Himavanti

Patologiczna Rodzina Zastępcza w Polsce

Patologiczna Rodzina Zastępcza w Polsce

Rodzice zastępczy dostają pieniądze na utrzymanie dzieci zabranych rodzicom biologicznym. Zawodowa rodzina zastępcza dostaje dodatkowo pensję. Do rodziny zastępczej trzeba przyjąć co najmniej troje dzieci. Oznacza to dużą sumę pieniędzy, kwoty jakich normalny rodzic zwykle nie ma jak zarobić! Rodziny zastępcze to zwykle potworny i okrutny biznes na dzieciach! 

Pomoc finansowa dla niezawodowej rodziny zastępczej na rok 2010 wynosi od 8oo do 1200 zł. Wynagrodzenie zawodowych rodzin zastępczych wynosi około 1600 - 1900 zł, ale także może sięgać 2500 PLN, zależnie od lokalnego samorządu. I tu pojawiają się liczne głosy, że opiekunowie wykorzystują dzieci dla własnych potrzeb finansowych, a pieniądze są podstawowym powodem wzięcia dziecka pod swe skrzydła. 

Obecnie, na rok 2010 na dziecko rodzina zastępcza dostaje zwykle 1647 zł (jest to kwota podstawowa) i w zależności od tego ile dziecko ma lat i jaki stopień niepełnosprawności to progi wynoszą 40, 60 lub 80 % podstawy. Jeśli mamy np. ósemkę dzieci to żona ma płaconą pensję ze starostwa około 1700 zł miesięcznie. Na dziecko do 7 roku życia lub niepełnosprawne dostaje się około 1000 zł, na dziecko starsze około 650 zł. Wychodzi około 6-8 tysięcy miesięcznie. Pewnie każda normalna rodzina chciałaby dostawać taką kasę na swoje własne dzieci od państwa. Tylko, że w Polsce o rodzicach się nie myśli, tylko o osobach obcych, żeby sobie mogły dobrze żyć kosztem krzywdy dzieci i ich prawdziwych rodziców. Instytucja rodziców zastępczych jest przez sądy nadużywana do karmienia swoich znajomków i krewnych! 

Dlaczego sąd nie da matce 1200 złotych albo 1900, żeby miała na wychowanie swego dziecka, tylko jakimś bardzo często pedofilom katolickim z rodziny zastępczej, która sobie z tych pieniędzy dobrze żyje i obmacuje cudze dzieci w majestacie prawa? Alimenty 1200 PLN dla samotnej matki, to wcale nie jest tak dużo, a Fundusz Alimentacyjny niech płaci, a nie tam przepijać nasze podatki na papieskie pomniki i beatyfikacje oraz wyjazdy posłów na Jasną Górę! 

Ustawodawca nie zapobiega paradoksalnym czy raczej chorym sytuacjom jak ta, kiedy z powodu ubóstwa zabiera się matce dziecko, po czym na jego utrzymanie w rodzinie zastępczej przyznaje się kwotę kilka razy wyższą niż zapomoga z MOPS dla prawdziwej choć ubogiej matki. To jest chore, śmierdzi przekrętem i sponsorowaną przez państwo pedofilią katolicką!

  Chyba już czas, by w całej tej machinie zabierania dzieci rodzicom decydenci dostrzegli dziecko, a nie tylko interesy swoich znajomych, którzy żyją z zasiłków czy raczej sowitych wypłat na rodzinę zastępczą. Dziwne, że prawowici rodzice nie dostają 1900 złotych na wychowanie dziecka z MOPS-u lub w formie zasiłku rodzicielskiego od państwa, ale taką wielką kasą karmi się ludzi, którzy kradną dzieci biednym i mniej zaradnym rodzicom. 

Rodzinom zastępczym nie chodzi o dziecko tylko o kasę! 

W jednej z poznańskich rodzin zastępczych zamieszkał Daniel, siedmioletnie dziecko rzekomych alkoholików i narkomanów. Ma dom, jedzenie, czyste ubranie, ale wykorzystywany jest do opieki nad młodszym rodzeństwem i niedołężnym dziadkiem oraz do sprzątania. Jest traktowany inaczej - nie jak pełnowartościowy członek rodziny - żałuje mu się słodyczy i ciasta, nowych ubrań, pokój musi dzielić ze starszym bratem, który mu dokucza. Nie ma go też na rodzinnych fotografiach, na przykład z chrztu najmłodszego dziecka opiekunów. Gdzie są pracownicy socjalni, kuratorzy? A może wystarczy dziecko postraszyć, by milczało, uśmiechało się i nie mówiło prawdy? 

Moja sąsiadka nigdy nie pracowała, wychowywała swoje dzieci - mówi Aniela N. Kiedy poszły do szkoły, ona wzięła do siebie dziecko w ramach rodziny zastępczej. I nie pracuje nadal, śmieje się, że nie musi. Państwo daje jej solidne pieniądze na cudze dziecko komuś zrabowane!

Kamila, obecnie wychowanka domu dziecka wspomina, że czuła się jak zabawka, która miała żyć według scenariusza, jaki wymyślili sobie jej katoliccy opiekunowie – ani mnie nie kochali, ani nie rozumieli, nie słuchali. Myślę, że wzięli dziecko dla poprawy samopoczucia i aby pokazać innym, jacy są dobrzy i szlachetni. A prawda była taka, że chcieli sobie dorobić kasę. 

Niestety taka jest prawda, że ludzie którzy zakładają rodzinę zastępczą są cwani i nastawieni nie tyle na dobro dzieci, ale po prostu na zarobek i wyrobienie sobie emerytury. Zauważmy, że rodzina zastępcza to zawód wykonywany. 

Weźmy przykład - zasiłek rodzinny na jedno dziecko wynosi 48 złotych (do piątego roku życia) i 64 złote na starsze dzieci. A rodzina zastępcza dostaje co miesiąc 990 zł na dziecko do siedmiu lat i 659 zł na starsze dziecko. Dodatkowo zawodowa niespokrewniona rodzina zastępcza ma prawo do dodatku - 164 zł na dziecko i pensji dla jednego z małżonków od 1976 do 2635zł. Czy to nie jest pogrom na prawowitych rodzicach dzieci? Czy to nie jest paranoja sądowa, pedofilsko-katolicka? 

