Himavanti

Bo Yin Ra - Sens Życia

WEZWANIE

Zmęczyłeś się długim szukaniem. Już tedy samo szukanie cię nuży!
Skoro to, czegoś szukał, nigdzie nie dało się znaleźć, chcesz odtąd zaniechać wszelkiego szukania!
Niegdyś odnaleźć pragnąłeś Krainę Żywych i Świątynię Wieczności!
Ale dokądkolwiek kierowałeś swe kroki, wszędzie królowała – Śmierć, a każda świątynia kryła w swym najtajniejszym wnętrzu jedynie pozbawiony wszelkiej mocy wizerunek bożka...
Zaprawdę, przyjacielu, musiałeś się znużyć takim szukaniem, jak znużyło się nim tylu innych, którzy jak ty wyruszyli w swoim czasie pełni nadziei i otuchy!
Nie ma cię tedy spotkać żadna nagana, ani ucha twego urazić ostre słowo, nie twoja to bowiem wina, żeś w dalekich wędrówkach swoich nie odnalazł tego, czego żeś szukał z tak gorącym upragnieniem!
Wskazywali ci bowiem drogi, którymi nigdy sami nie chadzali!

Obiecali ci to, czego sami nigdy nie znaleźli!
Kierowali cię na ścieżki, których sami dawno musieli poniechać!
Jakże by mogło stać się twym udziałem spełnienie tam, gdzie inni doznawali samych zawodów, aż zmęczeni zwracali swe kroki wstecz, o ile w ogóle kiedykolwiek sami wkraczali na wskazane ci drogi!?
Jakżeż byś mógł na takich drogach osiągnąć swój cel upragniony!?
A jednak nie miej za złe tym, którzy cię na manowce kierowali, albowiem sami oni nie byli lepiej od ciebie uświadomieni, gdyż nie znali drogi właściwej!
Jeśli mówili ci: „Tam powinieneś się zwrócić ty, który szukasz!” – albo: — „0to właściwa twa droga ty, który zdążasz!” – to większość z nich mniemała, iż dawała ci dobre rady...

A nawet, gdy wskazywali ci drogę, którą sami z uczuciem zawodu porzucili, to jednak mogli wierzyć, że tobie może się uda to, na czym się ongi ich własne siły załamały...
Gdyby cię wszakże naprawdę oszukał jakiś żądny władzy fantasta, albo po prostu łotr, który doskonale wiedział, że błędną wskazuje ci drogę - to podziękuj niebiosom, iżeś się z tej matni wywikłał. Ale i wówczas nie bierz na siebie roli sędziego, albowiem tego, na kogo chciałbyś wydać wyrok, dawno osądziły własne jego uczynki!

Nie użalaj się też na swój los, że ci dotąd nie pozwolił znaleźć drogi i nie złorzecz samemu sobie, że oto zmęczony i zniechęcony stoisz znów na tym samym miejscu, z którego niegdyś wyruszyłeś pełen radosnej nadziei!
Cóż ci pomogą skargi i złorzeczenia?!
Skoro dochodzą ciebie te słowa, nie masz doprawdy już żadnego powodu przeklinać twoje dotychczasowe błądzenie!
Wiedz: od tego dnia począwszy błogosławiona będzie twa droga i nikt cię już nie ujrzy na drogach błędu!

Oto przemawia tu do ciebie człowiek, który rzeczywiście zna drogę do prawdy!
Przemawia do ciebie człowiek, który istotnie może i chce ci tę drogę wskazać, abyś wreszcie mógł osiągnąć swój cel upragniony!
Pójdź za mną, a za każdym krokiem czuć będziesz, jak wzmaga się w tobie siła wytrwania w dążeniu do celu!
Nie ja ciebie szukałem i nie mnie masz zawdzięczać, iżeś mnie znalazł!
Twoje własne szukanie, tak długo błądzące po manowcach, wyzwoliło się wreszcie z omamień właśnie wtedy, gdyś znużony miał go poniechać...
I oto wyzwolone ma ci ono dziś wreszcie odsłonić, co było dotąd przed tobą ukryte...

Jedynie twoja wola szukania musiała mnie znaleźć!
Nie na daremne więc było twoje błądzenie po manowcach!
Nie na próżno żeś szedł za wskazówkami, które nie mogły cię doprowadzić do celu!
Gdziekolwiek szukałeś, zawsze twe szukanie tworzyło przyrost twojej siły szukania, jak wzmacniać się musi napięcie elektryczne przy przejściu przez zwój drutów. A dziś, gdy już osądził, że wszelkie twe szukanie warte jest jeno przekleństwa, dane ci będzie osiągnąć wreszcie to, czegoś się nie śmiał nawet spodziewać!
Tam, gdzie my wszyscy synowie tej ziemi, świadomie czy nie świadomie, tkwimy zakorzenieni we wspólnym życiu Ducha, tam, dostrzeżono twoją niedolę i umiano ją odwrócić...

Mnie więc ci zesłano, a tyś mnie odnalazł, ponieważ ja mogę ci istotnie pomóc, a takiej pomocy nikt inny nie byłby w możności ci udzielić za twego życia ziemskiego...
Że tak jest, nie ode mnie zależy – toteż nie mogę zmienić tego, czegom sam nie sprawił, a i ty byś na próżno chciał zakłócić ustalony rzeczy porządek: daremnie byś wyglądał pomocy skądinąd...
Mnie przyzywałeś nie znając mnie!
Słowa moje dochodzą do ciebie, chociaż nic nie wiem o istnieniu twoim!
I ty wiedzieć jeszcze nie możesz, kto przemawia do ciebie tymi słowami, toteż zaprawdę nie mam ci za złe, jeżeli na skutek licznych zawodów, rozgoryczony okrutnym doświadczeniem, wahasz się jeszcze lękliwie, czy masz podążać za moim głosem!
Podobny jesteś człowiekowi zbłąkanemu, który gdzieś w mroku nocy słyszy głos przewodnika i zrazu trwożnie mu nie dowierza, pełen lęku i nieufności, pomny, iż w tej samej okolicy zaszedł niejeden wypadek rozboju i morderstwa...
I ja bym na twoim miejscu na pewno również się wahał!

Wiedz jednak: nie spodziewam się po tobie niczego innego, jeno żebyś stale trzymając się swej drogi szedł za światłem pochodni, którą zapalam przed tobą!
Niosę ją przed tobą, abyś sam z łatwością mógł widzieć, dokąd cię prowadzę.
Skąd ja znam właściwą drogę i czemu tylko ja właśnie mogę ją dziś wskazać, o to na razie możesz się nie troszczyć!
Zadowól się chwilowo tym, że dowiesz się niebawem, w jaki sposób toruję ci drogę wyjścia z zamętu!
Ilekroć cię przedtem oszukano – tym razem zaprawdę nie będziesz oszukany!
Już po pierwszych krokach spostrzeżesz, że na mojej drodze nie spotkasz się nigdy z oszustwem!
Sądziłeś dotychczas, iż miałbyś prawo wyśmiać każdego, kto by twierdził, że może istnieć człowiek świadomy drogi do prawdy i skłonny poprowadzić cię tą drogą...

Dziś wszakże spotkałeś takiego człowieka!
Rozstrzygaj sam, czy chcesz mi być powolny!
Rozstrzygaj sam, gdyż tylko od ciebie samego zależy, czy ci się opłaci trud osiągnięcia wreszcie wysokiego celu twej tęsknoty, do którego tak długo zdążałeś!

