedzkiego barku "Lotta"

1868 - zaginięcie hiszpańskiego frachtowca "Viego"

1884 - zaginięcie włoskiego szkunera "Miramon"

październik 1902 - odnalezienie opuszczonego niemieckiego barku "Freya"

listopad 1909 - zaginięcie jachtu "Spray" z Joshua Slocumem – pierwszym człowiekiem, który samotnie opłynął świat

marzec 1918 - zaginięcie wielkiego angielskiego węglowca "Cyclops" (wyporność 19600 ton) z trzystoma osobami na pokładzie

styczeń 1921 - odnalezienie pięciomasztowego, amerykańskiego szkunera "Carroll A. Deering" bez załogi

kwiecień 1925 - zaginięcie japońskiego parowca "Raifuku Maru"

grudzień 1925 - zaginięcie parowca "Cotopaxi" podczas rejsu z Charlestonu do Hawany

marzec 1926 - zaginięcie parowego frachtowca "Suduffco"

październik 1931 - zaginięcie norweskiego statku "Stavenger"

kwiecień 1932 - odnalezienie 50 mil na południe od Bermudów opuszczonego, dwumasztowego, szkunera rybackiego "John & Mary"

sierpień 1935 - odnalezienie opuszczonego przez załogę amerykańskiego jachtu "La Dahama"

luty 1940 - odnalezienie zniszczonego szkunera "Gloria Colita" bez załogi

listopad 1941 - zaginięcie amerykańskiego frachtowca "Proteus"

grudzień 1941 - zaginięcie amerykańskiego frachtowca "Nereus"

październik 1944 - odnalezienie opuszczonego przez załogę kubańskiego statku "Rubicon"

grudzień 1945 - zaginięcie pięciu amerykańskich samolotów torpedowo-bombowych Grumman TBF Avenger

grudzień 1946 - odnalezienie opuszczonego szkunera "City Belle"1947 - zaginięcie amerykańskiego bombowca typu "Superforteca"

30 stycznia 1948 - zaginięcie lecącego z Londynu do Hawany samolotu "Star Tiger" typu Avro Tudor IV

marzec 1948 - zaginięcie Alberta Snidera – znanego amerykańskiego dżokeja podczas wędkowania z niewielkiej łodzi w pobliżu Florydy

28 grudnia 1948 - zaginięcie samolotu DC-3 lecącego z San Juan (Puerto Rico) do Miami na Florydzie w odległości ok. 50 mil od celu podróży

17 stycznia 1949 - zaginięcie samolotu "Star Ariel" (typ: Avro Tudor IV) podczas lotu z Bermudów na Jamajkę

marzec 1950 lub 1951 - zaginięcie amerykańskiego samolotu transportowego C-124 "Globemaster" z 53 ludźmi na pokładzie

czerwiec 1950 - zaginięcie kostarykańskiego motorowca "Sandra" wraz z jedenastoosobową załogą

luty 1953 - zaginięcie brytyjskiego samolotu transportowego typu "York" z 39 osobami na północ od Trójkąta Bermudzkiego

październik 1954 - zaginięcie amerykańskiego wojskowego samolotu transportowego "Super Constellation" z 42 osobami

grudzień 1954 - zaginięcie przewożącego siarkę statku "Southern Districts"z 24 osobową załogą

wrzesień 1955 - odnalezienie w okolicach Bermudów, opuszczonego przez załogę, dwudziestodwumetrowego jachtu "Connemara IV"

9 listopada 1956 - zaginięcie patrolowego bombowca amerykańskiej marynarki wojennej typu "Martin Marlin P-5M" z dziesięcioosobową załogą

styczeń 1958 - zaginięcie jachtu "Revonoc" dowodzonego przez doświadczonego żeglarza i milionera Harveya Conovera

styczeń 1962 - zaginięcie amerykańskiej "latającej cysterny" typu KB-50 wraz z dziewięcioosobową załogą podczas lotu z bazy lotniczej Langey na Azory

luty 1963 - zaginięcie w okolicach Florydy amerykańskiego statku do przewozu płynnej siarki "Marine Sulphur Queen" wraz z liczącą 39 osób załogą