Historia z życia typowej rodziny zastępczej 

Dwa lata temu dowiedziałam się, że moi sąsiedzi planują stworzyć rodzinę zastępczą. Niby nic dziwnego, przy okazji spotkania z sąsiadką, zapytałam dlaczego się zdecydowali, ile dzieci zabiorą z domu dziecka, na to moja sąsiadka - No wiesz dom jest duży, ja i tak siedzę w domu, obiad gotuję codziennie dla męża to i dwie dodatkowe osoby też się z tego najedzą, a za to jakie pieniądze z tego będą, kochana mój mąż nawet połowy tego nie zarabia. - Pomyślałam no tak, to już wiadomo po co chcą mieć te dzieci u siebie, ale pytam dalej - Pani Elu, ale nie trzeba się jakoś rozliczać z tych pieniędzy? - na to ona - Nie, już się dowiadywałam, tylko dzieciaki najedzone i ubrane muszą być, ale przecież nie będę wydawać takich pieniędzy na nie, wreszcie trochę odżyjemy, tylko nie wiem jak z tymi testami, musimy mieć jakieś szkolenia, a potem testy psychologiczne. 

Za jakiś czas zamieszkało u nich rodzeństwo, dziewczynka w wieku 4 lat i chłopiec 11 letni. Na początku mieli niespodziewane kontrole, z czasem coraz rzadsze. Owszem dzieci nie głodowały, za to sąsiadka "obleciała" wszystkich znajomych, którzy mieli dzieci w podobnym wieku, aby zostawiali jej ubrania dla dzieci, mimo, że za pieniądze, które dostaje powinna kupować im wszytko, co potrzeba. Tak samo sytuacja miała się z książkami dla chłopca i przyborami szkolnymi, zabierała od innych stare, często zniszczone książki, byle tylko nie wydać złotówki na nowe. 

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że dzieci mają tam bardzo dobrze. Niestety rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej - dzieci zawsze były traktowane z dużym dystansem, ubierane w używane ubrania, nie zaznały ciepła, miłości. Za to znacznie poprawiła się sytuacja materialna ich opiekunów. Nowy samochód, zagraniczne wyjazdy. Jest to typowa sytuacja dzieci w rodzinach zastępczych, które to zastępstwo mają jako rodzaj wygodnego sposobu na życie. 

Pijackie patologie w rodzinach zastępczych

Wszystkich patologii pijackich rodzin zastępczych nie da się opisać, a znalezienie rodziców zastępczych niepijących nie jest w Polsce łatwe, gdyż to pijacy najbardziej chcą przepijać kaskę dawaną na utrzymywanie cudzych dzieci. Alkoholizm i zbrodnia w polskiej rodzinie zastępczej to niestety norma, podobnie jak molestowanie dzieci, żeby się całowały na dobranoc z obcymi ludźmi co już śmierdzi pedofilią. Państwo A. przez 10 lat byli do 2009 roku rodziną zastępczą dla 12-letniego wtedy Marcina. Od roku małżeństwo miało ujawniony psychiatryczny problem z alkoholem. Wiedzieli o nim urzędnicy z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Poznaniu. Mimo to, doszło do tragedii, a w końcu żona zabiła męża. Kto zaopiekuje się Marcinem? 

Dziesięć lat wcześniej, w 1998/1999 roku państwo A. postanowili zostać rodziną zastępczą dla dwuletniego wówczas Marcinka, rzekomo porzuconego przez biologicznych rodziców. Sąd uznał, że Grażyna i Marek A. spełniają wszelkie warunki, żeby zaopiekować się chłopcem. Na konto nadużywania alkoholu nie badał katolickich rodziców, zadowalając się pozytywną opinią proboszcza alkoholika winomszalnego i aktywistów z sekty Opus Dei. - Mieli odpowiednie zaplecze mieszkaniowe, finansowe, kurator nie dopatrzył się żadnych sygnałów, które mogłyby budzić wątpliwości - informuje Paweł Soliński, wiceprezes Sądu Rejonowego Poznań-Grunwald i Jeżyce. Kurator był znajomkiem państwa A. z sekty Opus Dei. Jednak już po roku pojawił się pierwszy niepokojący sygnał o nadużywaniu alkoholu przez matkę zastępczą Marcinka, moderatorkę grup modlitewnych i oazowych. Grażyna A. wracała z chłopcem do domu autobusem komunikacji miejskiej i zasnęła z powodu przepicia. 

- Po obudzeniu okazało się, że matka jest pod wpływem alkoholu, wracała z jakiejś imprezy. Wyrażała skruchę, obiecywała, że podejmie leczenie, żeby do takich sytuacji nie dochodziło - mówi Paweł Soliński, wiceprezes Sądu Rejonowego Poznań Grunwald i Jeżyce. Problem pogłębił się, kiedy w 2004 roku państwo A. stracili pracę z powodu pijaństwa i awanturniczego charakteru. Nie potrafili się odnaleźć w nowej sytuacji. - Na początku to były delikatne nadużycia, a na końcu nadużycia do tego stopnia, że ktoś wpadał w cug i tracił przytomność, miał omamy, nie potrafił rozpoznać, co się wokół dzieje - mówi pan Robert, biologiczny syn państwa A. 

Państwo A. próbowali rzekomo walczyć z chorobą alkoholową. Podjęli nawet próbę leczenia, ale szybko z niej zrezygnowali. Zresztą wszelkie katolickie ośrodki psychoterapii i pomocy są z reguły żałośnie nieefektywne w terapiach, bo zamiast leczeniem, zajmują się jedynie werbownictwem do Opus Dei i oaz katolickich. Pracownicy socjalni i kuratorzy sądowi, którzy regularnie odwiedzali rodzinę, byli bezradni. - Ci ludzie nie bełkotali, nie leżeli na ziemi, nie robili pod siebie tylko normalnie z nami rozmawiali. Było widać, że wczoraj więcej wypili, ale czy to upoważnia nas do zabierania im dziecka, które kochają? - zastanawia się Lidia Leońska z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Poznaniu. 