GRZECH OJCÓW

Zaprawdę: jesteś sam dla siebie zagadką, której jeszcze rozwiązać nie zdołasz!
Wprawdzie od najwcześniejszej młodości pouczano cię, w jaki sposób niegdyś inni ludzie rozwiązywali zagadkę, którą w sobie samych znajdowali, ale oto — nadszedł dla ciebie dzień, kiedy każda odpowiedź innych wywoływała w tobie jeno nowe pytania...
Chciałeś osiągnąć w sobie samym spokój i coraz bardziej zdawałeś sobie sprawę, że pod tym względem niewiele ci pomóc mogło to, co niegdyś zaspokajało twoich poprzedników...
A więc - zmęczony i zrezygnowany — przestałeś szukać rozwiązania zagadki swego życia...
I oto doszedłeś do rzekomego przeświadczenia, że tu na tej ziemi nigdy nie znajdziesz odpowiedzi na swoje pytania - takiej odpowiedzi, która by ci zapewniła spokój...
A jednak, przyjacielu, zaprawdę taką odpowiedź znajdziesz!
Chętnie ci wskażę, jak możesz samego siebie odgadnąć!
Aby jednak to osiągnąć, musisz przede wszystkim zrozumieć, iż właściwą odpowiedź możesz otrzymać tylko na należycie zadane pytanie.
Toteż ci liczni, którzy narzekają, że nigdy nie uzyskali oczekiwanej odpowiedzi, powinni raczej żałować, że nigdy nie umieli jak należy zadawać pytania.
Jesteś rozgoryczony, boś i ty nie otrzymał dotychczas upragnionej odpowiedzi — a jednak nie przyszło ci nigdy na myśl wybadać samego siebie, czyś aby umiał należycie pytać!
Wciąż wprawdzie musiałeś się przekonywać z goryczą, że żadna odpowiedź innych ludzi nie mogła tobie dać
spokoju, a przecież - przejmowałeś beztrosko od nich błędny sposób zadawania pytań...
Jakżeś się mógł spodziewać, że na tak zadawane pytania otrzymasz kiedykolwiek właściwą odpowiedź?!
Jakżeś się mógł łudzić, że pytając na wzór innych znajdziesz w sobie pomimo wszystko odpowiedź odmienną od tej, którą oni uzyskali, a która ciebie zadowolić nie zdołała?!
Zważ przyjacielu mój - to grzech ojców twoich każe ci dziś cierpieć, i tylko ty możesz się stać odkupicielem winy ojców swoich - tylko ty możesz teraz ich grzech zgładzić!
Co ongi wystarczało praojcom twoim do osiągnięcia dla siebie zadowolenia, to właśnie dziś pozbawia ciebie twego spokoju!
Twoi przodkowie byli też niegdyś dla siebie zagadką, i szukali jej rozwiązania dla siebie - takiego rozwiązania, które by miało ciebie wiązać...
To, co niegdyś oni dla siebie znaleźli, stało się twoim dziedzictwem, a zarazem bodźcem do zadawania nowych pytań.
Ale odziedziczyłeś po nich zarazem i sposób zadawania pytań, który nie mógł ci nigdy przynieść odpowiedzi, rozpraszającej wszelkie twoje wątpliwości jak światło słoneczne rozprasza mgły poranne...
Jeżeli nie chcesz na zawsze pozostać dla siebie zagadką, musisz się zrzec dziedzictwa, które może się tylko stać dla ciebie zgubne!
Będziesz więc musiał stworzyć sobie nowy sposób zadawania pytań, a odpowiedzi twych ojców nie powinny stać się dla ciebie bodźcem do zadawania pytań tak, jak to oni niegdyś czynili!
Nie wcześniej osiągniesz swój spokój wewnętrzny, aż się nauczysz pytać na swój własny sposób!
Nie będziesz zatem odtąd pytać o „Boga twych ojców”, lecz o swego, w tobie żyjącego Boga!
I nie pytaj już o „wartość życia”, lecz o tę wartość, jaką możesz nadać własnemu życiu!
Nie pytaj już o „sens bytowania doczesnego”, lecz o to, jak twoje tu życie mogłoby nabrać sensu dzięki tobie samemu!?
Nie pytaj: „Co to jest człowiek!” – lecz zastanów się, czy sam jesteś tym, czym możesz być?!
Nie pytaj: „Czy istnieje dusza?” – lecz pytaj siebie, co w tobie samym jest „duszą” i jak mógłbyś ją sobie uświadomić?
Nie pytaj już: „Czy jest życie pośmiertne?” – lecz pytaj siebie, co masz uczynić w życiu doczesnym, aby osiągnąć dalszy świadomy żywot w wieczności!?
Nie pytaj już: „Co to jest prawda?” – lecz pytaj, czy ty sam jesteś tak prawy, iż nie ścierpisz w sobie nic, co by ci twoją prawdę mogło zmącić!?
Jeśli w ten sposób ujmiesz swoje pytania, otrzymasz niewątpliwie na każde z nich odpowiedź, zapewniającą ci tak gorąco upragniony spokój wewnętrzny.
Pytano już o bardzo wiele rzeczy, czego doprawdy nie potrzeba wiedzieć...
Toteż ludzie sami sobie wynajdywali odpowiedzi, które pozornie tylko były „odpowiedziami”, a każda taka domniemana odpowiedź musiała z kolei wywołać nowe pytania, choćby dopiero w następnych pokoleniach...
Jeśli tedy chcesz nadal w ten sam sposób pytać, to nie tylko znajdziesz się sam w obliczu wciąż nowych pytań, lecz i potomności przekażesz niejedno pytanie, dotyczące właśnie tego, na co mniemałeś, że dajesz odpowiedź!
Bacz, przeto, aby każde pytanie, które cię dręczy, zostało właściwie zadane, tak, iżbyś musiał uzyskać swoją, ciebie zadowalającą odpowiedź!
Nikt inny nie będzie mógł dać nigdy ci twojej odpowiedzi!
Osiągnąć ją możesz tylko w drodze przeżycia, a przeżyć ją możesz jedynie w sobie samym!
Wszystko, co się pospolicie zwie „odpowiedzią” na pytanie ostateczne – nawet gdyby to były słowa człowieka, którego potomność czci jako „Boga” – wywołuje stale z pokolenia w pokolenie wciąż nowe pytania.
Taka „odpowiedź” może się stać dla ciebie w najlepszym razie jedynie bodźcem do znalezienia w sobie sposobu zadawania pytań, który naprawdę da ci odpowiedź w przeżyciu!
Praojcowie jednak mniemali – a mniemali tak w ciągu wieków zaprawdę nader często – że pochodząca z zewnątrz odpowiedź, która im samym dała zaspokojenie, ma być odtąd i nadal ostateczną niezbitą odpowiedzią, tak, że tylko głupcy lub zuchwalcy mogą się za inną oglądać...
Sądzili może w dobrej wierze, że w ten sposób pozostawią potomkom spuściznę dającą błogosławieństwo...
Ty wszakże, przyjacielu, przekonałeś się na samym sobie, jak okrutne przekleństwo ciąży na takiej spuściźnie!
Od ciebie teraz zależy unicestwienie zupełne tego przekleństwa!
Ale dopiero wówczas będziesz mógł tego dokonać, gdy przestaniesz bezkrytycznie przekazywać dalej to, co było dla ojców twoich rozwiązaniem ich własnej wewnętrznej zagadki, ani też nie będziesz żądał od tych, którzy liczą się z twoimi słowami, by za swoją uznali odpowiedź, która tobie przypadła w udziale!
Gdy w sobie samym znajdujesz odpowiedź, darzącą cię spokojem, posługuj się nią jedynie dla dopomożenia innym, aby i oni we właściwy sposób zadawali sobie pytania!
Zadawaj sobie zawsze we właściwy sposób pytania, na które musi nastąpić odpowiedź dla ciebie samego istotnie niezbita - lecz nie sądź, że innym dość jest przyjąć twoją odpowiedź, by się ona odtąd stała dla nich własną odpowiedzią!
Każdy z żyjących dziś z tobą na ziemi oraz każdy, który po tobie kiedyś przyjdzie, będzie się musiał nauczyć właściwego dla siebie zadawania pytań, i tylko z własnego ich przeżycia wyłoni się dla każdego jego własna odpowiedź na pytania ostateczne, dotyczące istnienia na ziemi!
Kto wszakże rozwiązał już zagadkę, jaką był dawniej dla siebie samego, niech się stara innych ostrzec przed błędnym mniemaniem, jakoby jakikolwiek człowiek tej ziemi mógł kiedykolwiek rozwiązać zagadkę życia innego człowieka!
I niech jedynie weźmie w obronę Szukających, gdy grozi im niebezpieczeństwo popełnienia błędu, wynikającego z przekazanej przez ojców spuścizny!

NAJWYŻSZE DOBRO

Będzie tu oczywiście mowa jedynie o twoim „najwyższym dobru”, gdyż tylko to, co jest w twoim posiadaniu - co do ciebie wyłącznie należy i przez nikogo innego, kimkolwiek by był, nigdy nie może ci być odjęte - to jest dla ciebie istotnie najwyższym dobrem!
Ty sam jesteś tym najwyższym dobrem w owej najtajniejszej głębi twej duszy, głębi dla nikogo innego zgoła niedostępnej, a która tobie nawet objawia się jedynie w przeżyciu, nigdy jej bowiem myśl twa nie ogarnie!
Odczuwasz sam siebie jako „Ja” - lecz może nie zdajesz sobie jeszcze sprawy, że wszystko, co odczuwasz dotąd w sobie jako „Ja”, jest zaledwie słabym odblaskiem tego, co wypromieniowuje z siebie twoja właściwa istność, odblaskiem wszakże mocno przyćmionym i przysłoniętym przez mgławicę, jaką pozostawia każde nawet najjaśniejsze myślenie twoje...
W rzadkich tylko i podniosłych chwilach ta prawdziwa istność przebija się przez zalegającą w tobie pomrokę, by dotrzeć do świadomości mózgu, który ją z przerażeniem pochwytuje i odczuwa jako coś najzupełniej obcego!
Naprawdę jednak twą najbardziej niezaprzeczalną własnością jest tylko ta prawdziwa istność, którą w takich wyjątkowych chwilach nagle odczuwasz, a którą bierzesz za jakąś obcą, wyższą moc!
Wszystko, co poza tym jeszcze uważasz za swoją własność może ci być każdego czasu odjęte - należy bowiem do ciebie jedynie na przeciąg dni życia ziemskiego!
Tylko ta prawdziwa istność przed wiekami w Duchu przez Ducha spłodzona, będzie ci zachowana na wieczność całą, skoro ją twoja świadomość raz ogarnie.
Z tych słów już pojmiesz, że tylko jedyne poczytać można za „najwyższe” dobro - chociażby twój ziemski rozum pragnął może wymyślić wiele innych rzeczy, które chciałby cenić jako najwyższe dobro.
Jeszcze jednak nie umiesz korzystać ze swego najwyższego dobra!
Jesteś jak ów bogacz, którego przez jakiś ciemny, szalony kaprys wychowano w zupełnym niedostatku, aby nic nie wiedział o posiadanych bogactwach, a który oto, nie domyślając się niczego, żebrze kawałka chleba na ziemi, której sam jest panem...
Życie twe będzie zaiste „bez sensu” o ile mu sam „sensu” nie nadasz - że daje ci poznać twe najwyższe dobro przez przeciwstawienie go posiadaniu dobra urojonego w urojonym świecie!
Trzeba jednak, abyś chciał się nauczyć poznawania tego, co życie twoje ma ci wyjawić!
Nie wolno ci dać się opanować swemu urojonemu posiadaniu dobra do tego stopnia, iżby zanikło w tobie wszelkie pragnienie, które by mogło zbudzić w tobie siły niezbędne do rozwiania gęstej mgły, wytworzonej przez twój ziemski mętny sposób myślenia, abyś wreszcie pochwycił w sobie to, co na zawsze musi pozostać twoim, skoroś raz dowiódł swego prawa posiadania!

Tylko, że jeszcze „ognisko” twojej świadomości jest przesunięte na zewnątrz ciebie!
Postaraj się przyjacielu, cofnąć je na to samo miejsce, gdzie się ono znajdowało przed wiekami, a gdzie odtąd pozostanie wiecznie w twojej własności!

W przeciwnym razie z chwilą gdy przyjdzie ci kiedyś opuścić ziemski padół – jakkolwiek byś się mocno czepiał swego urojonego dobra – „ognisko” twej świadomości znalazłoby się w wiecznej pustce i dopiero po pełnym męki przeżyciu niezmierzonych okresów czasu mógłbyś je wreszcie znów odnaleźć w samym sobie.
Daleko ci łatwiej, niżbyś przypuszczał, jeszcze tu na ziemi dotrzeć z powrotem do twej najwewnętrzniejszej istności i odczuwać siebie w tym, co zawsze jest twoją własnością!
Nie jest to jednak jeszcze „połączenie się z Bogiem” – nie wcześniej jednak będziesz mógł przeżywać w Bogu siebie połączonego z boskością, aż osiągniesz w swej prawdziwej istności świadomość samego siebie!
A więc – w ową najwewnętrzniejszą głębię twej istności winno się skierować całe twoje samopoczucie, jeśli życie twoje ma dzięki tobie uzyskać „sens”!
Osiągniesz to, do czego dążysz, gdy – pomimo radowania się światem zewnętrznym – zdołasz stale podtrzymywać w sobie poczucie, że żyje w tobie jeszcze coś innego, wyższego ponad wszystko, co by mogło cię spotkać w świecie zewnętrznym, i że tym „innym” jesteś ty sam!
Jesteś tylko czymś „innym” w stosunku do świata zewnętrznego oraz „czymś innym” niż to, za co – uwikłany w ten świat zewnętrzny – zazwyczaj sam siebie uważasz!
Jak dziś jeszcze, gdy mówisz „Ja”, treść tego odczuwania jaźni sprowadza się jedynie do części twej osoby podlegającej zniszczeniu, tak – po odnalezieniu w „ognisku” samopoczucia swej najwewnętrzniejszej istności – będziesz również umiał powiedzieć „Ja”, ale treść tego, tak nowego dla ciebie „Ja”, składać się będzie z niezniszczalnej części twojej istoty, o którą zaledwie się otarło to, co nadal pozostaje na ziemi jako podlegające zniszczeniu!
Nie inaczej też mów: „Ja” człowiek istotnie z Bogiem połączony, tylko, że w nim treść tego „Ja” prześwietlona jest promieniem światłości Bożej, w którym rozżarza się część wiekuista człowieka, podobnie jak szlachetny kamień skrzy się w świetle słońca ziemskiego...