lipiec 1963 - zaginięcie na Morzu Karaibskim statku "Sno'Boy" z 55 pasażerami

28 sierpnia 1963 - katastrofa dwóch amerykańskich "latających cystern" KC-135 na południowy zachód od Bermudów

czerwiec 1965 - zaginięcie wojskowego samolotu C-119 "Boxcar" z dziesięcioma osobami na pokładzie w okolicy południowych Bahamów

styczeń 1967 - zaginięcie w przeciągu tygodnia trzech małych samolotów pasażerskich wraz z pilotami i łącznie ośmioma pasażerami.

grudzień 1967 - zaginięcie łodzi spacerowej "Witchcraft" z dwoma pasażerami, w odległości około 1 mili od Miami Beach

maj 1968 - zatonięcie amerykańskiego okrętu podwodnego z napędem atomowym USS Scorpion w odległości okołó 400 mil na południowy zachód od Azorów

lipiec 1969 - odnalezienie pięciu opuszczonych jachtów, w tym trimaranu "Teignmouth Electron", na którym Donald Crowhurst brał udział w regatach samotnych żeglarzy dookoła świata

listopad 1970 - zaginięcie awionetki typu Piper Comanche lecącej z lotniska West Palm Beach na Jamajkę.

październik 1971 - zaginięcie na Morzu Karaibskim dominikańskiego statku "El Caribe" z 30 osobami na pokładzie.  

Diabelskie miejsca tajemniczych zaginięć

Na świecie diabelskich trójkątów w których znikają ludzie czy pojazdy jest o wiele więcej. Dwa z nich znajdują się w Stanach Zjednoczonych, pierwszy odpowiada za tajemnicze zaginięcia, drugi oferuje szeroki wachlarz paranormalnych zjawisk. 

Trójkąt Bennington uznawany jest za jedno z okien prowadzących do innych wymiarów. Tereny te stały się znane, nie tylko wśród miłośników zjawisk paranormalnych, dzięki serii tajemniczych zniknięć, które miały miejsce w latach 1920-1950. Nazwa „trójkąt” padła po raz pierwszy z ust Josepha A. Citro, w trakcie programu radiowego w 1922 roku, jako określenie na teren w południowo-zachodnim Vermont - stan na północnym wschodzie USA, na północy graniczy z Kanadą, na południu ze stanem Massachusetts - gdzie zanotowano wyjątkowo tajemnicze zaginięcia osób. Większość z nich miała miejsce w rejonie gór Glastenbury i okalających je miasteczek (Bennington, Woodford, Shaftsbury, Somerset), które czasy industrialnej świetności mają już dawno za sobą i dziś są raczej miastami-duchami. Chociaż o zaginięciach mówi się dopiero od 1920 roku, legendy przekazują historie jakoby Indianie, żyjący kiedyś na tych terenach, uznali Glastenbury za miasto przeklęte, a w lokalnych lasach mieszkały ponoć bestie.

Potwierdzono i udokumentowano sześć przypadków tajemniczych zaginięć. Były to osoby w różnym wieku, od zaledwie 8-letniego Paula Jepsona, do 74-letniej Middie Rivers, co było jedną z przyczyn wykluczenia tezy o seryjnym mordercy. Zniknięcia tłumaczy się więc przybyciem UFO, przejściem przez drzwi do innego wymiaru lub krwiożerczością potwora z lasów. Ośmiolatek Paul zaginął w październiku 1950 roku. Jego matka, która zarabiała na życie pilnując bydła, twierdziła, że zostawiła na zewnątrz grzecznie bawiącego się syna, a sama udała się do zagrody ze świniami. Gdy chwilę później wróciła, Paula już nie było. Poszukiwania okazały się bezowocne. Middie Rivers spędziła w tych okolicach całe życie. Zniknęła w trakcie spaceru ze znajomymi. Wystarczyło, że oddaliła się o parę kroków.