Mimo niepokojących sygnałów, Marcinek dalej przebywał w rodzinie zastępczej. Niespełna rok temu, wiosną 2008 roku, w domu państwa A. rozegrał się prawdziwy dramat. - Policjanci znaleźli na podłodze zwłoki mężczyzny z wbitym w klatkę piersiową nożem. Prawdopodobnie między małżonkami doszło do kłótni, kobieta zadała temu mężczyźnie kilkadziesiąt ciosów nożem - informował Andrzej Borowiak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu. Tak skończyło się polskie białe małżeństwo katolików z papieskiej sekty Opus Dei, znanej z rabowania setek tysięcy dzieci do płatnych adopcji w Hiszpanii faszystowskiego reżimu katolika gen. Franco. - W momencie śmierci ojciec zastępczy miał ponad 4 promile alkoholu w organizmie, co wykazała sekcja zwłok. Matka też była pijana, miała prawie 3 promile - mówi Barbara Wicher, dziennikarka "Głosu Wielkopolskiego". 

Przez kilka lat wszyscy wiedzieli o katolickim alkoholizmie państwa A. Czy zatem można było zrobić coś, żeby nie doszło do tragedii? - Były podjęte wszelkie działania, żeby tę rodzinę wzmocnić, wspierać, w kierunku rozwiązania problemu alkoholowego. Wszyscy przegraliśmy z alkoholem - twierdzi Lidia Leońska z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Poznaniu. Niefrasobliwe podejście pani z Ośrodka. 

Po tragedii Marcinem zaopiekował się biologiczny syn państwa A. To jego sąd ustanowił rodziną zastępczą dla chłopca. Pojawił się jednak kolejny problem. Po 12 latach o Marcinie przypomniała sobie jego biologiczna matka. W końcu, w tym katolickim państewku zniewalającym prawowitych rodziców biedą i nędzą zdołała zarabiać na tyle, że ma dość pieniędzy, aby utrzymać i siebie i dziecko, które jej zabrano, jak większości rodziców z powodu biedy, bezrobocia i braku wsparcia socjalnego państwa dla samotnych matek z dziećmi! Przypomnijmy, że wzór katolickiej rodziny jest taki, że młodociana żydóweczka Maryja samotnie wychowuje swoje dziecko, które jest nieślubnym bękartem spłodzonym z Rzymskim oficerem Panderą w burdelu dla wojska. Prawdziwa świętość rodziny, gdy jakiś Ojczym jak Józef zaopiekuje się w końcu nieślubnym i samotną matką. W sądzie toczy się ciągle proces o przywrócenie Matce praw rodzicielskich. Takie sprawy ciągną się w sądach jak przewlekły syfilis, przez lata, a nawet dziesięciolecia. Dobrze, że instytucje takie jak Najwyższa Izba Kontroli, chociaż od czasu do czasu przyglądają się absurdalnym pomysłom Sądów Rodzinnych w sprawie dzieci.  

NIK: w rodzinach zastępczych też są patologie

Państwo katolickie publicznie obiecało w 2009 roku, że nie będzie pochopnie masowo odbierać dzieci nieporadnym życiowo rodzinom. Rząd rzekomo chce im pomagać, bo jak pokazuje najnowszy raport NIK z 2009 roku, w części rodzin zastępczych też występują patologie i bieda. Sprawa małej Róży spod Wronek w Wielkopolsce poruszyła Polskę. Sąd odebrał dziewczynkę matce zaraz po porodzie i przekazał do rodziny zastępczej, bo kobieta była niezaradna, a w domu panował bałagan. Sąd Okręgowy w Poznaniu utrzymał tę decyzję. Jednakże, najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli pokazuje, że zabieranie dzieci biologicznym rodzicom i oddawanie ich rodzicom zastępczym wcale nie musi być dobre dla dziecka. - Rodzicami zastępczymi zostają osoby, które nigdy nie powinny nimi zostać - podkreśla Zbigniew Matwiej z biura prasowego NIK. I dodaje: - Wbrew opinii instytucji powołanych do pomocy rodzinie sądy ustanawiają rodzicami zastępczymi osoby karane, alkoholików lub takie, które w przeszłości porzuciły własne dzieci.  

Ojciec zastępczy - pijak z wyrokiem  

Zdaniem NIK niewłaściwie wyznaczono rodziny zastępcze m.in. w powiecie oleskim w okolicy Opola. W jednej ojciec był karany za wielokrotną jazdę po pijanemu czyli karanemu pijakowi zagrażającego życiu innych. W drugiej opiekę powierzono kobiecie, która oddała czwórkę swoich dzieci do domu dziecka i obecnie sama korzysta z zasiłków z pomocy społecznej, głównie na wódkę. Miejscowe centrum pomocy rodzinie zgłaszało uwagi w tej sprawie do sądu, ale dziecko zabrano tylko mężczyźnie z wyrokiem. Jego żona pozostaje matką zastępczą, bo Sąd Rejonowy w Oleśnie uznał, że rzekomo "związała się z dzieckiem". Druga sprawa jest bardziej skomplikowana, gdyż tam funkcję rodzica zastępczego pełni babcia, która w przeszłości pozostawiła czworo dzieci z poprzedniego związku. Dlaczego sąd przyznał jej prawo do opieki nad kolejnym dzieckiem? - Wychowuje dziecko swojej nieletniej córki z domu dziecka. Sąd nie chciał ich rozdzielać, bo m.in. szkoła i kurator wydali pozytywne opinie - tłumaczy Ewa Kosowska-Korniak z Sądu Okręgowego w Opolu. Rozwiązanie miało być tymczasowe, ale gdy dziewczyna skończyła 18 lat, poznała nowego chłopaka i straciła zainteresowanie maluchem, który pozostał już przy babci.  

W raporcie NIK zaznaczono również, że nie wszystkie sądy współpracują z ośrodkami pomocy społecznej i nie weryfikują kandydatów na rodziców zastępczych, ale wręcz wybierają ich mimo negatywnych opinii ośrodków, często metodą po znajomości. Z kolei ośrodki pomocy społecznej ze względu na zbyt małą liczbę pracowników nie zawsze sprawdzają, jak żyje się dzieciom w nowych rodzinach. Aż 14 z 40 skontrolowanych ośrodków nie powiadamiało sądów o nieprawidłowym funkcjonowaniu rodzin, choć prawo nakłada na nie ten obowiązek. 