Nie daj się wprowadzić w błąd przez opowiadania ludzi, którym się w stanie ekstazy wydawało, że byli zjednoczeni z Bogiem, gdyż nie mogli oni, działając w ten sposób w jaki działali, pojąć swej najtajniejszej istności i dlatego odczuwali ją jako coś znajdującego się poza nimi!

W „ekstazie” oglądali siebie samych jako coś odrębnego, a to coś obcego im, wydawało się ich odczuwaniu tak wzniosłe, że nie umieli sobie tego inaczej wytłumaczyć, jak tylko wiarą, że zstąpiło w nich samo bóstwo.
Z tego rodzaju obłędnymi wierzeniami spotkać się można we wszystkich epokach i u wszystkich ludów!
Liczniej niż sasanki na mokrych łąkach zdarzają się i dziś jeszcze wśród pewnych kół wierzących tacy pozornie przebywający „w stanie łaski”, ale tylko bardzo nieliczni z nich znajdują przygodnie swoich kronikarzy!

Tobą niechaj kieruje niezbita pewność, że wszystkie doświadczenia duchowe, naprawdę oparte na wiekuistej rzeczywistości, przeżywać można jedynie w czystym doświadczeniu swojego „Ja”!

Chciałbym tu ostrzec ciebie przed każdym niewidzialnym „Ty”, które chce dać ci się poznać jako twój duchowy „doradca”, albo wręcz jako „głos Boga”!
We wszystkich takich wypadkach możesz bezwzględnie być pewny, że w ten sposób nie przybywa do ciebie nigdy wieść z królestwa czystego Ducha!
Nie chcę, żebyś się lękał wszystkiego, co niewidzialne, jest wszakże moim obowiązkiem ostrzec cię przed tym, co zgubne, a jeśli chcesz się o tych rzeczach czegoś więcej dowiedzieć, znajdziesz w moich pismach niejedno słowo, które ci bliżej wyjaśni sprawy z lekka zaledwie tu zaznaczone.
Niech ci na razie wystarczy, gdy ci powiem, że wszystko co pochodzi od „Ducha bożego, może do ciebie przeniknąć tylko przez najwewnętrzniejszą twą istność i stanie ci się dostępne jedynie przez twoje prawdziwe „Ja” w wieczystym bycie twoim!
Wówczas odczujesz i powiesz: „Ja wiem, ale teraz wiem naprawdę inaczej, niż kiedykolwiek przedtem sam z siebie wiedziałem!”
Coś w tobie „mówi” - ale to „coś” będzie zawsze przemawiało do ciebie z głębi twej prawdziwej istności, a twoje rzeczywiste „Ja” będzie przekazywało ci to, co samo otrzymuje z Ducha wieczności...
W ten tylko sposób może ci być udzielone z Ducha zrozumienie, którego ci potrzeba, jeśli się chcesz nauczyć odróżniać z zupełną pewnością rzeczy Ducha od obrazów twej fantazji, lubującej się w ich tworzeniu...
Nie inaczej też dzieje się z tym, kto naprawdę widzi oczyma duszy, gdy prawdziwa duchowość zagęszcza się przed nim w zjawisko widzialne!
A jego patrzenie ma stale charakter czynny!
Nie narzucają mu się obrazy, jeśli istotnie pochodzą z czystego Ducha...
I jeżeli jeszcze nie ma w sobie mocy określania tego, co pragnąłby ujrzeć, ale potrafi widzieć w Duchu, to wie jednak, że obrazy duchowe może dowolnie bądź przyjąć, bądź – jeśli mu nie są potrzebne – sprawić, iż znikną!

Nigdy uchwytny kształt pochodzący z istotnego czystego Ducha nie „nęka” człowieka – nigdy nie ukaże się mu, gdy ten nie chce tego i ma uwagę skierowaną na inne sprawy!

Kto podczas patrzenia odczuwa przymus, może być zupełnie pewny, że to, co widzi, na pewno nie pochodzi z królestwa istotnego czystego Ducha, choćby się nawet zdawało, że mogło to spłynąć z najwyższych sfer Światła!
Pod tym względem do dziś jeszcze świat pogrążony jest w brzemiennym w skutki błędzie. Błąd ten jak lepki błoto pokrywa niemal każde świadectwo prawdy, pochodzące z zamierzchłych czasów.
Kiedyś w przyszłości ludzie na nowo odkryją, ze ludy starożytne nie były całkiem w błędzie mówiąc o „opętaniu”, a niejedną naukę pokutującą po dziś dzień w wielu głowach, będzie należało uznać za objaw takiego „opętania”!
Jeśli chcesz, o Szukający, odnaleźć w sobie swoje najwyższe dobro, winieneś zawsze pamiętać, że możesz je posiąść tylko w swobodzie własnej decyzji!
Możesz go szukać i w końcu znaleźć w sobie, ale masz również swobodę nieliczenia się z nim!
Jeśli jednak postanowiłeś szukać go w sobie, to staraj się uwolnić o wszelkich więzów narzuconych ci przez ciemne niewidzialne moce, które zawsze czyhają na sposobność ujarzmienia sił duszy człowieka!
Są to jestestwa z niewidzialnych stref fizycznego świata, a wszelkie cuda przez nie czynione, zamknięte są w granicach tej niewidzialnej części świata.
Każdy atoli środek jest dla nich dobry, jeśli dzięki niemu mogą opanować duszę człowieka – często wraz z jego siłami fizycznymi – i poddać swej woli...
Trzymaj się z dala, jeśli kiedykolwiek ujrzysz, że świat zewnętrzny korzy się z wiarą przed czymś niepojętym tylko dlatego, iż jest właśnie „niepojęte” i gdy na skutek zewnętrznego doświadczenia dochodzi do wniosku, że oto w niezwykłym, zawiłym „cudzie” objawił się Duch wieczności!
Tylko w samym sobie będziesz mógł kiedyś przeżyć prawdziwy cud, jeśli potrafisz siebie do tego przysposobić!

Tylko w samym sobie – w swojej najwewnętrzniejszej istności – nosisz najwyższe swe dobro, które zawiera w sobie wszystko, co służy tobie do osiągnięcia spokoju!

Od ciebie zależy, czy karmić swoje „Ja” odczuwaniem świata zewnętrznego i trwać dalej w tym „Ja” pozornym, czy też w najwyższym twym dobru stać się i na zawsze pozostać „Ja” prawdziwym.
Już w tym swoim bytowaniu ziemskim możesz uzyskać możesz „żywot wieczny”, jak ci to zawsze obiecywali wszyscy prawdziwi mędrcy, którzy sami ów żywot w sobie odnaleźli – i zaprawdę – dopiero wówczas będziesz się mógł bez wyrzutów sumienia cieszyć doczesnymi radościami życia ziemskiego!

„ZŁY” CZŁOWIEK

Niegdyś za dawnych czasów ktoś, kto nie umiał nic lepszego o człowieku powiedzieć, jak to, że skłonności jego już od zarania młodości są „złe”.
Zaiste musiałbyś chyba być bardzo rozgoryczonym ojcem, gdybyś się chciał zgodzić z tego rodzaju opinią...
Jeśli sam nie jesteś „zły”, to na pewno w dziecku swoim znajdziesz także i „dobro” i nie będziesz musiał dopiero przez wychowanie wpajać tego, co już jest wrodzone.

Co więcej: wykryjesz może, że nawet owo domniemane „zło” w odruchach natury dziecięcej na pewno nie pochodzi ze złej woli i łatwo da się inaczej wytłumaczyć!
Jeśli chcesz w tym wypadku wydać sąd sprawiedliwy, winieneś doprawdy zachować ostrożność, a w żadnym razie nie powodować się z góry urobionymi zapatrywaniami!
Oczywiście byłoby rzeczą nierozsądną, gdybyś chciał zaprzeczać „złu”, jakie się z człowieka wyłonić może w wieku późniejszym, lub gdybyś to „zło” lekkomyślnie bagatelizował...
Czymże innym jest to „zło”, jak nie zwyrodnieniem instynktu zwierzęcej natury człowieka!?
Wszak nie nazwiesz „złym” z przyrodzenia instynktu samozachowawczego, który dopiero przez zwyrodnienie staje się popędem do złego!
Wydaje ci się, że dostrzegasz „zło” i w innych zwierzętach, które tak starannie usiłujesz odgraniczyć od swej ludzko-zwierzęcej natury, w nich bowiem odnajdujesz swą własną zwierzęcą naturę i błędnie przypisujesz zwierzętom swoje własne pobudki do czynów.
Zbadawszy jednak sprawę bliżej, łatwo się przekonasz, że niesłusznie mówisz w tym wypadku o „złem”, ponieważ ów instynkt samozachowawczy w zwierzęciu w żadnym razie nie bywa zwyrodniały, choćby jego przejawy wydawały się okrutne.
Znajdziesz ten instynkt u wszystkich pokrewnych człowiekowi zwierząt ujęty ściśle w granicach określonych, zależnych od gatunku, do jakiego dane zwierzę należy.
Jedynie człowiek burzy niekiedy granice, zakreślone dla jego zwierzęcej natury i jedynie w człowieku instynkt samozachowawczy może dojść do potwornego zwyrodnienia!
Widzisz wówczas, jak się ten instynkt przemożnie rozrasta, podsycany fantazją człowieka, tuczony jego wyobraźnią!