Osiemnastolatka, Paula Welden zniknęła 1 grudnia 1946 roku, również podczas spaceru w górach Glastenbury. Widziała ją para, która szła chwilę za nią. Gdy w pewnym momencie stracili ją z oczu, już nie pojawiła się z powrotem na ścieżce. Dokładnie trzy lata później zaginął 68-letni Jim Tetford, były żołnierz. Jego przypadek jest nad wyraz ciekawy. Choć jechał on autobusem pełnym ludzi, nikt nie widział, aby wysiadał, po prostu zniknął, a 14 osób, które jechało z nim do Bennington nie potrafiło wyjaśnić jak to się stało, chociaż wszyscy zeznali, że widzieli go śpiącego na siedzeniu. Jednak gdy autobus dojechał do celu, Tetforda już nie było. Na siedzeniu został tylko rozkład jazdy, a w bagażniku jego rzeczy. Nikogo z opisanych wyżej, nie udało się nigdy odnaleźć. 

Trójkąt Bermudzki na Morzu Czarnym

Na Morzu Czarnym, niedaleko Wężowej Wyspy (należy do Ukrainy a jej oficjalna nazwa to Zmijnyj Ostriw), 45 km od Suliny znajduje się miejsce znane jako Trójkątem Bermudzkim Morza Czarnego. Mimo, że miejsce to jest znane od Średniowiecza niewielu ludzi słyszało o trójkącie nazywanym „Wędrującą Śmiercią”. Po raz pierwszy wspominali o nim Turcy, którzy dotarli do dziwnego i strasznego miejsca i nadali mu nazwę „Odmętu Śmierci”. Wiele podobnych historii powtarza się od tamtych czasów o statkach, żeglujących po spokojnym morzu, które nagle znikały porwane przez tajemniczą siłę. Historie o „Białym Odmęcie” można także znaleźć w kronikach ruskich z XIII i XIV wieku. Miał on porywać nie tylko całe stada ptaków, czy statki, ale nawet małe wyspy! Opowieści te snuli naoczni świadkowie, którzy cudem uniknęli śmierci w tych śmiercionośnych odmętach. 

Współcześnie prowadzi się szczegółowe badania regionu, aby znaleźć wyjaśnienie tej zagadki. Naukowcy doszli do wniosku, że mamy tu do czynienia z niewielkim trójkątem na powierzchni morza, którego boki nie przekraczają 10 km długości. Na obszarze tym występuje silne i nietypowe pole magnetyczne – zupełnie inne od tego jakie panuje poza trójkątem. Ten uskok magnetyczny nie działa cały czas, a otwiera się na okres od kilku sekund do dwóch minut. Ta magnetyczna anomalia nie jest stała dla jednego miejsca, bo przesuwa się powoli ku rumuńskim brzegom Morza Czarnego wprost w stronę miejscowości Sulina.

Większość ostatnich informacji na temat ofiar tajemniczych zniknięć w tym rejonie pojawiła się zupełnie niedawno, bo po upadku Związku Radzieckiego. W ZSRR trzymano tego typu wydarzenia w ścisłej tajemnicy. Z ujawnionych dokumentów wynika na przykład, że 31 maja 1944 roku radziecki okręt wojenny Konstanty Ciołkowski, żeglujący w odległości około 70 km od Krymu zniknął nagle w samym środku dnia! Pogoda była doskonała, a okrętowi towarzyszyły inne radzieckie jednostki. Jeden ze świadków tego wydarzenia opisał, że pechowy okręt otoczyła nagle czarna mgła pełna zielonkawych błyskawic, po czym okręt po prostu wyparował, zniknął.

W dniu 5 grudnia 1945 roku pięć amerykańskich bombowców Avenger podczas lotu treningowego nad Trójkątem Bermudzkim zniknęło z ekranów radarów i nikt nigdy nie zobaczył ich więcej. Tego samego jednak dnia nad Morzem czarnym 70 km od Krymu w identyczny sposób zniknęło 6 bombowców radzieckich. Próba odnalezienia samolotów lub choćby ustalenia tego co się wydarzyło, skończyła się na niczym. Ostatni meldunek od dowódcy eskadry mówił o tym, że formacja wlatuje w obszar gęstej mgły. Identyczny meldunek przekazali Amerykanie i po nich słuch również zaginął. W 1990 jeszcze jeden podobny wypadek miał miejsce nad Morzem Czarnym, kiedy to grecka awionetka zniknęła na zawsze jakieś 40 km od rumuńskiego wybrzeża.