Sąd Rodzinny jako patologia społeczna  

Do podobnych wniosków doszło także Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Uważa, że rodziny zastępcze nie spełniają właściwie swojej funkcji, a tylko w 2006 roku trafiło do nich 60 tysięcy dzieci, bo wielu opiekunów zastępczych łączą z rodzicami biologicznymi bliskie pokrewieństwo i podobne problemy np. z alkoholem. Zdarza się, że pobyt dziecka w nowej rodzinie jest fikcją, bo biologiczni rodzice nadal mają z nim kontakt, a nawet mieszkają obok, co zupełnie nie ma sensu.  

Od 2010 roku sytuacja miała się zmienić, jednak w 2012 roku zmian jeszcze nie widać. Zgodnie z założeniami ustawy o pieczy zastępczej, państwo najpierw miało pomagać rodzinom z problemami, a dopiero w ostateczności odbierać im dziecko. W gminach pojawią się np. asystenci rodzinni, kierowani do pracy z niezaradnymi życiowo rodzicami. Rząd miał też zmusić sądy i ośrodki pomocy społecznej do obowiązkowego współdziałania przy wymianie danych o sytuacji rodziców. Teraz jest to nieobowiązkowe i - jak pokazuje przykład małej Rózi - sądy często nie pytają ani samych dzieci ani innych instytucji pomocowych o zdanie. Typowy horror mamy w Szczecinku, gdzie tamtejszy Wydział Rodzinny Sądu Rejonowego bezmyślnie zabiera, rabuje wręcz dzieci samotnym matkom, byle tylko zapewnić byt swoim znajomkom i krewnym tworzącym patologiczne wręcz zawodowe rodziny zastępcze nastawione na zysk i utrzymanie się z cudzych dzieci. Inny problem jest w Opolu, gdzie sąd rodzinny przyznał w trakcie rozwodu dzieci matce alkoholiczce i lesbijce, która zamieszkuje z rodzicami, tyle, że dziadek dzieci jest znanym w środowisku pedofilem. Ciekawi to bardzo, dlaczego sąd w Opolu uznał, że dla dzieci w wieku 10-12 lat dobrze będzie mieszkać razem z dziadkiem pedofilem w jednym mieszkaniu w bloku.  

Projekt zmian podoba się rzecznikowi sądu okręgowego na warszawskiej Pradze Marcinowi Łochowskiemu: - Obecny system pomocy rodzinie jest źle skonstruowany. Sąd pojawia się dopiero na końcu, często po tylko po, żeby odebrać dziecko. Nie działa system wcześniejszej pomocy np. finansowej, psychologicznej oraz wymiana informacji między sądem a ośrodkami pomocy społecznej. Nie działa także zwykły wywiad policyjno-środowiskowy na temat członków rodziny zastępczej czy motywów starania o posiadanie dzieci w rodzinach zastępczych. Do tego sędziowie z nadętymi minami wszelkie informacje, w tym uwagi oraz wnioski sąsiadów i środowiska czy szczególnie niezależnych organizacji pozarządowych, traktują jako wtrącanie się w ich kompetencje zawodowe!  

Lesbijska para ubierała swojego synka w sukienki!

Coraz bardziej trapią także Polskę, problemy chorych umysłowo i zaburzonych na rozmaite orientacje seksualne. I nie jest to tylko wyłudzanie genów i alimentów przez biseksualne lesbijki, co stało się już modną plagą w Polsce przełomu XX i XXI wieku. Bywają horrory dużo gorsze dla dzieci i ich psychiki. Sfiksowana lesbijska para z miejscowości K. – jako rodzina zastępcza - przebierała przez kilka lat swojego adoptowanego 6-9-letniego wychowanka w sukienki, po czym publikowała poniżające zdjęcia chłopca na Facebooku. Dziecko zostało odebrane sfiksowanym kobietom, a raczej lesbijkom z silnymi zaburzeniami psychicznymi na tle własnej orientacji seksualnej. Jak to możliwe, że chłopiec trafił do takiej patologicznej fikcyjnej rodziny? Chłopiec i jego 12-letnia siostra zostali odebrani biednej i nieporadnej życiowo matce w 2006 roku, gdyż nie dawała rady zapewnić dzieciom utrzymania. Dzieci wychowywały się najpierw razem z szóstką przyrodniego rodzeństwa. Kobieta chciała odzyskać opiekę nad nimi, jednak sąd najwyższy ostatecznie odrzucił jej wniosek, zamiast zapewnić kobiecie wsparcie socjalne dla opieki nad własnym biologicznym dzieckiem. Samotna i biedna matka nie dostanie pomocy w kraju ogłupiałym od skatolicyzowania i zawojtyłowania oraz krzyżowania każdego wolnego skrawka lądu, jednak para lesbijek może bezkarnie przerabiać chłopca w transwestytkę, i to wbrew jego woli. Dobrze, że starsza siostra chłopca zrobiła raban, chociaż miała ledwie 12 lat.  