Gdy widzisz, jak podobne tobie zwierzę dręczy swą zdobycz przed pożarciem jej, usiłujesz zbyt pochopnie oceniać postępowanie zwierzęcia jako dowód wrodzonej „złości”, a jednak jest to tylko oznaka radości z żeru, oznaka zadowolenia z posiadania zdobyczy w swej mocy, jako też objaw odprężenia napięcia, wywołanego czatowaniem na łup lub zaciekłą gonitwą.
Słyszałeś o dzikich zwierzętach, które po nasyceniu głodu przestają być niebezpieczne, ale również i o takich, które rzucają się na każde żyjące stworzenia nawet, gdy są syte.
Nie nazwiesz wszak „złym” nawet zwierzęcia, które szalej z „żądzy mordu”, jeżeli nie zechcesz błędnie przypisywać naturze zwierzęcia zdolności odczuwania W odpowiedzi właściwych dla ludzkiej duszy!
Wprawdzie mówi się, słusznie zresztą, o „duszy” zwierzęcia, „dusza” zaś tego rodzaju istnieje również i w tobie,, jest ona wszakże fluidem natury fizycznej i należy ją odróżniać od duszy wiekuistej z oceanu sił duszy, która się wyżywa tylko w zwierzęciu ludzkim obok „duszy zwierzęcej” człowieka.
Jedynie dzięki siłom swej duszy wiekuistej zdolny jesteś „wczuć się” w odgadywane przez ciebie odczucia innej istoty żyjącej! Tylko dzięki tym siłom masz możność współcierpienia z inną żywą istotą, której cierpienie oglądasz!

Zwierzę tobie podobne jest może zdolne nieść pomoc innemu pokrewnemu sobie zwierzęciu, gdy widzi, że tamto potrzebuje pomocy, ale nigdy nie potrafi ono współodczuć cierpienia innego zwierzęcia.
Ono wie tylko, że oto istota z jego gatunku jest w niebezpieczeństwie i usiłuje - w najlepszym razie – w tym innym zwierzęciu ratować swój gatunek.
W duszy zwierzęcia znaleźć można godne podziwu przywiązanie, jak również trwogę lub smutek na widok cierpień pokrewnego zwierzęcia, przy czym i człowiek jest dlań „zwierzęciem pokrewnym” – ale nigdy nie dostrzeżemy harmonijnego współodczucia, pomimo, że skłonni jesteśmy przypisywać je niektórym zwierzętom.
Pies, który niepokoi się, straciwszy z oczu swojego pana, a nawet odmawia z tego powodu przyjmowania pokarmu, działa tylko na skutek nieokreślonego lęku o istotę, do której się przyzwyczaił, której wolę nad sobą odczuwał jako dobrodziejstwo, ale jego zachowanie się nie jest wynikiem współczucia i nie będzie się ono w niczym różniło od zachowania się, gdy pan, sprzedawszy go, pozostanie w dobrym zdrowiu albo też umrze...
Tak też i „dzikie” zwierzę, które dręczy swą zdobycz, bynajmniej nie cieszy się z męki innego zwierzęcia, gdyż radość z męki innych może być tylko wynikiem zdolności współodczuwania, nawet, gdy takie współodczuwanie dochodzi do świadomości pod postacią uciechy, a nie cierpienia.
Również zwierzę, które – jak to zwykle ludzie mówią – zabija wyłącznie pod wpływem żądzy mordu, czyni to bądź z łaknienia krwi jego upragnionego rodzaju pożywienia, bądź dąży do wytępienia istot, które mogłyby się dlań kiedykolwiek stać niebezpieczne, a często, gdy zwietrzy odpowiednią zdobycz, nie może po prostu oprzeć się swej pożądliwości łowów.

Nie wolno ci więc nigdy posądzać nawet najbardziej okrutnego drapieżnika o „zły” czyn, o zamiłowanie do „zła”, o „zło” w pojmowaniu ludzkim!
Ale nawet człowiek „zły” bywa czasem jedynie wyrazicielem swego instynktu samozachowawczego, lub instynktu zachowania gatunku...

To bowiem, co wydaje się w nim „złe”, może nie przekraczać granic zakreślonych przez naturę dla instynktów samozachowania i zachowania gatunku.
Tam dopiero, gdzie te granice człowiek znosi, instynkt tego rodzaju ulega potwornemu zwyrodnieniu!
Staje się on wtedy żądzą niszczenia wszystkich innych istot dla samej uciechy z cierpienia, jakie się im zadaje...
Tu więc dopiero mamy do czynienia z istotnym „złem”!
Tu dopiero człowiek jest twórcą „zła”!
I tworzy je nawet wtedy, gdy pozostaje ono od zewnątrz dla oka ukryte, wszelkie bowiem „zło” poczyna się i rodzi w myśleniu!
Bo „zło” najpierw w myśli się rodzi zanim – rozrastając się – wyda z siebie słowo i czyn!
Zważ tedy, że zło jest przeciwne naturze i bywa jej dopiero przez człowieka narzucane!
Jak tylko instynkt samozachowawczy stanie się przemożny i z konieczności ulegnie zwyrodnieniu przez to, że myśl ludzka zburza wszelkie granice, zakreślone również i w naturze zwierzęcia ludzkiego, przerodzi się ono w popęd do „złego”, który w końcu zrodzi zamiłowanie do „zła” i upodobanie do zadawania innym cierpienia!
Ze wszystkich widzialnych stworzeń jedynie i wyłącznie człowiek stwarza „zło” w świecie widzialnym!
Spośród wszystkich istot fizycznych, postrzeganych za pomocą zmysłów, tylko on zdolny jest do tego, gdyż tylko on jeden przez swe myślenie może zburzyć granice zakreślone w naturze zwierzęcej instynktowi samozachowawczemu!

Nie sądź wszakże, aby wszystko „zło” sprowadzało się tylko do świata widzialnego i mogło zrodzić się jedynie w zasięgu działalności człowieka!
Takie mniemanie byłoby dla ciebie zgubne!
Powinieneś bowiem skierować swą uwagę również i na dziedziny niewidzialne, gdyż to, co w świecie rzeczy zewnętrznych postrzegasz zmysłami, jest naprawdę tylko drobną cząstką tego świata, a byłoby nierozsądkiem nie zwracać żadnej uwagi na znacznie większą jego część...
W niewidzialnych dziedzinach tego zewnętrznego świata istnieje wiele tworów różnego rodzaju, które mógłbyś również nazwać „złem”, tak jak mówisz przecie o „złym” zwierzęciu, a jednak tak tu, jak i tam, wchodzą w grę wyłącznie instynkty samozachowawczy i zachowania gatunku.
Poza tym zachodzi tu jeszcze coś innego, co można by raczej przyrównać do wściekłości zwierzęcia za kratą – rwącego się na swobodę, którą widzi przed sobą, a pozostaje dlań niedostępna...
Wreszcie w tym świecie niewidzialnym są istoty, które zupełnie tak samo jak i widzialny człowiek ziemski są w stanie myślą obalać granice zakreślone dla ich instynktu samozachowawczego, albowiem we wszechświecie myślenie nie jest bynajmniej uwarunkowane istnieniem mózgu fizycznego, chociaż tu na ziemi jest dla zwierzęcia ludzkiego możliwe wyłącznie za pomocą mózgu.
Na równi z człowiekiem ziemskim istoty te wywołują i tworzą „zło” w myślach, a ponieważ tam myśl nie napotyka oporu, jaki jej biegowi stawiają poruszenia mózgu człowieka, przeto „zło” przejawia się z nieporównanie większą siłą. Trudno wprost ogarnąć ogrom nieszczęść, jakie stale spadają tą drogą na świat widzialny, nieszczęść nieuchwytnych dla świadomości człowieka ziemskiego, a jednak przezeń przyjmowanych – najczęściej bez sprzeciwu!

Bądź szczęśliwy, że w tym świecie widzialnym otacza cię jednak mur i że możesz – skoro tego zapragniesz – przed tą powodzią „złości” schronić się na własne wyżyny!
Bacz tedy, abyś sam nie uczynił wyłomu, przez który mogłyby cię dosięgnąć trujące wyziewy złości tych niewidzialnych istot!
Wielu wszakże nieświadomie robi wyłomy w tym murze własnymi myślami...
Każda myśl „złośliwa” lub ziejąca nienawiścią – nawet, gdy przedmiot twej nienawiści według ciebie „zasługuje” na nią – oddaje cię mimo twej wiedzy we władzę potworów świata niewidzialnego!
Tyś sam je wtedy przywołał – utorowałeś im drogę do siebie – a zaprawdę: potrafią one siły swych myśli zagnieździć w tobie!
Tą drogą niezliczone rzesze ludzkie uległy bezwiednie „opętaniu” i każdy dzień na ziemi pomnaża poczet tych nieszczęśliwców!

Gdy raz ulegniesz wpływowi tej strasznej mocy, nic cię od niej nie wyzwoli, chyba, że postanowisz wyzbyć się całkowicie wszelkiej najlżejszej nawet myśli przenikniętej do kogokolwiek czy czegokolwiek nienawiścią i będziesz na przyszłość stawiał zdecydowany opór najlżejszemu bodaj odruchowi „złości”!
Istnieją pewne nauki, które twierdzą, jakoby wszelkie „zło” było tylko czczą „ułudą”, gdyż wszystko we wszechświecie „musi” być bezsprzecznie dobre, jako ostatecznie od Boga biorące początek, a wszak z Boga tylko dobro zrodzić się może.
Jest to jednak zbyt powierzchowne ujmowanie sprawy, chociaż wielu ludziom może służyć za podstawę do optymistycznego poglądu na życie.
Ludzie poprzestający na małym, którym wystarcza ich domniemana wiedza, podobni są alpinistom, kroczącym w nieświadomości niebezpieczeństwa po zaspach śnieżnych, których by każdy doświadczony znawca gór unikał, obchodząc je z daleka...
Lecz i po zaspach śnieżnych może się ktoś w końcu dostać na szczyt – jeśli ma więcej „szczęścia niż rozumu”, że nawet kruchy most nie załamie się pod jego ciężarem...
Tak też i we wspomnianych wyżej naukach ukryta jest szczypta prawdy, a kto ją odkryć potrafi, temu może ona pomimo wszystko posłużyć jako most, przerzucony ponad mroczną przepaścią zagadek istnienia ludzkiego.