Rumuńscy i bułgarscy rybacy dokładnie znają położenie tego niebezpiecznego regionu i nazywają go „Przeklętymi Wodami”. Greckie władze zażądały nawet od Rumunii, aby oznaczono ten teren w taki sposób, by w przyszłości można było uniknąć podobnego losu jaki spotkał grecki samolot sportowy. Jednak oznaczenie tego miejsca nie jest łatwe ze względu na jego naturę. Nie dość, że obszar ten jest niewielki i powoli zmienia swoje położenie, to aktywność magnetyczna pojawia się tam nieregularnie – mniej więcej co dwa dni. Na dodatek od lat wszyscy żeglarze i lotnicy unikają tego miejsca i nie notuje się nowych przypadków zaginięć. Grek najwyraźniej nie znał lokalnych obyczajów i miał pecha, gdy pojawił się w złym miejscu, i w złym czasie. Rosjanie wysnuli nawet hipotezę naukową, że jest to portal, brama do równoległego świata, która otwiera się od czasu do czasu. 

Jednym z najbardziej spektakularnych wydarzeń w tym rejonie, było zniknięcie 80 robotników pracujących na rosyjskiej platformie wiertniczej, poszukującej ropy naftowej. Platforma była połączona ze stałym lądem kablem, przez który drogą radiową przesyłano każdego dnia meldunki na temat postępów w poszukiwaniu ropy. Któregoś jednak dnia platforma nie tylko zamilkła, ale także zniknęła! Kilka godzin później odnaleziono ją 50 km do miejsca gdzie była zakotwiczona. Na jej pokładzie nie było jednak żywej duszy. Policja badająca ten przypadek ustaliła, że 80 ludzi załogi opuszczało wieżę wiertniczą w niezwykłym pośpiechu, zostawiając za sobą nie tylko wszystkie prywatne przedmioty, ale nawet nietknięty obiad na stole w mesie. Nigdy nie ustalono co stało się z tymi ludźmi. Wypadek miał miejsce w 1991 roku. Obecnie rejon uskoku magnetycznego jest badany przez Ukraińców, bo znajduje się on na ich wodach terytorialnych. Jednak uskok powoli przesuwa się w stronę Rumunii i to rumuńscy naukowcy będą w przyszłości próbować wyjaśnić tajemnicę Diabelskiego Trójkąta Morza Czarnego. 

Diabelski Trójkąt Bermudzki w Karpaczu 

Tajemnicę "Trójkąta Bermudzkiego Karpacza" próbowano wyjaśnić od wielu lat, ale nikomu się to nie udało. Wieści o dziwnym zachowaniu się samochodów na pewnym odcinku ul. Strażackiej fascynowały reporterów, dziennikarzy, mieszkańców i wielu turystów od bardzo dawna. Przyjeżdżają tam wycieczki, aby obserwować jak autokar, który je przywiózł, po wyłączeniu silnika wraca tyłem do góry! Wokół dziwnego odcinka szosy krąży wiele przypuszczeń, a najbardziej potwierdza się możliwość istnienia tu jakiś sił przyrody dotąd niezbadanych. Chociaż szosa jest prawidłowo pochylona od mostu na potoku Łomniczka w kierunku DW "Orlen" aż o 2,5m i samochody zachowują się normalnie, cóż z tego kiedy oko mówi inaczej! Faktem jest, że samochód cofa się bez widocznej przyczyny jako, że szosa na oko opada akurat w przeciwną stronę. A więc fenomen natury? Czyżby była to zagadka tak dobrze zbadanego świata? 

Redakcja i opracowanie na podstawie wykładów:

Swami Lalitamohan Babaji

w Klubach Psychotronicznych (Bydgoszcz, Piła, Toruń, Włocławek, Wrocław, Zawiercie).