Dzieci trafiły do pary lesbijek w 2009 roku uznanej za dobrą rodzinę zastępczą, co jest samo w sobie patologicznym absurdem. Jedna z kobiet była właśnie w trakcie operacji zmiany płci, druga przechodziła leczenie niepłodności. Ośrodek adopcyjny uznał w swym pomyleniu umysłowym, że to idealna rodzina zastępcza dla małych dzieci. Okazało się jednak, że 12-letnia Ania (imię zmienione) nie zaakceptowała nowego less-domu i tak się ostro postawiła, że została przeniesiona do innych opiekunów, normalnych rodziców. W międzyczasie para lesbijek zaczęła przebierać 6-letniego Kamila (imię zmienione) za dziewczynkę i umieszczać jego zdjęcia na portalach społecznościowych takich jak Facebook. O tym, że sądy rodzinne są w znacznym stopniu pomylone umysłowe, to wiedzą wszyscy, co mieli z nimi do czynienia. Promocja lesbijskich par zastępczych, to już objaw skrajnej patologii, szczególnie, że w 97 % spraw o opiekę nad dziećmi pomija się tendencyjnie prawa biologicznych Ojców do sprawowania opieki nad ich własnymi dziećmi! Pewnie trzeba dopisać w prawie karnym, że lesbijki mają obowiązek wychowywać każdego chłopca na w pełni wartościowego mężczyznę pod groźbą 25 lat więzienia lub dożywocia i jeszcze wydać spartańskie przepisy wykonawcze aby lesbijki wiedziały pod nadzorem kilku męskich kuratorów jak się chłopca wychowuje na pełnowartościowego mężczyznę! Dla sądu rejonowego i okręgowego w Opolu trzeba także napisać punkt, że sędziom zakazuje się skazywania małych dzieci na wspólne mieszkanie z dziadkiem pedofilem, też pod karą dożywocia dla sędziów!  

Szacuje się, że na rok 2009 nawet w Polsce, gdzie generalnie prawo nie zezwala jeszcze parom homoseksualnym na adopcje dzieci, jest przynajmniej 57 tysięcy dzieci wychowywanych przez rodziców tej samej płci, jednak dla sądu homoseksualizm to rzecz męska, a o lesbijkach prawo zapomniało napisać chociaż w nawiasie. Środowiska gejowskie i lesbijskie coraz częściej domagają się prawa do adopcji i traktowania na równi z parami heteroseksualnymi. Wiele organizacji jest jednak przeciwnych takim zmianom w prawodawstwie i to nie ze względów religijnych, a biologicznych i stricte naukowych. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne (ATP) wspomina, iż ilość przeprowadzonych badań nad dziećmi ze związków lesbijskich czy gejowskich jest wciąż niewielka, a ich wyniki nie mogą być w żaden sposób statystycznie miarodajne, zaś aprobacja ATP wynika głównie z siły nacisku lobby LGBT na prawo do adopcji i naukę, a ten nacisk jest bardzo silny. W USA, Kanadzie czy Australii jednak, jak wiadomo, dzieci z patologicznych związków homoseksualnych, jak ten opisany jest już dużo więcej, niż tych, które można by badać jako ewentualne pozytywne przypadki, acz zwykle są to dzieci biologiczne któregoś z rodziców homo-pary, a nie adoptowane, gdzie sama adopcja to już stres i trauma dla dziecka, tym bardziej jak samo dziecko woli swój biedny i ubogi, ale zawsze dom rodzinny.  

Patologiczne rodziny zastępcze palą dzieci 

W pożarze domu w Lublinie w listopadzie 2003 roku zginął pięcioletni Kamil. Chłopiec razem z dwojgiem rodzeństwa wychowywał się w rodzinie zastępczej. Kurator kilkakrotnie wskazywał sądowi, że przybrani rodzice źle opiekują się chłopcem. Sędziowie jednak nie odebrali im dzieci, bo rodzina była związana z katolicką sektą Opus Dei i Oazą. Gdyby posłuchali kuratora zapewne nie doszłoby do tragedii. Podczas pożaru rodzice byli kompletnie pijani. W domach dziecka na nowych rodziców czeka ponad 21 tysięcy dzieci, jednak może lepiej jak zostaną w Domach Dziecka niż trafią do pijaków. Coraz częściej trafiają do rodzin zastępczych, które za opiekę nad dziećmi dostają pieniądze. Bardzo często dzieci są wykorzystywane i traktowane jako źródło dochodów przez rodziny zastępcze. Rodziny zastępcze w Polsce o wiele bardziej kochają pieniądze za dzieci niźli przybrane dzieci.

Tragedia wydarzyła się około godzinie 4 nad ranem w mieszkaniu Beaty i Sławomira W. na Starym Mieście w Lublinie. Kiedy przyjechało pogotowie pięcioletni Kamil znajdował się w stanie krytycznym. Chłopiec zmarł dobę po tragedii z powodu poparzeń. Siedmioletnia Ewelinka znajdowała się w szpitalu przez długi okres czasu. Nic nie stało się tylko dwunastoletniemu, niepełnosprawnemu Krzysiowi. Krzysio, Ewelinka i Kamil zostali odebrani prawowitym rodzicom 24 stycznia 2000 roku. Sąd Rejonowy ograniczył wówczas władzę rodzicielską Małgorzacie Z. i Wojciechowi S. z powodu alkoholizmu. Dzieci umieszczone zostały w placówce opiekuńczo-wychowawczej w Puławach. Do rodziny zastępczej Beaty i Sławomira W. rodzeństwo trafiło dwa lata później, 28 maja 2002 roku. Sąd nad funkcjonowaniem rodziny ustanowił nadzór kuratora. – Kobieta często odwiedzała dzieci, zabierała je na wakacje i święta – mówi Leszek Piekarz, dyrektor domu dziecka w Puławach, w którym dzieci wcześniej przebywały. – Dlatego pozytywnie zaopiniowaliśmy jej starania o opiekę. Dodatkowym argumentem był fakt, że Beata W. jest rodzoną siostrą biologicznego ojca.

Późniejsze wydarzenia każą jednak postawić pytanie, czy była to słuszna decyzja? W styczniu 2003 roku kurator kilkakrotnie nie został wpuszczony przez małżonków do mieszkania. Gdy udało mu się 16 stycznia dostać do środka, zastał ich w trakcie libacji alkoholowej. Sporządził dla sądu notatkę, w której pokazywał zaniedbania ze strony małżeństwa W., podkreślając, że przestali realizować obowiązki, których się podjęli. Wnioskował o rozwiązanie rodziny zastępczej i umieszczenie dzieci w pogotowiu opiekuńczym. Sąd wszczął postępowanie. Sprawa trafiła na wokandę 12 marca 2003 roku. Beata i Sławomir W. nadal deklarowali chęć opieki nad dziećmi. Tłumaczyli, że zdarzenie z alkoholem było tylko incydentem, który się więcej nie powtórzy. 7 kwietnia 2003 przesłuchani zostali dwaj świadkowie zgłoszeni przez Beatę W., którzy zeznali, że małżeństwo dobrze się dziećmi opiekuje i dba o ich wychowanie w wartościach katolickich. Wtedy właśnie sąd umorzył postępowanie.