Prawdą w takich naukach jest, że wszelkie zło rodzi się tylko w świecie ułudy – zarówno widzialnym, jak niewidzialnym – i przestaje istnieć dla każdego, kto te światy ułudy przekroczy...
Jeśli wszakże zechcesz przyjąć tego rodzaju tanie nauki tak, jak były podane we wspomnianym wyżej dosłownym znaczeniu, to winieneś konsekwentnie określić jako zwykłą „ułudę” wszystko, co cię na ziemi otacza – a więc równie i „dobro”, nie zaprzeczysz jednak, że ten „świat ułudy” potrafi ci się nieraz dotkliwie dać we znaki, gdyż nie jest on bynajmniej nieistniejącą ułudą, zgoła nieuchwytnym zmysłami „niczym”, a zaprzeczyć lub utwierdzić jego istnienie nie leży w twojej mocy.
Nie daj się przeto wprowadzić w błąd mylnym wnioskom wysnutym z tego rodzaju skleconej na poczekaniu pseudo-wiedzy, gdyż byłoby to zaiste zbyt już niegodne ciebie!
Uważaj tedy za błędną każdą naukę, która ci mówi o „złu” jako o spuściźnie nieodłącznej od twej powłoki cielesnej na ziemi!

Bardzo możliwe, że we krwi twojej tai się skłonność do „zła”, odziedziczona po przodkach, a jednak – „zło” wcale nie leży w twojej naturze!
Jakkolwiek silne byłoby w tobie odziedziczone upodobanie do „zła”, nie zawładnie ono tobą dopóki do upodobania nie dołączysz swej woli!
Kto się staje niewolnikiem utajonych we krwi zgubnych pożądliwości, ten prowadzi niemądrą grę z samym sobą i nie ma pojęcia o swej własnej mocy!
Przodkowie, których krew krąży w twych żyłach i którzy niegdyś może nie umieli hamować w sobie swych pożądliwości, nie mają zaprawdę żadnej władzy nad twoją wolą!
Jedynie i wyłącznie wola twoja ma teraz decydować, czy nauczysz się opanowywać krew swoją, czy też poniżysz się do roli jej niewolnika!
Oczywiście będziesz musiał naprawdę chcieć!
Samo życzenie nic tu zaprawdę nie zdziała!

Większość ludzi oszukuje samych siebie, mówi o „woli” swojej, podczas gdy ma na myśli bądź swoje życzenia, bądź też pożądania krwi, które właśnie wolą poskramiać należy.
Niejeden nie zdaje sobie nawet sprawy, jak dalece okłamuje siebie samego mówiąc, że jest „za słaby”, aby stawiać opór pożądaniom krwi, gdy mógłby łatwo w czarnej godzinie pokusy przyłapać się na tym, że właśnie raduje się z tych pożądań, które miał zwalczać, a właściwie, że się nimi wręcz lubuje...
Niezliczone rzesze ludzi igrają swawolnie ze swymi życzeniami, chociaż wiedzą doskonale, że ostateczne spełnienie tych życzeń może nastąpić tylko w „złem”...
Ale gdy w ostatecznym wyniku z tego pożądania i życzenia zrodzi się „zło” i stanie się przyczyną złych następstw, wówczas zaczynają się skargi na „los” i człowiek staje się mistrzem w godnej pożałowania sztuce zwalania na innych własnej winy!
Niejeden mógłby zgotować sobie inny los, gdyby tylko zechciał już w zarodku opanować w sobie żądzę pchającą go do „zła”, nie czynić jej – jak tylko ją w sobie poczuje – żadnych ustępstw!
Gdy „zło” poczęte w wyobraźni, ma się wcielić w czyn, wtedy siła człowieka jest już złamana – wola jego odtąd staje się sprzymierzeńcem „zła”!

Wszelki opór staje się wówczas bezpłodnym dręczeniem siebie!
Winieneś tedy stłumić w sobie pierwszy słaby odruch w kierunku „zła” zanim spotężnieje w uczucie lub, co gorsze, stanie się myślą!
Jeśli będziesz czuwał nad sobą, łatwo ci przyjdzie uchronić się przed niebezpieczeństwem!
Musisz zaufać sobie samemu i swojej własnej mocy, silniejszej od wszelkiej możliwej pokusy!
Nie bez powodu dana jest ci ta moc, a tylko przez stałe posługiwanie się nią zdołasz ją spotęgować, nawet gdyby ci miała początkowo nie wystarczać!
Jeśli śmiało zaufasz samemu sobie, to zaprawdę będziesz mógł liczyć również i na wysoką pomoc Ducha!
Spłynie ona na ciebie w taki sposób, że za jej sprawą będziesz mógł niezawodnie – sam sobie dopomóc!

UJAWNIANIE SIĘ ŚWIATA ŚWIATŁOŚCI

Zdarzało ci się zapewne, przyjacielu, przeżywać chwile, kiedy – pozornie bez żadnej przyczyny – ogarniało cię nagle, nawet w licznym gronie osób, jakieś dziwne uczucie bezgranicznej obcości wobec tego otoczenia, a jednocześnie budziła się w tobie niewysłowiona tęsknota, pod której wpływem pozostawałeś nieraz jeszcze długie godziny.
Jeśli dobrze sobie przypominasz owe chwile, to będziesz musiał mi dziś wyznać, że:
„Była to tęsknota za przeczuwaną nieuchwytnie daleką ojczyzną swej duszy!”
„Była to tęsknota za zjednoczeniem się ze świetlanymi istotami, które by mogły odczuć i zrozumieć moją najtajniejszą istność!”
„Było to może – utęsknienie do nieznanego wzniosłego szczęścia, które mi się jednak wydawało przedziwnie bliskie i swoje!”
A może cię zdumiewało twoje przeczucie, gdyż nie musiałeś sobie wyjaśnić, co je mogło wywołać...

Przyczyny jego nie mogłeś upatrywać w tym, co cię wówczas ze światem zewnętrznym łączyło.
A dalej zagłębiać się nie miałeś odwagi, obawiałeś się bowiem, żeby nie skończyć na zabobonie.
Nazwałeś więc to swoje przeżycie „jakimś dziwnym nastrojem”, a myśl twa przestała szukać wyjaśnienia.
A jednak była zaiste podstawa do badania przyczyny tak osobliwego przeżycia i gdybyś zechciał szukać w dalszym ciągu, niewątpliwie odkryłbyś w końcu, że uczucie twe zrodziło się z nieświadomego zetknięcia z niewidzialnym dla ciebie światem.
Nie przeżywałeś nic innego jeno prawdziwe ujawnienie się Świata Światłości w twoim życiu ziemskim, a wszystko, z czym się tu na ziemi zżyłeś, wydawało ci się nagle dziwnie „obce”, ponieważ przez jedno mgnienie padł na cię promień z Krainy Światłości – istotnej ojczyzny twej duszy.

Owa tęsknota musiała cię przeto ogarnąć, gdyż z zetknięcia się obu światów odczułeś podświadomie, że zewnętrzny świat ziemski jest dla ciebie jedynie czymś dobrze znanym, ale „obcym”.
Radzę ci: na przyszłość zwracaj baczną uwagę na takie chwile i przyjmuj z wdzięcznością to, co ci przyniosą!
W chwilach tych bowiem utajona jest cudowna moc i mogą one na życie twoje wywrzeć wielki wpływ!
Jeśli chętnie zwrócisz się ku ich cudownej mocy – mogą cię one do gruntu przeobrazić!
A zastanowiwszy się uważnie, spostrzeżesz łacno, że chwile te powracać będą zawsze w ściśle określonych odstępach czasu!
Zauważysz jednak również, że odstępy pomiędzy nimi stawać się będą tym krótsze, im wyżej potrafisz cenić to, co dane ci będzie uzyskać z zetknięcia się obu światów!

Wielu usiłuje odkryć Świat Światłości, ale się im to nie udaje.
Tymczasem każdy może doświadczyć tego ujawnienia, a doświadczenie to staje się udziałem każdego, choćby go nigdy nie szukał!
Lecz niejeden sądzi, że przeżycie to jest dlań zbyt mało znaczące, gdyż według jego pojmowania Świat Światłości godny jego uznania, powinien by się objawiać w promiennej glorii...
Jak gdyby to ujawnianie powinno się odbywać według jego przepisu.
Tak oto wybujała wyobraźnia przeszkadza dostrzec ciche poruszenie serca, które jedno tylko mogłoby ujawnić Świat Światłości temu, kto z nim nie jest jeszcze obeznany!
Tyle bredni krąży po świecie i tyle błędnych urojeń omamia umysły, że trudno doprawdy się dziwić, jak mało ludzi wie o Świecie Światłości, chociaż im wciąż daje o sobie świadectwo.
Nie chce się wprost wierzyć, żeby sprawy wiekuiste w tak prosty sposób miały się objawiać!
Spodziewamy się w drżeniu i grozie „od zmysłów odchodzące” przeżywać działanie sił magicznych mocy, a tymczasem natrafiamy tylko na dalekie przeczucie cudownej świętości nieuchwytnego nadświata...
Jeśli chcesz stać się prawdziwie „wiedzący”, zważać musisz na subtelne znaki, które otrzymujesz w subtelnej głębi twego serca!

Świat Światłości równie ci jest bliski, jak i świat rzeczy zewnętrznych – ale przenigdy nie będzie ci się mógł objawić, jeśli nie wyćwiczysz swego odczuwania do chwytania subtelnego fluidu, który jest tego świata tchnieniem i treścią.
Zetknięcie się obu światów zachodzi jedynie w twojej świadomości dzięki postrzeganiu drgań realnej substancji świata duchowego, chociażbyś nawet nie umiał wytłumaczyć sobie tego, coś sobie uświadomił...
Istnieje oczywiście jeszcze coś, co znacznie wyraźniej dąży dostania się w tobie przeżyciem, o ile nie potrafisz w sobie rozeznać wspomnianych tu cichych wzruszeń!
Możesz je sobie odczuwać na każdym miejscu i każdym nastroju ducha, bylebyś tylko chciał skierować na nie swą uwagę.
Możesz je odczuć zarówno w ponurym cierpieniu jak i w promiennym szczęściu – zarówno wśród zgiełku świata jak i w zacisznej ustroni...