Dzieci wprawdzie były czyste i zadbane, co do tego nie możemy mieć zastrzeżeń, ale powody do niepokoju były jeszcze zanim Beata i Sławomir W. stali się opiekunami. To, że pan W. nadużywał alkoholu było wiadome od dawna. Pani W. korzysta z zasiłku, więc również jest nam znana. Sąd nie informował MOPR o rozprawie. Nikt nie prosił o opinię pracownika socjalnego. Nasza opinia nie była brana pod uwagę zarówno w momencie orzekania w sprawie, jak i później. Otrzymaliśmy postanowienie sądu o udzielaniu pomocy rodzinie i na tym polegało nasze zadanie. - mówił pracownik socjalny zajmujący się rodziną. - Wiedzieliśmy o tym, że państwo W. nie są odpowiednimi kandydatami na rodzinę zastępczą. Z pewnością wiedział o tym również sąd, skoro przydzielił nadzór kuratora nad rodziną. Zdarzają się rodziny, o których od samego początku wiadomo, że dzieci nie powinny tam trafić. - mówiła Anna Hałasa pracownik MOPR. Państwo W. nie posiadali także odpowiednich warunków lokalowych, szczególnie dla dziecka upośledzonego umysłowo. Poza tym nie spełniony był również warunek o stałym źródle dochodu. Pan W. był bezrobotnym, bez prawa do zasiłku, a pani W. utrzymywała się z zasiłku stałego wyrównawczego.

Sądy rodzinne jak widać lubią rodzicom zastępczym fundować tanią wódkę dla wspomożenia alkoholizmu, zamiast na koszt skarbu państwa udać się na wizję lokalną do domu kandydatów na rodzinę zastępczą. W wieczór poprzedzający tragedię, Beata W. skarżyła się sąsiadce Bożenie S. na męża, że od kilku dni „raczy się” swojskim winem ze śliwek i winogron. Kilka godzin później macocha dzieci sama spożywała alkohol aż do stanu upojenia. Wyniki badań po pożarze wykazały, że w momencie tragedii oboje opiekunowie mieli ponad półtora promila alkoholu we krwi i nie byli zdolni do żadnych sensownych czynności. Rodzeństwo zostało odebrane prawowitym rodzicom z powodu ich alkoholizmu i trafiło do środowiska, w którym obecny był ten sam problem. Oto stan umysłowy sądownictwa rodzinnego! Może niektórych sędziów profilaktycznie potrzymać tak z pół roku na oddziale odwykowym dla alkoholików albo chociaż przypalić dobrze kitę, jak kotom w wojsku?! 

Ania znów bez rodziny czyli dzieci na śmieci

Po ośmiu latach wychowywania oazowi rodzice zastępczy oddali dziewczynkę. Mówią, że mieli problemy z Anią, że wymaga opieki lekarzy. To dramat małego dziecka, że jeśli zachoruje w zawodowej rodzinie zastępczej żądnej jedynie zysku z dzieci traktowanych instrumentalnie, a nie podmiotowo, to jak smieć wyleci z domu na bruk. Rodzina zastępcza jednak to typowa patologia w Polsce, patologia biznesowa, gdzie dziecko jest przedmiotem z którego trzymania w domu czerpie się niegodziwie wysokie, opusdeistyczne zyski. Beata Rogowska, dyrektorka Publicznego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Kielcach, nie kryje emocji. - Przyszła matka zastępcza i powiedziała, że chciałaby oddać dziecko. Nie mogłam uwierzyć, przecież wzięli Anię, gdy miała półtora roku. Ona się u nich niemal od początku wychowywała - mówi dyrektorka. Szuka dla już 10-cio letniej Ani nowej rodziny zastępczej.

W 2003 roku mała Ania znalazła zastępczą rodzinę m.in. za pośrednictwem Katolickiego Ośrodka Opiekuńczego czyli mafijno-biznesowej w swej istocie sekty Opus Dei. Dołączyła do młodego małżeństwa opusdeistów, które miało już dziecko - syna w tym samym wieku. Po jakimś czasie przeprowadzili się do większego mieszkania, dzieci poszły do przedszkola. Urodziło się kolejne dziecko, bo katolicka rodzina musi się prokreować, nie tylko dobrze żyć z cudzego dziecka. 

Około w 2010 roku rodzice zastępczy przyszli do Katolickiego Ośrodka Opiekuńczego. - Skarżyli się na rzekome problemy wychowawcze z mała Anią. Cóż, gdy adoptowane dziecko ma powyżej siedmiu lat zysk z trzymania dziecka jest mniejszy niż gdy ma do siedmiu lat, taka idiotyczna jest polityka antyrodzinna katolickiego państwa imienia Jana Pawła II i katolickiej Solidarności, papieżowi zawsze wiernej. Spotkali się z katolickim psychologiem, który doradził diagnozowanie dziecka - opowiada katoliczka opusdeistka Ewa Kumor, szefowa tego ośrodka. - Znam ich, znam to dziecko. Teraz zawaliło się życie tego dziecka i tej rodziny - opowiada. - Może oddanie dziewczynki do rodziny z własnym dzieckiem w tym samym wieku to był błąd? - pytali dziennikarze i spece od pomocy dzieciom. - Mamy przykłady, że w takich rodzinach rówieśnicy mają świetny kontakt, bardzo dobrze się rozwijają. Tak było na początku w tym przypadku, gdy nasi pracownicy odwiedzali tę rodzinę - odpowiada dyrektor Kumor.

Do Publicznego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego matka zastępcza przyszła w listopadzie 2010 roku, bo w tym czasie rodzice zdecydowali się na złożenie do sądu wniosku o rozwiązanie rodziny zastępczej. Kobieta tłumaczyła, że chcieli dobrze dla Ani. Ale boją się o swoje naturalne dzieci, bo dziewczynka rzekomo stwarza problemy. Miała być agresywna, straszyć młodszą córkę, "że ma być grzeczna, bo ją mama odda do domu dziecka". Pracownicy opieki mówią, że "pewnie sama słyszała takie rzeczy" od rodziców zastępczych zatem powtarzała je dalej. Jeden z rozmówców dodaje, że Ania dowiedziała się, że kiedyś została porzucona przez matkę. - Dziecku mówi się o jego korzeniach, ale delikatnie. Można było porozmawiać, że mama nie mogła zostać w Polsce, bo nie miała obywatelstwa polskiego i została przez debilne władze III RP deportowana, dlatego zostawiła ją jako urodzoną w Polsce-Wolsce z ojca Polaka, w innej rodzinie, gdzie będzie jej lepiej - tłumaczy dyrektor Rogowska.

Rodzice zastępczy powiedzieli też pracownikom opieki, że dziecko jest pod opieką lekarzy różnych specjalności. Przynieśli skierowanie na obserwację do szpitala psychiatrycznego, na którą zgodził się sąd i którą dziewczynka przeszła. Najpierw publiczny ośrodek próbował utrzymać Anię w dotychczasowej rodzinie zastępczej. Namawiano rodziców na szkolenie "Przywiązanie - teoria, diagnoza i techniki terapeutyczne". Nie przyszli, bo widać dziecko tym katolikom przynosiło za mało państwowych dotacji i profitów. Dostali zaproszenie na terapię rodzinną - przyszli raz tylko z Anią, bez pozostałej dwójki dzieci. Może coś brzydkiego zrobiły małej Ani i bali się, że się sprawa wyda? 

Dziennikarze próbowali poznać racje rodziców zastępczych w grudniu i styczniu 2012. Stali na klatce schodowej z młodą kobietą opartą o uchylone drzwi. - Dlaczego oddaliście Anię po ośmiu latach? - pytali. - Kierowaliśmy się opinią lekarzy i dobrem dwójki naszych własnych dzieci - odpowiada kobieta. - Ja chyba w ogóle nie chcę się wypowiadać - dodaje. Ania trafiła do placówki opiekuńczo-wychowawczej, gdzie zdiagnozowano zespół dziecka maltretowanego lub molestowanego seksualnie. Raz odwiedziła ją kobieta z gospodarstwa agroturystycznego, u której dziewczynka spędziła wakacje. Pracownicy opieki mówią, że bardzo lubi czytać, ma indywidualny tok nauczania. Przeżywa to, co się stało, czasami do którejś z koleżanek powie "mamo". Potrafi też być agresywna, ale tylko w samoobronie, jak wszystkie dzieci z syndromem maltretowania w rodzinie zastępczej. Czy i kiedy będzie można jej znaleźć nowych rodziców zastępczych? - Adopcja z powodu idiotycznych względów prawnych jest w Polsce niemożliwa, gdyż biologiczni rodzice nie wyrazili takiej zgody, a ich miejsca pobytu są nieznane.

Domów dziecka brakuje, rodzin zastępczych wychowujących dzieci dla idei, a nie dla kasy brakuje tym bardziej, a Ania nie jest już malutkim dzieckiem. To nie jest łatwy przypadek, choćby ze względów zdrowotnych. Gdyby ktoś zechciał ją pokochać, popracować z nią, to może być z tego wiele dobrego. Tylko nie można jej znów zawieść - mówiła Beata Rogowska. Nikt nawet nie próbuje zbadać prawnie czy mała Ania była torturowana w rodzinie zastępczej, czy była wykorzystywana seksualnie przez któregoś z rodziców zastępczych lub przyrodnie rodzeństwo. O tym w Polsce się milczy, a jedynie dziecko jak przestało być przedmiotem przynoszącym dochód wyrzuca się bezdusznie, po katolicku, na bruk, jak zbedny w domu katolickim śmieć wyrzuca się przysposobione dziecko, żywą i czującą istotę. A może jednak sprawdzić, na ile jest niewygodnym świadkiem, ofiarą przemocy i moletowania w typowo polskiej patologicznej rodzinie zastępczej? Policyjnych i sądowych psychologów od badania dzieci w celch kryminalistyczno-dochodzeniowych pewnie też w katollandzie III RP, w tym prywatnym rancho Wojtyły i jego biskupów też brakuje?! 

Brutalne zabójstwa dzieci w katolickiej rodzinie zastępczej 

Rodzice 5-latki z Pucka, która kilka dni wcześniej, w środę 12 września 2012, rzekomo zmarła podczas kąpieli, usłyszeli zarzuty zabójstwa, w sumie dwójki dzieci powierzonych ich pieczy. Najpoważniejszy z nich to zarzut zabójstwa, który usłyszała Anna Cz. Jak informuje prokuratura, oboje rodzice przyznali się do zarzucanych im czynów i złożyli obszerne wyjaśnienia. Dwa miesiące wcześniej w tej samej ministrancko-oazowej rodzinie zmarł zakatowany 4-letni brat dziewczynki. Pierwszą informację o tragedii media otrzymały od jednego z mieszkańców Pucka. Rodzice zastępczy mieli na wychowaniu piecioro dzieci jako tak zwana zawodowa rodzina zastępcza, z czego sobie dobrze żyli, bo pensja to 2 tysiące złotych, a na każde małe dziecko po tysiącu złotych. Razem 7 tysięcy złotych na katolicką jaskinię mordu i być może wykorzystania seksualnego małych dzieci w rodzinie zastępczej. Oprócz dzieci wziętych pod opiekę, mieli także dwoje własnych dzieci. 