Na brzegu wzburzonego morza, jak i na szczytach gór – w polu i w lesie, jak i w zamkniętej komnacie...
Poczuć w sobie bliskość Świata Światłości możesz pod wpływem działania sztuki i na widok cudów natury...
Nie potrzebujesz aż wyszukiwać na to właściwego miejsca, a wszelkie przygotowania są zbędne!
Słusznie natomiast uczynisz, utrzymując się stale na pewnych wyżynach, z których dostępniejsza ci będzie świętość!
Powinieneś czujnie i radośnie zażywać świata zewnętrznego jako czegoś, co ci jest tu na ziemi dane, ale strzeż się, byś nie ugrzązł w nim całkowicie i nie stał się przez to sprawcą własnej zguby!
Cokolwiek byś miał przeżywać w świecie zewnętrznym – winieneś zawsze pozostawać panem swego przeżycia!
Nie daj się usidlić złudnym porywom ku wolności, jak ptak, którego łowią na przynętę w rozpięte sidła!
Nie wszystko ci wolno, na co sam sobie pozwalasz!
Nie możesz osiągnąć łączności ze Światem Światłości, jeśli szukać będziesz zadowolenia, będąc stale pogrążony w zgniliźnie!
To, co jest czystsze ponad wszelką nieskazitelność ziemskiego świata, nie może się łączyć z mrokiem i pyłem rozpadającego się próchna.
Nie będziesz również mógł ogarnąć Świata Światłości, gdy zetknie się z twoim światem zewnętrznym, dopóki olśniewać cię będą mamiące błędne ogniki i dopóki ponad wartość tamtego świata cenić będziesz wartości ziemskie, które staną się niczym, gdy pękną kiedyś więzy, mocno łączące cię z ziemią!
Chociażbyś był więzami ziemskimi jak najmocniej skrępowany, pozostaje ci jednak wolność rozumnego wyboru!
Będziesz się nadal musiał nauczyć z dwu możliwości, które ci się kiedykolwiek nastręczą przy rozwiązywaniu ziemskich powikłań, wybierać tę, która cię poprowadzi wzwyż, unikać zaś wszystkiego, co ci może przeszkodzić do utrzymania się na wyżynie!
Byłeś był bodaj trochę baczny, gdy nadejdzie chwila wyboru, a będziesz zawsze wiedział co wybrać!

Można by doprawdy użyć powiedzenia, że „przeciwieństwa się stykają”, gdy Świat Światłości łączy się w tobie ze światem ziemskim, a jednak tylko podobieństwo stwarza połączenie...
Jeśli chcesz w pełni świadomości posiąść wiedzę o Świecie prawdziwej Światłości w chwili, gdy się on zbliża bezpośrednio do twego życia zewnętrznego, musisz mu wyjść na spotkanie z tym, co jest w tobie najwznioślejszego.
Tylko to, co w tobie podobne jest do Świata Światłości, będzie się mogło z jego światłem zjednoczyć...
Świat ten będzie ci się ujawniał nawet wtedy, gdy jeszcze nic w tobie nie będzie tak dalece prześwietlone, by się mogło ze światłem Ducha połączyć, ale ty się z nim dopiero wówczas świadomie połączysz, gdy on będzie mógł się w tobie zetknąć z czymś, co jest doń podobne!

Tak więc zaprawdę rzeczą konieczną jest pielęgnowanie w sobie wszystkiego, co wzniosłe i dobrze uczynisz utrzymując stale swą świadomość na jej najwyższych wyżynach!
Będziesz ją musiał oderwać od wszystkiego, co nie da się pogodzić z najszczytniejszą częścią twej istoty, a niejedno, co niestety stało się dla ciebie od dawna nawyknieniem, będzie musiało odtąd zniknąć, jeżeli chcesz się kiedyś w stanie czuwania połączyć ze Światem Światłości!
Wówczas to na pewno nadejdzie dzień, w którym staniesz się zdolny pojąć w radosnym wzruszeniu to, co prawie pojąć się nie da.
Cały mrok ziemski ujrzysz prześwietlony blaskiem z wysokości!
To, co dawniej było dla ciebie niejasnym przeczuciem, stanie się pewnością przeżycia!
Świat Światłości, który ci się dawniej tak często ujawniał i wciąż znowu natychmiast znikał, będzie odtąd dla ciebie osiągalny o każdym czasie – i stale otwarty przed twą rozbudzoną świadomością!

ZNACZENIE MILCZENIA

Ci, co dążą do wewnętrznego światła i do osiągnięcia spokoju, którego świat zewnętrzny dać nie może, muszą nauczyć się milczeć, jeśli chcą się przybliżyć do swego wysokiego celu!
Niejeden by dawno światło w sobie osiągnął, gdyby tylko umiał milczeć!
Jednak znaczna większość ludzi zdaje się mniemać, że nic się w nich nie może wydarzyć, co by nie zmuszało natychmiast ust ich do mówienia...
Najlżejsze poruszenie woli ku szukaniu czegokolwiek we własnych głębiach, zostaje przez czczą gadaninę zahamowane od razu jeszcze przed rozpoczęciem szukania; gdy zaś się uda osiągnąć jakie takie przeżycie wewnętrzne, wówczas mówienie o nim ciągnąć się będzie bez końca, aż wreszcie wszelki efekt przeżycia zostanie rozgadany, a język mimo to nie zazna spoczynku.
Mózg pracując dalej automatycznie, odnajduje wciąż coś nowego, „co by się tu dało jeszcze powiedzieć”...

Nie mówię tu o tych rzadkich wypadkach, kiedy powołane kierownictwo duchowe wymaga, by Szukający wyjawił pouczającemu go, co się dlań stało przeżyciem.
Tu konieczność omówienia może być nader skutecznym czynnikiem nauczania, podczas gdy inne obowiązki, nałożone na Szukającego wymagają właśnie umiejętności milczenia.
I w tym jednak wypadku będzie Szukający musiał nauczyć się milczenia.
Wolno mu będzie wyjawić je tylko przed tym jedynym, czyjemu kierownictwu duchowemu się powierzył, niezależnie od tego, czy ów jedyny działa na mocy własnego oświecenia, czy też z upoważnienia kogoś wyższego...
Tylko niekiedy, na wyraźne zezwolenie z góry, może pouczany mówić o swych przeżyciach wewnętrznych wobec tych, którzy, jak i on, należą do pouczanych.
Tak było zawsze i inaczej nie będzie nawet za lat tysiące!
Ci, których te słowa dotyczą, na pewno mnie zrozumieją...

Wszelkie omawianie jakiegokolwiek dążenia duchowego jest szkodliwym marnotrawieniem sił, dopóki nie zostało naprawdę osiągnięte to, co stanowiło cel dążenia!
Wręcz zgubne jednak może się okazać mówienie, gdy Szukający będzie opowiadać wobec innych szukających o tym, czego sam już w sobie doświadczył, a czego kiedyś jego współtowarzysze będą mogli prawdopodobnie doświadczyć w sposób zgoła odmienny, wszelkie bowiem doświadczenie duchowe pozostaje indywidualnie zróżnicowane i zachowuje swoją odrębność.
Tak oto ktoś zadowolony ze swej mowy może wyrządzić sobie samemu i innym nieobliczalną szkodę!
Nigdzie się nie uprawia z tak karygodną lekkomyślnością najgorszej szarlatanerii, jak w kołach ludzi, łaknących światła w sprawach Ducha!
Tu każdy, któremu daleko jeszcze do tego, by samemu sobie dopomóc, sądzi, że może innym pomagać, a gdy sam najbardziej potrzebuje pomocy, to mu się wydaje, że jest ona tylko innym niezbędna...
Ta nieudolna chęć pomagania innym wynika najczęściej z nieświadomej próżności duszy, ale dopiero niepowściągliwe gadulstwo innych nastręcza jej szerokie pole działania.
Użyję tu porównania, za które przepraszam, nazwę bowiem tę gadatliwość „niestrawnością duszy”, gdyż istotnie drastyczne to określenie jest tu na miejscu!
Nikt już nie może nic w sobie uchować, toteż trudno się dziwić, że tylko tak nieliczni dzięki swym przeżyciom duchowym pomnażają swe siły duchowe!

Księgarzom nie wystarcza już półek, dziś bowiem każdy niemal czytelnik gazety, mniemający, iż wie coś niecoś o jakiejś sprawie, czuje się powołany do napisania o tym książki.
Tak samo sądzi większość Szukających duchowego światła, iż powinni niezwłocznie opowiedzieć „pokrewnym duszom” o swoim dopiero co osiągniętym drobnym poznaniu, skoro tylko zauważą w sobie choćby najniklejsze przeżycie wewnętrzne.
Tę potrzebę opowiadania wywołuje i stale podsyca przeświadczenie, jakoby tu na ziemi jeden mógł „się czegoś nauczyć” od drugiego, zapomina się zaś o tym, że wszak chodzi tu o „przeżycie”, którego się nie można „nauczyć”, lecz tylko go doświadczyć.
Czego wszakże gwoli temu doświadczeniu istotnie nauczyć się trzeba, to konieczności milczenia, którą głosili we wszystkich czasach ludzie do nauczania powołani i co było wspólną cechą wszystkich tych nauk.
Nawet, gdy wydawano nakazy milczenia o sprawach, których trzymanie w ukryciu mogło mieć raczej powab „tajemniczości”, to istotną przyczyną tych nakazów była najczęściej głęboka wiedza o pomocnej wartości milczenia...
Na to, aby wewnętrzne przeżycie syna ziemi mogło przeobrazić jego duszę o tyle, by to, co dawniej było dlań ciemne, stało się jasne i zrozumiałe, trzeba starannie zachować spokój tej duszy!
Lepie nawet, żeby własne myślenie nie zaprzątało się tym przeżyciem wewnętrznym!
Tylko człowiek duchowo doskonały wie, co z tych spraw powinno stać się słowem, a jeśli podjął się kierowania Szukającym, to będzie odeń żądał ujętego w słowa sprawozdania o tyle tylko o ile będzie to możliwe bez uszczerbku dla sprawy duszy, którą ma wspierać.
Jeżeli nie chcesz, przyjacielu, sam zahamować swoich dążeń wzwyż, będziesz się musiał koniecznie nauczyć milczenia!
Niewiele warte jest w moich oczach twoje szukanie wewnętrzne, mało warta twa gorliwa działalność, jeśli nie umiesz milczeć!
I nie tylko wobec innych, winieneś umieć milczeć...
Naucz się także milczenia wobec siebie samego!
To, co masz tu osiągnąć, nie osiągniesz zaiste z dnia na dzień i przyjdzie ci przezwyciężyć w sobie niejedną pokusę!
Chodzi przecież o osiągnięcie twego najwyższego celu, a nikt doń nigdy nie dotarł, kto nie umiał milczeć.
Tymczasem jakże liczni są ludzie gadatliwi, którzy się dziwią, że niczego nie dopięli, choć im się wydaje, że uczynili wszystko, czego można było od nich wymagać.
Być może, iż istotnie uczynili niejedno, co należało, lecz zaniedbali rzeczy najważniejszej: nie nauczyli się milczeć!