We wtorek, 18 września 2012 roku prokurator postawił rodzicom zastępczym zarzuty. Wobec ciągle aktywnego ministranta katolickiego z głównego w Pucku kościoła Wiesława Cz. (jak Czerwionka) o znęcanie się nad dziećmi oraz o pobicie ze skutkiem śmiertelnym 4-letniego chłopca. Katolickiej oazowiczce czy właściwie aktywistce oazowej Annie Cz. prokuratura postawiła trzy zarzuty, w tym zarzut zabójstwa w odniesieniu do wydarzenia z 12 września, w którym śmierć poniosła 5-letnia Klaudia. Jak poinformował Piotr Styczewski, prokurator rejonowy w Pucku, oboje rodzice złożyli obszerne wyjaśnienia i przyznali się do winy. Nie ujawniono jednak motywu zbrodni, co może świadczyć, że jest ukrywany w typowy dla przestępstw seksualnych na dzieciach dokonywanych w patologicznych oazowych rodzinach katolickich aktywistów, takich jak w wypadku zamordowanej przez katolickich oazowiczów Madzi W. z Sosnowca! Prokuratura wystąpiła z wnioskiem o areszt dla obojga katolickich rodziców. Sąd zajął się nim w środę, dnia 19 wrzesnia 2012, gdyż upływał termin zatrzymania podejrzanych na 48 godzin. Jak dodał prokurator, w tej sprawie przesłuchano wielu świadków, między innymi pracowników Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Pucku oraz inne osoby, które miały kontakt z tą rodziną. Prokuratura planuje także przesłuchać małoletnich świadków. W Centrum pracują zasadniczo sami katolicy. 

O sprawie informowały media już w poniedziałek 17 września 2012. Jak mówił mediom st. asp. Łukasz Dettlaff, rzecznik Komendy Powiatowej w Pucku, 5-letnia Klaudia zmarła podczas kąpieli w brodziku. "Okoliczności jej śmierci wyjaśni sekcja zwłok. Dziewczynka była umieszczona w rodzinie zastępczej. Kilka miesięcy wcześniej w tej rodzinie doszło już do zgonu dziecka. Sprawę bada Prokuratura Rejonowa w Pucku" - powiedział policjant. "Prowadzimy śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci 5-letniej Klaudii. Dziewczynka, według pierwszych ustaleń, miała kąpać się w głębokim brodziku, poślizgnąć, upaść i zachłysnąć wodą, w skutek czego dziecko zmarło. Wyniki sekcji zwłok nie są na razie znane" - mówił nam w poniedziałek, 17 września 2012 Piotr Styczewski, prokurator rejonowy w Pucku. Jak dodał, dziewczynka wraz z czwórką rodzeństwa przebywała w rodzinie zastępczej od stycznia 2012 roku. Kilka miesięcy wcześniej zmarł jej młodszy brat - Kacper. 

"Dnia 3 lipca 2012, w tej samej rodzinie, miał miejsce wypadek. 4-latek, według ustaleń, miał spaść ze źle zabezpieczonych schodów wewnątrz budynku. Chłopiec doznał obrażeń wewnętrznych i  zmarł. Podjęliśmy śledztwo w tej sprawie. Prawdopodobną przyczyną jego śmierci mógł być upadek ze schodów" - powiedział Prokurator Piotr Styczewski. Prokurator nie chciał informować o wynikach sekcji zwłok chłopca. "Teraz jednym śledztwem obejmujemy te dwa zdarzenia. Zastępczy rodzice zostali przesłuchani w charakterze świadków" - mówił w poniedziałek prokurator. Dodał też, że małżeństwo, poza piątką przybranych, ma także dwoje biologicznych dzieci. "Po śmierci 5-latki, pozostałą trojkę rodzeństwa w wieku 4, 6 i 2 lat umieszczono w innej rodzinie zastępczej" - dodał prokurator. 

Jak wyjaśniła w rozmowie z reporterem TVN24 Beata Kryszak, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, dzieci przebywają w kolejnej rodzinie zastępczej na terenie powiatu kartuskiego, co jest oczywistym błędem, gdyż rodziny zastępcze w Polsce biorą dzieci głównie z chęci zarobku, a w ten sposób nie da się wychować dzieci. Rodzina zastępcza powinna mieć własne pieniadze, czas i chęci na wychowywanie przybranych dzieci, a nie szukać dodatkowych czy często jedynych źródeł zysku w postaci brania sobie dzieci na wychowanie za duże pieniądze. Biologicznymi zajęli się członkowie naturalnej rodziny zatrzymanych, gdyż mieli dwoje własnych dzieci. Dodała też, że już po pierwszym wypadku rodzina otrzymała pomoc psychologiczną, ale widać niewystarczającą. Psycholog zajął się zarówno rodzicami jak i dziećmi, jednak nic nie wskazuje na to, aby katolicki psycholog badał katolicka rodzinę zastępczą w kierunku przemocy fizycznej i seksualnej na dzieciach. "Dla nas to był wypadek. Nie było przesłanek, żeby móc stwierdzić, że tam mogło mieć miejsce jakieś inne nieszczęście" - mówiła katolicka dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. Jak relacjonował na antenie TVN24 reporter Daniel Stenzel, zatrzymani mieli dobrą opinię, a wszystko wskazywało na to, że dziećmi zajmują się prawidłowo. Niestety ów reporter zapomniał powiedzieć, że była to opinia od proboszcza, a nie z realnego badania tych ludzi. Na głuchej polskiej prowincji katolickiej takiej jak Puck ciężko mówić o pedofilii czy przemocy seksualnie kazirodzkiej w rodzinach katolickich i oczywiście także wśród księży. 

Jeszcze gorszą sprawą jest, że rodzona siostra morderczyni z domu Kotłowska także prowadzi taki oazowo-katolicki dom w postaci biznesowej zawodowej rodziny zastępczej w Pucku, zatem historia patologii może mieć przykry dalszy ciąg. Katolickie rodziny zastępcze najbardziej skompromitowały się w Hiszpanii reżimu faszystowskiego generała Franco a przenoszenie tego zbrodniczego modelu stworzonego przez faszystów z niebezpiecznej sekty Opus Dei Escrivy do Polski to kompromitacja polskiego rządu i służb socjalnych. 

Należy zatem w większości dzieci natychmiast oddać wszystkim żyjącym prawowitym rodzinom i zadbać o to, aby prawowici rodzice mieli odpowiednie wsparcie w postaci zasiłków na dziecko, alimentów czy zapomogi z MOPS-u. Biznes żerowania na kasie dla „rodziców zastępczych” zlikwidować! 

Artykuł będzie uzupełniany w miarę pozyskiwania ciekawych materiałów o patologii rodzin zastępczych. 

Niezależny Instytut Rodziny i Dziecka

Zobacz także


Artykuły w tej kategorii