Ty wszakże nie powinieneś tego ich błędu popełniać!
Najświętszym twoim obowiązkiem ma być ćwiczenie się w sztuce milczenia!
Nie docenisz zapewne doniosłości milczenia, dopóki na sobie samym nie doświadczysz jak dopiero w milczeniu ujawnia się największe natężenie wszystkich sił duszy!
Naucz się milczeć nie tylko o przeżyciach wewnętrznych, lecz również i w tych wszystkich wypadkach, kiedy mówienie nie jest wskazane!
Nie popełniaj, jak wielu innych, błędu ciągłego wynajdowania sobie, co by to jeszcze dało się powiedzieć, ale szukaj w sobie raczej wszystkiego, co by się mogło wzmóc na siłach dzięki twemu milczeniu.
Jak dalece milczenie wzmaga twoją siłę, będziesz się mógł o tym przekonać bardzo łatwo, jeśli choćby w ciągu jednej godziny poskramiać będziesz słowo, cisnące się wciąż na usta.
Umiejętność milczenia nie powinna cię wszakże doprowadzać do tego, żebyś miał stale pozostawać niemy, kiedy można by zupełnie słusznie oczekiwać od ciebie wynurzeń słownych!
Dopiero wówczas milczenie wyjdzie ci na korzyść, gdy nikt nie zauważy, że się do milczenia zmuszasz!
Rozmawiający z tobą nigdy nie powinien spostrzec, że przemilczasz sprawy, które by mogły być przedmiotem wymiany zdań, ani też nie powinien wyczuć, o czym nie chcesz mówić, gdyż wtedy milczenie twoje nie miałoby żadnego sensu!
Niech ci też będzie obce owo nieuprzejme zamilkanie, na które sobie pozwalają ludzie nieopanowani, gdy im nagle w toku rozmowy napływają myśli, których ogarnięcie wymagać będzie dłuższego przeciągu czasu!
Chwila, w której ktoś drugi ma prawo sądzić, że bierze udział w biegu twych myśli, nie jest doprawdy odpowiednią do zatapiania się w swych rojeniach myślowych!

Nigdy nie powinieneś ujawniać na zewnątrz, iż chcesz się ćwiczyć w milczeniu – sam tylko masz być świadkiem swego milczenia!
Oczywiście musisz zawsze wiedzieć, kiedy masz prawo milczeć, a kiedy przeciwnie, inni mają prawo oczekiwać od ciebie szczerej mowy!
Jeślibyś chciał milczeć, kiedy należało mówić, wziąłbyś tylko na siebie winę, która ciążyłaby ci tym bardziej, im jaśniej zdawałbyś sobie sprawę, że miałeś obowiązek mówienia...
Tyleż co za mówienie będziesz ponosił odpowiedzialność za swe milczenie i żadna moc ziemska ani niebieska nie zdoła cię nigdy zwolnić od tej odpowiedzialności wobec siebie samego!
Jakkolwiek byśmy cenili wartość milczenia, jako jednego z czynników rozwoju duszy, należy jednak zawsze mieć na względzie, że wszelka wartość zamienia się w jej przeciwieństwo z chwilą, gdy człowiek osiąga korzyść kosztem innych ludzi.
Niech więc zarówno mową twoją, jak i milczeniem kieruje zawsze miłość i niech je ochrania twa czujna wola!
Większe jednak niż mowa powinno mieć dla ciebie znaczenie twoje milczenie!
Szczęśliwyś, jeśli potrafisz w porę milczeć!

PRAWDA A PRAWDY

Jeśli szukasz Prawdy wieczystej jako bytu pozbawionego wszelkiej „ułudy”, musisz się nauczyć odróżniać tę najgłębszą źródłową praprzyczynę wszystkiego, co „prawdziwe” od niezliczonych prawd, które z niej wypływają, wiecznie nowe i wiecznie zmienne!
Niezmienna w samej sobie pozostaje Prawda tylko w czystym „bycie” – sama w sobie ugruntowana, z samej siebie wypływająca – atoli przejawy jej są nieskończenie wielorakie w czasie i przestrzeni...
Nigdy byś nie był w możności ogarnąć bezwzględnej Prawdy, która nawet w królestwie istotnego Ducha pozostaje wiecznie nieuchwytna i tylko dla samej siebie zrozumiała!
Wszystko, co „Ojciec” płodzi z Prawdy w jej prapodłożu, może zrozumieć Prawdę w tylko jeden i ten sam sposób – jako poznanie siebie!
Tak więc i dla ciebie istnieć będzie „tylko jedna prawda” – tylko ta jedyna Prawda, którą możesz pojąć – prawda ciebie samego!
Jednakże niezliczone inne prawdy otaczają cię ze wszystkich stron, a każda z nich dąży do tego, abyś ją uznał...

Częstokroć twoja własna najgłębsza prawda będzie cierpiała nad tym, że musi uznawać prawdy, które wydają się jej „obce” i trudne do pogodzenia z nią samą.
Niech cię to jednak nie zraża!
Zważ, iż każda prawda posiada w czasie i przestrzeni swoje własne ukształtowanie i mieści w sobie tylko to, co temu ukształtowaniu odpowiada.
Tak i tyś powinien być odpowiednikiem swej własnej prawdy!
A stanie się to wówczas, gdy zdołasz sam na sobie wymóc, aby twoje myśli, mowa i uczynki były z gruntu szczere i prawe i takimi pozostały zawsze.
Jeśli sam będziesz bezwzględnie szczery i prawy, to te prawdy, pozornie dla ciebie „obce”, zawsze zrozumiesz, w sposób, w jaki one jedynie mogą być twojemu pojmowaniu dostępne – a więc wplecione w prawdę ciebie samego!

Zważ: każdy człowiek ziemski nosi ukryte w sobie wszelkie nieskończenie różnorakie formy, prawdy, ale tylko jedna z tych form może się w nim rozwinąć, może mu dać niewzruszoną pewność!
Nie wolno mu polegać to na tej, to na innej formie prawdy, gdyż wtedy na pewno nie znajdzie nigdy swej własnej formy prawdy...
Ale, jak już mówiłem, znajdzie ją, gdy będzie całkowicie szczery i prawy w myśleniu, mowie i uczynkach – w każdym przejawie życia!
Co wówczas w świetle jego prawdy okaże się jako prawdziwe, to istotnie będzie prawdą, fałsz, bowiem i kłamstwo nie mają mocy tam, gdzie własna prawda człowieka stała się gwiazdą przewodnią jego życia.

Widzisz wszakże, że liczni ludzie mniemają, iż żyją w „prawdzie”, a jednak powszechnie wiadomo, że są tylko niewolnikami jakiegoś fatalnego w skutkach błędu lub nierozpoznanego kłamstwa...
Strzeż się więc podobnego zaślepienia i nie daj się złowić w potrzask jego zwodniczych wniosków!
Nie potępiaj też nikogo, kto padł ofiarą takich błędnych wniosków!
Bądź sprawiedliwy i przyznaj bezstronnie, iż większość tych niewolników obłędu jest święcie przekonana, że rzeczywiście osiągnęła prawdę!
Wyzwoliliby się niewątpliwie wkrótce ze swych pęt, gdyby tylko sami zechcieli być szczerzy i uczciwi, miast dać się oplątywać przędziwem myśli, dzięki którym, ich zdaniem, mieli pojąć niezbite własne świadectwo prawdy!

Innych znów ujrzysz pozostających tak dalece pod urokiem pewnych prawd, że żadna inna prawda nie ma do nich dostępu...
Jeśli będziesz miał z nimi do czynienia, to bądź również dla nich wyrozumiały i nie usiłuj wyrwać ich gwałtem spod tego uroku!
Wielorakie są drogi, na których człowiek może wreszcie odnaleźć swoją własną prawdę – a nawet sam stać się prawdą, i niejedna dusza wpierw musi długi czas przebywać w pętach prawda najrozmaitszych, zanim odnajdzie siebie samą, aby się stać prawą i szczerą wobec siebie samej.

Nie jest to tak łatwo być wobec siebie samego szczerym, a jeśli zechcesz tego spróbować, zauważysz niebawem, że często jużeś się chciał wydawać sobie szczerym, podczas gdy jeszcze wiele było w tobie zamiłowania do fałszu i czczego pozoru...
Być szczerym to nie znaczy rejestrować tylko postrzeżenia i wrażenia, jakby to mogła doskonale czynić maszyna!
Nawet jeśli z dokładnością mechaniczną i najściślejszą precyzją zdawać sobie będziesz stale sprawę ze swych postrzeżeń i wrażeń – możesz mimo to być dalekim od prawdy!
Potrzebny ci będzie nawet pewien przeciąg czasu pomiędzy ścisłą analizą twoich postrzeżeń i wrażeń, a ich wyjaśnieniem sobie samemu, w przeciwnym bowiem razie właśnie twoja przesadna żarliwość w dociekaniu prawdy zwabić cię może na manowce łudzenia siebie, pełne jak bagnisko zwodniczych światełek!
Choćbyś nawet, powodowany gorącym umiłowaniem prawdy, starał się odgrodzić siebie od wszelkich błędnych pojęć o sobie, to jednak niewiele osiągniesz, dopóki starania twoje skierowane będą wyłącznie ku zdobyciu bezwzględnej jasności w określaniu wszystkiego, co cię wewnętrznie porusza...

Twe osądy mogą się nawet okazać słuszne w każdym poszczególnym wypadku, a jednak całe twoje życie może dać obraz z gruntu odmienny od tego, jaki byś otrzymał na podstawie samego tylko podsumowania twych poszczególnych sądów o postrzeżeniach i wrażeniach.
Błędne jest również mniemanie, że się już jest szczerym i prawym, gdy się wyłączy ze swej mowy kłamstwo i obłudę!

Być szczerym to znaczy przede wszystkim trzymać stale mocno na wodzy swe myśli, aby pod wpływem żądzy, lęku lub marzenia nie zeszły z trzeźwej drogi rzeczowego poznania i nie zaczęły bujać po nieznanych przestworzach, skąd je bardzo trudno bywa ściągnąć z powrotem...
Jeśli w myślach swych będziesz szczery i prawy, wówczas i mowa twoja i czyn będą dawały świadectwo prawdzie twojej, choćby nawet mowa błądziła, a czyn miał cię niekiedy do nieprawości doprowadzić!
Zaprawdę lepiej, aby ci można było udowodnić błąd lub brak słuszności, jeślibyś tylko wolą swą był od nich daleki, niż stwierdzić nieprawdę w stosunku twoim do siebie samego – choćby nawet wynikała z twej chęci uniknięcia błędu czy nieprawości!
Z chwilą jednak, gdy się wreszcie staniesz istotnie w samym sobie szczery i prawy, będziesz napotykał dzień po dniu wciąż nowe prawdy i nie będą ci się już one wydawały „obce”!
I przekonasz się, że posiadasz w sobie samym prawdę każdego innego człowieka, chociażby to była dla ciebie tylko prawda uboczna, nie określająca ci ani drogi, ani celu, jaki ci wyznacza twoja własna prawda zasadnicza.

I staniesz się wyrozumiały dla innych, i nie będziesz nikogo cenił niżej, dlatego tylko, że nie hołduje twojej prawdzie, o ile tylko upewnisz się, że jest on na swój sposób w zgodzie ze swoją własną prawdą!
Poznasz, że absolutna Prawda, która jedyna może samą siebie „pojąć”, objawia się w pojęciu człowieka w niezliczonych postaciach i że nawet najbardziej oddalona jej postać otrzymuje swoje światło od jej światła.
Zapewne możesz się uważać za szczęśliwego, jeśli wiesz, że twoja własna prawda należy do najbliższych stopni prześwietlenia przez istotę Prawdy absolutnej, na pewno jednak nie będziesz nadal gardził prawdami dalszych stopni prześwietlenie, a na wszystkich niezliczonych szczeblach będziesz widział tylko jedyną wieczystą PRAWDĘ!

ZAKOŃCZENIE

Satyra, która przyczyniła się do odprężenia niejednego zgubnego napięcia, nie bez racji smaga „nabożnisiów”, co zwykli czynić z pobożności pełne pewności siebie i namaszczenia popisy z „kantyczkami” i innymi rekwizytami do nabożeństwa oraz z wywracaniem oczu ku niebu.
Nie trzeba też zapominać o tym, że są ludzie – a jest ich zapewne bardzo wiele – którzy w ogóle powątpiewają o wartości prawdziwej „pobożności”.
Chociażby nawet byli „pobożni” w najlepszym tego słowa znaczeniu, czują jednak, że słuszne drwiny, godzące wprawdzie tylko w świętoszkostwo i faryzeuszostwo, zanadto również i w nich uderzają, żeby się mogli zdobyć na odwagę otwarcie wyznać, jak jałowe i pozbawione treści wydaje się im życie bez prawdziwej pobożności.

Tę nieugiętość lękliwych dusz do własnych najlepszych uczuć można by nazwać niedorzeczną, a jednak tkwi w niej wysoki szacunek dla prawdziwej zbożności, prawdziwej „pobożności”, gdyż ci lękliwi w gruncie rzeczy obawiają się tylko profanacji wewnętrznego doznania, które dla nich jest święte...
Mógłby kto jednak zauważyć, że chodzi tu wyłącznie o wartości subiektywne, że prawdziwa pobożność stanowi przecież potrzebę tylko dla niewielu i naturze niewielu „odpowiada”?
Skoro jednak obiecałem tobie, który szukasz „sensu życia”, że pokieruję tobą jak należy i poprowadzę cię drogą pewną, to na zakończenie niniejszych wskazówek muszę cię pouczyć, że nigdy nie będziesz mógł uchwycić ani pojąć sensu życia, dopóki serca twego nie wypełni prawdziwa, czysta pobożność!
Mówiłem ci już poprzednio, żeś się powinien nauczyć zapytywać na nowy sposób – że nie należy pytać o „sens życia”, tylko o to, w jaki sposób sam mógłbyś życiu swemu „sens” nadać...
Gdy już wszelako stawiasz pytania w sposób, jakiego cię nauczyłem, nie potrafię doprawdy nic lepszego na zakończenie powiedzieć ponad tę oto radę:
Napełnij twe serce prawdziwą, szczerą, czystą pobożnością!
Tak tylko nadasz swemu życiu „sens” o wartości wieczystej!
Wierzę, że pytanie o „sens życia” zadałeś mi nie z prostej, powierzchownej ciekawości, którą obchodzi tylko w jaki sposób ograniczony, ziemski rozum – choćby najmędrszego z mędrców – mógłby sobie jako tako to życie „wyjaśnić”?!

Zaspokajanie takiej ciekawości zaiste nie jest zadaniem nauki mojej, a obce są mi samolubne i trwożliwe „dzieci tego świata”, które wciąż tylko chcą się dowiedzieć, co je kiedyś czeka, zamiast postępować zawsze w taki sposób, iżby ich jeno najlepsze spotkać mogło...
Kto się „dotknięty” tymi słowy czuje, niechże go one dotkną jak uderzenie bicza, aby się wreszcie obudził ze swej drzemki i dojrzał do tego, co w nim jest najlepszego – zdobył sobie prawo do odziedziczenia swej spuścizny!

Jeżeli ci mówię o tym, że jesteś w możności nadać swojemu życiu „sens”, to chodzi mi o to, żeby ci wskazać, że to życie – które samo przez się jest nieodwołalnym „wynikiem” niejednej „przyczyny” – pociągnie znów za sobą, jako przyczyna, nowe skutki; ty jednak masz możność określenia teraz tych skutków o tyle, o ile starczy ci sił na przekształtowanie swego życia!
Nie chodzi jednak bynajmniej o to, abyś jeno wzbudził w sobie podniosłe uczucia, ani też o obudzenie w tobie dziecinnie niedorzecznej zarozumiałości, jakobyś miał do spełnienia jakieś „posłannictwo” i jakoby wszystko, co zdziałasz, było niesłychanie ważne dla Boskości!
Choćbyś na tej ziemi był potomkiem najpotężniejszych i najdostojniejszych rodów starożytnych o dziedzicznej władzy monarszej i o niezmierzonych posiadłościach, jako syn ziemi pozostajesz w ocenie Istot Wiecznych nędznym, głupim robakiem, którego może zmiażdżyć jedno stąpnięcie, nawet, gdyby serce stopie rozkazujące, pragnęło cię oszczędzić!!!

Przekształtowanie twego życia pociągające za sobą przekształcenie następstw tego życia, wymaga od ciebie nie tylko przeobrażenia twych uczuć, lecz czegoś więcej – mianowicie przestawienia swych dotychczasowych ambitnych dążeń w sprawach ziemskich na dziedziny przeżyć wiekuistych!
Kimkolwiek jesteś, najpotężniejszym z panujących czy najuboższym z żebraków, powinieneś wiedzieć, wszystko to nie ma żadnego znaczenia i jest pod każdym względem nieistotne w obliczu tych, którzy są rzeczywiście kapłanami i królami prawdziwego, wiekuistego Ducha, nawet kiedy ci pozwalają tu na ziemi być cenionym podług twojej ziemskiej wartości, o ile sam im to umożliwiasz!

Prawo Ducha żąda od ciebie jedynie trzeźwego, rozważnego czynu!

Nie jest to „nazbyt wielkie” wymaganie!
Musisz tylko udowodnić, że traktujesz poważnie swoje dążenia, a dowody tego możesz złożyć, używając władzy, danej ci nad sprawami ziemskimi, ku zaskarbieniu sobie w wieczności dóbr, których „ani rdza, ani mól nie stoczą”!
Nie może tu być mowy o żadnym „zwolnieniu” ani o „zamianie” tego, czego się od ciebie wymaga, choćby nawet wiekuista Miłość pragnęła ci udzielić zwolnienia lub zezwolić na zmianę według twego życzenia!
Musisz się również wystrzegać myśli, jakobyś mógł oszukać Ducha wieczności, spełniając jeno pozornie to, czego od ciebie wymaga, a omijając to, czemu się opiera twoja po ziemsku zasklepiona miłość własna!
Nie będziesz „sądzony”, lecz osądzisz siebie sam według tego, jaki zrobiłeś użytek ze swej władzy na ziemi!
Jeśliś jest ubogim żebrakiem, możesz być pewien, że co w swym ubóstwie zdziałasz, na pewno nie będzie mniej warte od wielkich czynów jakiegoś bogacza,; jeśli jednak jesteś bogaczem, to działalność twoja na ziemi będzie o tyle tylko ceniona duchowo, o ile odpowiada twojemu bogactwu...
Będziesz musiał wówczas spłacić z tego, coś otrzymał, odpowiedni datek, aby tu w świecie widzialnym pomnożyć kapitał Ducha!

Winieneś sam zdawać sobie sprawę, jakich wkładów w świecie zewnętrznych materialnych wartości żąda od ciebie Duch wieczności, z którego pochodzisz – a na pewno nie poczynisz postępów w duchowości, jeśli się zechcesz uchylać wtedy, gdy obowiązany będziesz również w wartościach ziemskich złożyć dar, na jaki cię stać...

Nie chodzi bynajmniej o to, byś całe swoje mienie rozdał, ale ze stanu twego posiadania wynika, co możesz ofiarować dla utrwalenia spraw ducha na tym ziemskim świecie, ta sama zaś miara wyznacza zakres dóbr tobie przekazanych, a przeto i darów ciebie obowiązujących.
Duch ze swej strony wysuwa jedynie żądanie, aby twoje dążenie duchowe stale ogarniało również i twoje życie zewnętrzne, a zatem oddawało na usługi wieczności wszelką zewnętrzną władzę, jaka ci jest dana...
Nigdy nie będzie od ciebie żądane nic ponad to, co istotnie dać możesz bez zaniedbywania obowiązków wynikających z twego zewnętrznego życia.
Gdybyś jednak nie wypełnił żądań Ducha na pewno nadszedłby dzień, kiedy byś tego gorzko pożałował!

Ponieważ nie zdołasz nigdy ujść ze swego życia wiekuistego, postąpisz zaprawdę mądrze, jeśli również i w życiu doczesnym będziesz się do jego praw stosował.
Wszak to ziemskie bytowanie ugruntowane jest na twoim życiu wiekuistym, które nie ponosi uszczerbku nawet, gdy się go ważysz zaprzepaszczać!
Nie zdołasz inaczej nadać „sensu” temu życiu, jak tylko starając się je przeżyć trzeźwo i świadomie jako część życia wiekuistego!
Zdołasz to uczynić wtedy, gdy się wyrzekniesz wszelkiego błędu, który cię omamia, jakobyś mógł się kiedykolwiek znaleźć w pełni świadomości w życiu wiecznym, nie ukształtowawszy uprzednio przeżywania swego życia ziemskiego zgodnie z prawami Ducha!
Jeżeli chcesz nadać „sens” swemu życiu, układaj wszystko, co tu rozpoczynasz w taki sposób, aby z twego działania odniosły korzyść również wartości wiekuiste!
Sens” będzie miało twoje życie wówczas jedynie, gdy będzie tworzyć nowe wartości a owoce jego zachowają się dla ciebie na wieczność całą!

Bo Yin Ra

Zobacz także


Polub nas na Facebooku

Artykuły w tej kategorii